Chciałabym - korzystając z Waszej empatii i dobroci - zwrócić się do Was z prośbą o potrząśnięcie mną i uświadomienie mi mojej tępoty ![]()
Właśnie zakończył się mój kolejny związek, nie był może specjalnie długi. Nie mniej jednak to kolejny rok wyjęty z życiorysu. Znów trafiłam (a właściwie wybrałam sobie, bo przecież "wiedziały gały, co brały") na jakiegoś chama i prostaka, łudząc się, że siłą mojego uczucia niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmienię, choć wyjątkowo inteligentnego i ambitnego, to jednak zwykłego stadionowego chuligana, który o szacunku względem kobiet nie ma zielonego pojęcia. Tę batalię oczywiście przegrałam i po roku związku ze zranionymi uczuciami i zachwianym poczuciem własnej wartości, musiałam ogłosić kapitulację. Nie zdradził mnie, ale na każdym kroku traktował bardziej jak jakąś szmatę do wycierania podłogi niż ukochaną kobietę. Liczne wyzwiska, robienie na złość, celowe uderzanie w najczulsze punkty to był standard. W ciągu kilku godzin potrafił mnie kochać nad życie i nienawidzieć, a wszystko złego co działo się między nami było - oczywiście - moją winą.
Wiecie, tak się zastanawiam czy to ja jestem jakaś, wybaczcie za określenie, poje-bana czy to z tymi facetami ostatnio jest coś nie tak? Każdy prędzej czy później, jak wspaniale nie byłoby na początku, pokazuje swoje prawdziwe oblicze. I weź tu kobieto nie strać wiary w mężczyzn...
Teraz, kiedy podjęłam decyzję o rozstaniu, cały czas dostaję od niego esemesy, mejle itp. W jednych pisze jak to nie wyobraża sobie życia beze mnie, a potem zwraca się do mnie "pieszczotliwie" - "Ty śmieciu", kochany...
Myślicie, że to moja wina, że wybieram złych partnerów czy to świat stanął na głowie? Jak długo bym nie szukała to nawet jeśli znajduję kogoś godnego zainteresowania i wydawałoby się wartościowego, wszystko i tak się rozpada, kiedy wychodzi na jaw jaki jest naprawdę.