Dawno mnie nie było... ale teraz potrzebuję rady. Od 11 miesięcy, czyli od początku studiów, jestem z M. Poznaliśmy się właśnie pierwszego dnia i wszystko potoczyło się dość szybko. Dziś zastanawiam się, czy nie zbyt szybko... Mieszkaliśmy niedaleko siebie: on w wynajmowanym z kolegami mieszkaniu, ja w akademiku, ale i tak większość czasu spędzaliśmy razem. Było dobrze, byliśmy szczęśliwi. Wakacje niestety były okresem rozłąki: miesięczne praktyki w różnych miastach, utrudnione spotkania. On jest ateistą, ja jestem wierząca, ale to nie był problem. Jest ode mnie rok młodszy, ale to także nam nie przeszkadzało. Oboje pochodzimy z mało zamożnych rodzin z problemami, u niego dodatkowo oboje rodzice piją, więc święta i wakacje spędza u starszego brata. Nie zaprosiłam go do siebie, bo obawiałam się, że moi rodzice go odstraszą i nie zaakceptują (zwłaszcza mama, która umie mnie genialnie szantażować emocjonalnie i w dodatku uważa, że jak jestem z chłopakiem, to od razu zajdę w ciążę). Było dobrze, ale dziś...
Ostatnio okazało się, że jestem dość poważnie i przewlekle chora. Od M słyszę, że narzekam... Nie liczy się z moim zdaniem, wciąż tylko zachwyca się moim ciałem (nie spodziewałam się, że to może być uciążliwe, ale jest). Nie mogę się mu zwierzyć, bo usłyszę, że się za bardzo wszystkim przejmuję i narzekam. Myśleliśmy o wspólnym wynajęciu kawalerki, ale po pierwsze mnie na to nie stać, po drugie nie wiem, jak dalej między nami będzie, po trzecie moja mama się temu stanowczo sprzeciwia. Usiłowałam mu to wytłumaczyć, ale nie dociera. Stwierdził, że najwyżej on będzie płacił więcej a ja mniej. Nie chcę takiej sytuacji, nie chcę być na jego utrzymaniu
Boję się, że odejdzie. Długo byłam sama. Ale nie chcę na siłę trwać w związku, w którym muszę coś ukrywać, dusić w sobie emocje, udawać. Jak z nim porozmawiać? Czy mamy szansę? Co zrobić? Pomóżcie mi, proszę...