Witam ![]()
Wiem, wiem miałem się już nie udzielać,
ale jakoś coś mi dzisiaj ciężko,:( więc sobie do Was piszę i może nawet ktoś mi odpowie ![]()
To jest mój pierwszy post na forum o tej tematyce a zmusiło mnie do tego życie, bo już nie wyrabiam pomału
Nie jestem młody, bo na karku mam, 40 ale zachowuję się i czuję czasami jak dziecko a nie facet.
W wieku 5 lat zmarł mój tata, mama, która do tej pory zajmowała się domem poszła do pracy, ale tam poznała koleżanki (koleżankę), z którą zaczęła pić alkohol.
Z dzieciństwa praktycznie nie pamiętam nic dobrego za wyjątkiem wakacji z dziadkami.
Później była szkoła podstawowa, w której szło mi, jako tako, bo każda moja każda ?odpowiedź? kończyła się 2 i chociaż potrafiłbym odpowiedzieć do zżerała mnie nieśmiałość i nie byłem w stanie wykrztusić z siebie słowa.
Tak wtedy to się nazywało nieśmiałością a już w wieku przedszkolnym działo się zemną coś niedobrego tylko nikt tego nie widział to była... zwykła NIEŚMIAŁOŚĆ.
W okresie podstawówki doszła jeszcze jedna brzydka cecha tym razem zewnętrzna garbienie się.
Tego oczywiście też ?nikt? nie zauważał tylko od czasu do czasu słyszałem od jakiegoś nauczyciela ?nie garb się? albo ?wyprostuj się?.
Wtedy jednak, jako dzieciak nie zwracałem na to uwagi ani też na przyszłe tego konsekwencje. W podstawówce poznałem dziewczynę a w zasadzie dziewczynkę (córkę koleżanki mamy, z którą piła).
Na początku była to zwykła dziecięca przyjaźń, która z czasem przerodziła się w uczucie tylko, że ona była nieśmiała i ja. Z pomocą przyszedł nam ?flirt towarzyski? i ?flirt miłosny?.
Dla tych, co niewiedzą, co to takiego to już wyjaśniam, że były to karteczki a raczej tekturki z pytaniami i odpowiedziami a do każdej przypisany był numerek.
To, co się chciało ?powiedzieć? wyszukiwało się na kartoniku i podawało wybranej osobie mówiąc jednocześnie numerek. Dla takich osób było to wybawieniem, bo rozmawiało się bez słów.
No, ale słowa na kartonikach ni jak się mają do czynów i mimo że oboje chcieliśmy bliskości, i czułości to żadne z nas nie wykonało tego pierwszego kroku.
Po podstawówce nasze drogi trochę się ?rozeszły? ona poszła do innej szkoły ja do innej, ale oczywiście spotykaliśmy się dalej.
Dwa lata szkoły zawaliłem oczywiście z powodu no właśnie ?nieśmiałości? później zmieniłem szkołę i ją ukończyłem w normalnym trybie. W trakcie szkoły a w zasadzie na jej końcu dostałem powołanie do wojska a mając kategorię A1 (z moim kręgosłupem) oraz nie umiejąc kombinować nie pozostawało oczywiście nic innego jak tylko zgłosić się w określonym czasie i miejscu ?w celu odbycia zaszczytnej służby wojskowej?.
Po przysiędze dostałem przepustkę i to właśnie wtedy po raz pierwszy zbliżyliśmy się do siebie fizycznie. Pisząc fizycznie mam na myśli oczywiście pierwszy głęboki pocałunek. Oczywiście do niczego więcej nie doszło a 3 dni zleciały szybko. Po powrocie do jednostki zostałem przeniesiony do innej oddalonej od miejsca zamieszkania prawie o 900km.
Przepustki jednodniowe nie wchodziły więc w rachubę a ja z kolei wolałem, aby ona nie jechała taki kawał drogi i nie narażała się na zaczepki i trudy podróży.
Po 9 miesiącach miałem w końcu jechać na urlop wypoczynkowy, więc mielibyśmy dla siebie całe 14 dni. Poza tym pozostawały jeszcze listy (komórek i Internetu nie było), w których cały czas zapewnialiśmy się o tym, co do siebie czujemy.
Niestety któregoś dnia od mojego przyjaciela (jedynego) przyszedł list, że ona wychodzi za mąż szok tym bardziej, że jeszcze w ostatnim swoim liście zapewniała mnie o swojej miłości.
Ironią było to, że list przyszedł w dniu jej ślubu i nic już nie można było zrobić żadnej możliwości walki żadnej możliwości rozmowy? Na dodatek w takich sytuacjach człowiekowi przychodzą na ogół głupie myśli a ja tego dnia miałem wartę, czyli dostęp do broni i ostrej amunicji. Na warcie w akcie desperacji odbezpieczyłem broń przeładowałem i mając lufę kałacha pod brodą a palec na spuście? no właśnie nie miałem siły go nacisnąć. Teraz z perspektywy kolejnych 20 lat życia zrobiłbym wszystko żeby jednak ten spust nacisnąć jednak wtedy wydawało się, że może kiedyś będzie lepiej, że w zasadzie to lepiej, że tak się stało, bo męczylibyśmy się nawzajem. Zresztą kochałem ja, więc chciałem jej szczęścia nawet, jeśli miałaby go doświadczać z kimś innym.
Kolejnym argumentem było to, że przecież mogłoby to wywołać w niej poczucie winy i jak by miała z tym żyć? Pod koniec służby zaproponowano mi pozostanie w czynnej służbie na zasadzie ?nadterminowego?, ale człowiek młody to i głupi myślał tylko o jednym by wyjść do cywila.
Po wojsku oczy nie miałem pracy, więc trzeba było jej poszukać, ale z moją fobią społeczną czy nieśmiałością jak niektórzy twierdzili nie było to wcale takie proste. Mając prawo do zasiłku z UP nawet się tam nie zarejestrowałem, bo nie potrafiłem wejść do środka gdzie była masa ludzi. Samo dotarcie pod drzwi UP to była wielka walka z samym sobą i na resztę brakło już sił i odwagi.
Praca sama do mnie przyszła po znajomości i gdyby nie to to nie wiem czy pracowałbym do dzisiaj i nie z lenistwa, ale z pieprzonego strachu przed ludźmi i światem.
Praca była w akordzie, ale ja wyrabiałem się ze swoją w 1/2 czasu pracy dzięki temu mogłem wspomóc grupę a byli to naprawdę fajni ludzie, przy których czułem się normalnie cała obsesja gdzieś znikała. Tam też poznałem moją drugą dziewczynę a raczej ona poznała mnie i już pierwszego dnia czułem się jak z dobrą znajomą.
Ona była tak naturalna w swoim zachowaniu i rozmowie, że pierwszego dnia powiedzieliśmy sobie chyba wszystko o ile można było wszystko powiedzieć do 3 nad ranem.
Tego dnia powiedziała mi coś jeszcze, że jest chora na SM i nigdy raczej nie będzie mogła mieć dzieci.
Chorobę Jej poznałem od podszewki i wiedziałem, że dzisiaj jest dobrze jutro też tak może być, ale pojutrze już niekoniecznie, że są rzuty i reemisje wiedziałem, że może się tak zdarzyć, iż znaczących objawów nie będzie widać przez kilkanaście lat a może być i tak, że w przeciągu kilku lat choroba przykuje Ją do wózka? To było przerażające a jednocześnie coś mi mówiło, że to ta jedyna moja druga połowa, zostaliśmy parą. Kolejne trzy lata to bez wątpienia najszczęśliwsze jak do tej pory dni w moim życiu.
Po tym okresie jednak choroba dała znać o sobie i tak moje szczęście musiało poddać się hospitalizacji. Tego typu szpitale nie kojarzyły mi się najlepiej aż do wtedy. Jednak właśnie w tym szpitalu poznałem wspaniałych ludzi tak wśród personelu jak i lekarzy a także pacjentek gdyż był to odział kobiecy.
Szczególnie miło wspominam panią ordynator a była to starsza doświadczona kobieta, która podczas naszej pierwszej rozmowy powiedziała mniej więcej te słowa.
Do naszego szpitala przychodzą różni ludzie i nie każdy z nich jest chory. Rozróżniam dwie grupy osób pierwsza to ci, którzy mają problemy neurologiczne i ci są chorzy natomiast drugą grupę stanowią osoby, które w ?chorobę? zostały wpędzone przez ludzi. Ci pierwsi, jeśli mają wsparcie ze strony innych to pomimo choroby nie wracają do nas tak często jak ci drudzy, którzy po opuszczeniu szpitala nie radząc sobie ze światem i ludźmi podejmują kolejne kroki by się unicestwić, aby choć na ten moment zwrócić na siebie uwagę innych. Najgorsze jest to, że ja nie potrafię tej drugiej grupie tak naprawdę pomóc. Leki terapie tak, ale na dłuższą metę to i tak nie zadziała. Leki na moment przygłuszą receptory i iluzorycznie będzie poprawa, ale? Jeśli ci ludzie sami nie będą sobie chcieli pomóc, jeżeli, na co dzień nie znajdzie się ktoś, kto im będzie w tym pomagał to współczesna medycyna też im nie pomoże to przykre, ale tak jest.
W tym okresie swój czas dzieliłem na trzy części. Rano do pracy, później do szpitala i na noc do domu.
Pobyt w szpitalu trwał trzy tygodnie. Po wyjściu przez kolejne kilka dni było tak jak dawniej jednak któregoś dnia podczas rozmowy powiedziała, że musimy się na jakiś czas rozstać, że musi sobie wszystko poukładać przemyśleć, krótko mówiąc potrzebuje trochę czasu by pobyć sama z sobą.
Przykro mi było, ale jeśli miało Jej (nam) to w czymkolwiek pomóc to uważałem, że należy tak postąpić jak tego chce.
Rozstaliśmy się na?, miała zadzwonić, gdy upora się już z myślami. Mijały dni a Ona milczała i milczy? już osiemnaście lat!!!!
Z mojej strony oczywiście po jakimś czasie były próby kontaktu z nią, ale spełzły na niczym. Wiele czasu poświęciłem by zrozumieć, dlaczego tak się stało, co było przyczyną, jaka w tym jest moja wina? Może wtedy nie trzeba było się tak bez ?walki? godzić na to rozstanie? Może to był test z Jej strony czy mi na Niej zależy, odpuszczę czy będę walczył?
Kilka razy wypowiadała te słowa ?B? znajdź sobie inną zdrową dziewczynę ja nie chcę cię unieszczęśliwić? albo ?ja nie chcę by ktoś był zemną z litości?
Może wtedy powinna mi się zapalić jakaś czerwona lampka, ale przecież ja Jej nigdy nie dałem powodów by tak myślała. Wielokrotnie dawałem Jej odczuć, jaki jestem przy Niej szczęśliwy.
Wielokrotnie Jej mówiłem, że nieszczęśliwym byłbym gdybym Jej nie spotkał. Nie byłem z Nią również z litości owszem raz mi się zdarzyło, że po powrocie od Niej ze szpitala, gdy oglądałem nasze wspólne fotografie po raz drugi nie licząc dzieciństwa uroniłem łezkę, ale czy to jest litość? To była złość i bezsilność na okrucieństwo losu a zresztą Ona tego nie widziała a ja Jej nigdy o tym nie mówiłem. Gdyby można było cofnąć czas?
Po tym rozstaniu, gdy minęło już parę miesięcy nagle przestało mnie cokolwiek obchodzić. Praca dom, dom praca tak wyglądał każdy mój dzień.
Napisałem wyglądał? W takim razie skłamałem, bo tak wygląda no może z małymi wyjątkami. Od tamtego czasu przestałem mieć jakiekolwiek cele w życiu, bo i po co i dla kogo?
Mnie wystarcza to, co mam i puki, co nie widzę potrzeby by to zmieniać. Może i życie mam nudne, ale oddałem się swoim zainteresowaniom by nie myśleć, zająć czymś umysł i ciało i do pewnego momentu przynosiło to oczekiwany skutek. Praktycznie wszystkie moje hobby wiąże się z trybem siedzącym, więc kręgosłup zaczął mi coraz bardziej doskwierać.
Niestety ze względu na moją pokręconą psychikę dość długo zwlekałem z pójściem do lekarza efekt diagnoza lekarska ?nie nadaje się do leczenia operacyjnego?.
Tak w skrócie to raczej nie jest diagnoza lekarska, ale NFZ-tu. Jak nie wiadomo, o co chodzi to chodzi o pieniądze i tak jest w moim przypadku.
Tylko, że od 20lat pracuję a pieniędzy z tego niema w sensie na kupce, skarpecie, koncie niepotrzebne skreślić. Od takiego też czasu nie byłem u lekarza no chyba, że na badaniach okresowych. Pracuję uczciwie nie kradnę i nie wyciągam do nikogo po nic ręki nie twierdzę, że mi się coś należy, ale sam kręgosłupa sobie raczej nie naprawię.
Skoro nie tą drogą od strony fizycznej to pomyślałem, że najwyższa pora zrobić coś dla ?ducha? i pozbyć się albo przynajmniej spróbować pozbyć się fobii, ale i tu schody. Psycholog z NFZ-tu to parodia 15 i już wie wszystko, chociaż to on gadał a nie ja a prywatny cóż pierwsza wizyta 120zł a kolejne terapie (szokowe dla mojej kieszeni) raz w tygodniu po 120zł, co daje 480zł w miesiącu, czyli 1/3 mojej pensji. Więc mam dylemat, co wybrać mieszkanie-psycholog, jedzenie-psycholog czy zostać przy mieszkanie-jedzenie. Co prawda czasami robię coś dla kogoś w ramach moich zainteresowań, ale po pierwsze nie systematycznie a po drugie i tak z tego pieniędzy niema, bo nawet nie potrafię się upomnieć o pieniądze? To jest jakieś życie w matrixsie i mam nadzieję, że z niego wyjdę jak szlag trafi system monetarny.
Sam nie wiem, co robić to jest błędne koło? Pracy nie zmienię puki nie podreperuję psychiki, psychiki nie podreperuję, bo nie mam kasy z tego samego powodu kręgosłup musi poczekać.
A może coś sprzedać, co mam podwójne na przykład nerkę? Może ktoś z Was ma jakiś pomysł? Tylko zaznaczam nic, co jest niezgodne z prawem nie wchodzi w grę.
Kurczę popieprzone mam to życie, z której strony by się nie zabrać to niema jak dojść... Żeby mnie jeszcze bardziej pogrążyć to chyba łapię jakąś depresję, gdy widzę pary.
Tak wiem, co myślicie, ale to nie tak, że jestem wyposzczony? Niech nikt nie zrozumie tego nieopatrznie tu nie chodzi o seks, bo z tym można sobie jakoś jeszcze poradzić, ale o najzwyklejszą bliskość kobiety, do której można się przytulić, objąć ramieniem, pocałować, czy najzwyklej położyć jej głowę na kolanach po prostu spędzać z nią czas.
No dobrze już przestaje kręcić chodzi mi o miłość (chyba jak każdemu), ale nie o taką ?muszę?, ale ?chcę?. By ta miłość nie opierała się na zasadzie muszę zrobić to i tamto. Muszę być taki a nie inny, bo jeśli nie to ona mnie zostawi. Chcę robić coś, dlatego że tego chcę a nie, dlatego że muszę. By to, jaki jestem nie miało wpływu na to czy moja ukochana mnie dalej chce czy nie.
Naturalnie, może mnie opuścić, ale tylko wtedy, jeśli działam przeciwko niej, a nie z powodu tego, że nie jestem "idealny".
By nie było miejsca na oczekiwania wobec drugiej osoby na zasadzie, jeśli ona mnie kocha to zrobi to i tamto. Jeśli tego nie zrobi, cierpię. Jeśli ona to zrobi, to dobrze. Jeśli nie, też dobrze.
To są jej decyzje, które podejmuje samodzielnie. Nie czuję się zraniony, gdy coś się stanie lub gdy coś się nie stanie.
No, ale to tylko marzenia, które niestety nigdy się nie spełnią a już na pewno nie w tym życiu.
A na koniec zagadka jak to możliwe, że ta fobia społeczna, dystymia, osobowość unikająca i diabli wiedzą, co jeszcze zniknęła przez okres prawie czterech lat, gdy byłem w związku z dziewczyną?
Co to oznacza? Czy była najlepszym psychologiem pozwalającym na pozbycie się obsesji zaledwie w parę godzin?
Jak wytłumaczyć ten fenomen, że gdy byłem z nią robiłem rzeczy, które są normalne dla innych, ale dla fobików są do niepokonania?
Miłość czyni cuda?, celem dla mnie była Ona?, więc chyba jednak pani doktor miała rację?
Cóż ciężki zemnie przypadek i chyba pozostaje wierzyć w cuda, ale jakoś nie bardzo mogę w to uwierzyć?
Ps. Oczywiście do tego dochodzi jeszcze DDA, ale o tym dowiedziałem się dopiero tutaj.
Tak to wszystko wygląda na dzień dzisiejszy. Zastanawiam się tylko czy już sobie palnąć w łeb czy może jeszcze trochę poczekać?
Fobia społeczna
Objawy
unikają wystąpień publicznych - TAK
unikają jedzenia i picia w miejscach publicznych - TAK
nie odzywają się w towarzystwie innych - TAK
unikają rozmów, zwłaszcza z osobami, które są dla nich autorytetem ? CZASEM
nie mogą pracować, gdy ktoś na nich patrzy - TAK
prowadzą najczęściej samotniczy tryb życia - TAK
Wiele codziennych spraw (załatwienie czegokolwiek w urzędzie czy banku, wizyta u lekarza, zakupy w sklepie innym niż samoobsługowy, umówienie się z kimś) jest dla osób cierpiących na fobię społeczną prawdziwą torturą - TAK
W momencie, gdy człowiek dotknięty tą fobią jest narażony na ekspozycję społeczną, mogą u niego wystąpić następujące objawy somatyczne
czerwienienie się - NIE
przyspieszenie bicia serca, kołatanie serca - TAK
drżenie rąk i mięśni (np. łydek) - NIE
nadmierna potliwość - NIE
duszność - NIE
nudności - NIE
szumienie w uszach - NIE
zaburzenia mowy (np. drżenie głosu) -TAK
u niektórych osób: łzawienie - NIE
zawroty głowy ? NIE
Dystymia
Objawy kliniczne
zaburzenia łaknienia ? CZASEM
zaburzenia snu ? CZASEM
uczucie zmęczenia - TAK
deficyt uwagi - TAK
trudności decyzyjne - TAK
niska samoocena - TAK
poczucie beznadziejności - TAK
Ponadto często występują:
częściowa anhedonia - NIE
ogólny brak motywacji - TAK
ograniczenie zainteresowań ? RACZEJ NIE
niechęć do kontaktów towarzyskich - TAK
stałe uczucie bezsensu i marnowania czasu, nudy i wewnętrznej pustki - TAK
czasem zmniejszona dbałość o higienę osobistą (w cięższych przypadkach) ? NIE
Osobowość unikająca
Objawy
Kryteria diagnostyczne ICD-10
stałe napięcie i niepokój - TAK
poczucie nieatrakcyjności indywidualnej - TAK
koncentracja na krytyce - TAK
niechęć do wchodzenia w związki - NIE
ograniczony styl życia ? zapewnianie sobie fizycznego bezpieczeństwa - NIE
unikanie kontaktów społecznych z obawy przed krytyką, brakiem akceptacji, odrzuceniem - TAK
Kryteria diagnostyczne DSM-IV
unikanie działalności zawodowej, która wymaga znaczących kontaktów interpersonalnych, spowodowane obawami przed krytyką, dezaprobatą lub odrzuceniem - TAK
niechęć do wiązania się z innymi ludźmi, z wyjątkiem niektórych lubianych osób - TAK
powściągliwość w związkach intymnych spowodowana obawą przed zostaniem zawstydzonym lub wykpionym - RACZEJ NIE
zaabsorbowanie krytyką lub odrzuceniem w sytuacjach społecznych - TAK
powstrzymywanie się przed wchodzeniem w nowe relacje interpersonalne z powodu poczucia niedopasowania (ang. feelings of inadequacy) - TAK
postrzeganie siebie jako społecznie niekompetentnego, niepociągającego lub gorszego od innych - TAK
niezwykła niechęć do podejmowania osobistego ryzyka lub do angażowania się w jakiekolwiek nowe działania, ponieważ mogą one okazać się kłopotliwe ? TAK
Test Liebowitza
Twój wynik to:
60 (lęk) + 55 (unikanie) = 115
Skala wyników:
55 - 65 Umiarkowana fobia społeczna
65 - 80 Wyraźna fobia społeczna
80 - 95 Znaczna fobia społeczna
> 95 Poważna fobia społeczna
I jak z tym żyć?:(