Chyba mam już dość... :( - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Chyba mam już dość... :(

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 13 ]

1

Temat: Chyba mam już dość... :(

Witam smile

Wiem, wiem miałem się już nie udzielać, roll ale jakoś coś mi dzisiaj ciężko,:( więc sobie do Was piszę i może nawet ktoś mi odpowie big_smile

To jest mój pierwszy post na forum o tej tematyce a zmusiło mnie do tego życie, bo już nie wyrabiam pomału sad
Nie jestem młody, bo na karku mam, 40 ale zachowuję się i czuję czasami jak dziecko a nie facet.
W wieku 5 lat zmarł mój tata, mama, która do tej pory zajmowała się domem poszła do pracy, ale tam poznała koleżanki (koleżankę), z którą zaczęła pić alkohol.
Z dzieciństwa praktycznie nie pamiętam nic dobrego za wyjątkiem wakacji z dziadkami.
Później była szkoła podstawowa, w której szło mi, jako tako, bo każda moja każda ?odpowiedź? kończyła się 2 i chociaż potrafiłbym odpowiedzieć do zżerała mnie nieśmiałość i nie byłem w stanie wykrztusić z siebie słowa.
Tak wtedy to się nazywało nieśmiałością a już w wieku przedszkolnym działo się zemną coś niedobrego tylko nikt tego nie widział to była... zwykła NIEŚMIAŁOŚĆ.
W okresie podstawówki doszła jeszcze jedna brzydka cecha tym razem zewnętrzna garbienie się.
Tego oczywiście też ?nikt? nie zauważał tylko od czasu do czasu słyszałem od jakiegoś nauczyciela ?nie garb się? albo ?wyprostuj się?.
Wtedy jednak, jako dzieciak nie zwracałem na to uwagi ani też na przyszłe tego konsekwencje. W podstawówce poznałem dziewczynę a w zasadzie dziewczynkę (córkę koleżanki mamy, z którą piła).
Na początku była to zwykła dziecięca przyjaźń, która z czasem przerodziła się w uczucie tylko, że ona była nieśmiała i ja. Z pomocą przyszedł nam ?flirt towarzyski? i ?flirt miłosny?.
Dla tych, co niewiedzą, co to takiego to już wyjaśniam, że były to karteczki a raczej tekturki z pytaniami i odpowiedziami a do każdej przypisany był numerek.
To, co się chciało ?powiedzieć? wyszukiwało się na kartoniku i podawało wybranej osobie mówiąc jednocześnie numerek. Dla takich osób było to wybawieniem, bo rozmawiało się bez słów.
No, ale słowa na kartonikach ni jak się mają do czynów i mimo że oboje chcieliśmy bliskości, i czułości to żadne z nas nie wykonało tego pierwszego kroku.
Po podstawówce nasze drogi trochę się ?rozeszły? ona poszła do innej szkoły ja do innej, ale oczywiście spotykaliśmy się dalej.
Dwa lata szkoły zawaliłem oczywiście z powodu no właśnie ?nieśmiałości? później zmieniłem szkołę i ją ukończyłem w normalnym trybie. W trakcie szkoły a w zasadzie na jej końcu dostałem powołanie do wojska a mając kategorię A1 (z moim kręgosłupem) oraz nie umiejąc kombinować nie pozostawało oczywiście nic innego jak tylko zgłosić się w określonym czasie i miejscu ?w celu odbycia zaszczytnej służby wojskowej?.
Po przysiędze dostałem przepustkę i to właśnie wtedy po raz pierwszy zbliżyliśmy się do siebie fizycznie. Pisząc fizycznie mam na myśli oczywiście pierwszy głęboki pocałunek. Oczywiście do niczego więcej nie doszło a 3 dni zleciały szybko. Po powrocie do jednostki zostałem przeniesiony do innej oddalonej od miejsca zamieszkania prawie o 900km.
Przepustki jednodniowe nie wchodziły więc w rachubę a ja z kolei wolałem, aby ona nie jechała taki kawał drogi i nie narażała się na zaczepki i trudy podróży.
Po 9 miesiącach miałem w końcu jechać na urlop wypoczynkowy, więc mielibyśmy dla siebie całe 14 dni. Poza tym pozostawały jeszcze listy (komórek i Internetu nie było), w których cały czas zapewnialiśmy się o tym, co do siebie czujemy.
Niestety któregoś dnia od mojego przyjaciela (jedynego) przyszedł list, że ona wychodzi za mąż szok tym bardziej, że jeszcze w ostatnim swoim liście zapewniała mnie o swojej miłości.
Ironią było to, że list przyszedł w dniu jej ślubu i nic już nie można było zrobić żadnej możliwości walki żadnej możliwości rozmowy? Na dodatek w takich sytuacjach człowiekowi przychodzą na ogół głupie myśli a ja tego dnia miałem wartę, czyli dostęp do broni i ostrej amunicji. Na warcie w akcie desperacji odbezpieczyłem broń przeładowałem i mając lufę kałacha pod brodą a palec na spuście? no właśnie nie miałem siły go nacisnąć. Teraz z perspektywy kolejnych 20 lat życia zrobiłbym wszystko żeby jednak ten spust nacisnąć jednak wtedy wydawało się, że może kiedyś będzie lepiej, że w zasadzie to lepiej, że tak się stało, bo męczylibyśmy się nawzajem. Zresztą kochałem ja, więc chciałem jej szczęścia nawet, jeśli miałaby go doświadczać z kimś innym.
Kolejnym argumentem było to, że przecież mogłoby to wywołać w niej poczucie winy i jak by miała z tym żyć? Pod koniec służby zaproponowano mi pozostanie w czynnej służbie na zasadzie ?nadterminowego?, ale człowiek młody to i głupi myślał tylko o jednym by wyjść do cywila.

Po wojsku oczy nie miałem pracy, więc trzeba było jej poszukać, ale z moją fobią społeczną czy nieśmiałością jak niektórzy twierdzili nie było to wcale takie proste. Mając prawo do zasiłku z UP nawet się tam nie zarejestrowałem, bo nie potrafiłem wejść do środka gdzie była masa ludzi. Samo dotarcie pod drzwi UP to była wielka walka z samym sobą i na resztę brakło już sił i odwagi.
Praca sama do mnie przyszła po znajomości i gdyby nie to to nie wiem czy pracowałbym do dzisiaj i nie z lenistwa, ale z pieprzonego strachu przed ludźmi i światem.
Praca była w akordzie, ale ja wyrabiałem się ze swoją w 1/2 czasu pracy dzięki temu mogłem wspomóc grupę a byli to naprawdę fajni ludzie, przy których czułem się normalnie cała obsesja gdzieś znikała. Tam też poznałem moją drugą dziewczynę a raczej ona poznała mnie i już pierwszego dnia czułem się jak z dobrą znajomą.
Ona była tak naturalna w swoim zachowaniu i rozmowie, że pierwszego dnia powiedzieliśmy sobie chyba wszystko o ile można było wszystko powiedzieć do 3 nad ranem.
Tego dnia powiedziała mi coś jeszcze, że jest chora na SM i nigdy raczej nie będzie mogła mieć dzieci.
Chorobę Jej poznałem od podszewki i wiedziałem, że dzisiaj jest dobrze jutro też tak może być, ale pojutrze już niekoniecznie, że są rzuty i reemisje wiedziałem, że może się tak zdarzyć, iż znaczących objawów nie będzie widać przez kilkanaście lat a może być i tak, że w przeciągu kilku lat choroba przykuje Ją do wózka? To było przerażające a jednocześnie coś mi mówiło, że to ta jedyna moja druga połowa, zostaliśmy parą. Kolejne trzy lata to bez wątpienia najszczęśliwsze jak do tej pory dni w moim życiu.
Po tym okresie jednak choroba dała znać o sobie i tak moje szczęście musiało poddać się hospitalizacji. Tego typu szpitale nie kojarzyły mi się najlepiej aż do wtedy. Jednak właśnie w tym szpitalu poznałem wspaniałych ludzi tak wśród personelu jak i lekarzy a także pacjentek gdyż był to odział kobiecy.
 
Szczególnie miło wspominam panią ordynator a była to starsza doświadczona kobieta, która podczas naszej pierwszej rozmowy powiedziała mniej więcej te słowa.
Do naszego szpitala przychodzą różni ludzie i nie każdy z nich jest chory. Rozróżniam dwie grupy osób pierwsza to ci, którzy mają problemy neurologiczne i ci są chorzy natomiast drugą grupę stanowią osoby, które w ?chorobę? zostały wpędzone przez ludzi. Ci pierwsi, jeśli mają wsparcie ze strony innych to pomimo choroby nie wracają do nas tak często jak ci drudzy, którzy po opuszczeniu szpitala nie radząc sobie ze światem i ludźmi podejmują kolejne kroki by się unicestwić, aby choć na ten moment zwrócić na siebie uwagę innych. Najgorsze jest to, że ja nie potrafię tej drugiej grupie tak naprawdę pomóc. Leki terapie tak, ale na dłuższą metę to i tak nie zadziała. Leki na moment przygłuszą receptory i iluzorycznie będzie poprawa, ale? Jeśli ci ludzie sami nie będą sobie chcieli pomóc, jeżeli, na co dzień nie znajdzie się ktoś, kto im będzie w tym pomagał to współczesna medycyna też im nie pomoże to przykre, ale tak jest.

W tym okresie swój czas dzieliłem na trzy części. Rano do pracy, później do szpitala i na noc do domu.
Pobyt w szpitalu trwał trzy tygodnie. Po wyjściu przez kolejne kilka dni było tak jak dawniej jednak któregoś dnia podczas rozmowy powiedziała, że musimy się na jakiś czas rozstać, że musi sobie wszystko poukładać przemyśleć, krótko mówiąc potrzebuje trochę czasu by pobyć sama z sobą.
Przykro mi było, ale jeśli miało Jej (nam) to w czymkolwiek pomóc to uważałem, że należy tak postąpić jak tego chce.
Rozstaliśmy się na?, miała zadzwonić, gdy upora się już z myślami. Mijały dni a Ona milczała i milczy? już osiemnaście lat!!!!   
Z mojej strony oczywiście po jakimś czasie były próby kontaktu z nią, ale spełzły na niczym. Wiele czasu poświęciłem by zrozumieć, dlaczego tak się stało, co było przyczyną, jaka w tym jest moja wina? Może wtedy nie trzeba było się tak bez ?walki? godzić na to rozstanie? Może to był test z Jej strony czy mi na Niej zależy, odpuszczę czy będę walczył?
Kilka razy wypowiadała te słowa ?B? znajdź sobie inną zdrową dziewczynę ja nie chcę cię unieszczęśliwić? albo ?ja nie chcę by ktoś był zemną z litości?
Może wtedy powinna mi się zapalić jakaś czerwona lampka, ale przecież ja Jej nigdy nie dałem powodów by tak myślała. Wielokrotnie dawałem Jej odczuć, jaki jestem przy Niej szczęśliwy.
Wielokrotnie Jej mówiłem, że nieszczęśliwym byłbym gdybym Jej nie spotkał.  Nie byłem z Nią również z litości owszem raz mi się zdarzyło, że po powrocie od Niej ze szpitala, gdy oglądałem nasze wspólne fotografie po raz drugi nie licząc dzieciństwa uroniłem łezkę, ale czy to jest litość? To była złość i bezsilność na okrucieństwo losu a zresztą Ona tego nie widziała a ja Jej nigdy o tym nie mówiłem. Gdyby można było cofnąć czas?
Po tym rozstaniu, gdy minęło już parę miesięcy nagle przestało mnie cokolwiek obchodzić. Praca dom, dom praca tak wyglądał każdy mój dzień.
Napisałem wyglądał? W takim razie skłamałem, bo tak wygląda no może z małymi wyjątkami. Od tamtego czasu przestałem mieć jakiekolwiek cele w życiu, bo i po co i dla kogo?
Mnie wystarcza to, co mam i puki, co nie widzę potrzeby by to zmieniać. Może i życie mam nudne, ale oddałem się swoim zainteresowaniom by nie myśleć, zająć czymś umysł i ciało i do pewnego momentu przynosiło to oczekiwany skutek. Praktycznie wszystkie moje hobby wiąże się z trybem siedzącym, więc kręgosłup zaczął mi coraz bardziej doskwierać.
Niestety ze względu na moją pokręconą psychikę dość długo zwlekałem z pójściem do lekarza efekt diagnoza lekarska ?nie nadaje się do leczenia operacyjnego?. 
Tak w skrócie to raczej nie jest diagnoza lekarska, ale NFZ-tu. Jak nie wiadomo, o co chodzi to chodzi o pieniądze i tak jest w moim przypadku.
Tylko, że od 20lat pracuję a pieniędzy z tego niema w sensie na kupce, skarpecie, koncie niepotrzebne skreślić. Od takiego też czasu nie byłem u lekarza no chyba, że na badaniach okresowych. Pracuję uczciwie nie kradnę i nie wyciągam do nikogo po nic ręki nie twierdzę, że mi się coś należy, ale sam kręgosłupa sobie raczej nie naprawię.
Skoro nie tą drogą od strony fizycznej to pomyślałem, że najwyższa pora zrobić coś dla ?ducha? i pozbyć się albo przynajmniej spróbować pozbyć się fobii, ale i tu schody. Psycholog z NFZ-tu to parodia 15 i już wie wszystko, chociaż to on gadał a nie ja a prywatny cóż pierwsza wizyta 120zł a kolejne terapie (szokowe dla mojej kieszeni) raz w tygodniu po 120zł, co daje 480zł w miesiącu, czyli 1/3 mojej pensji. Więc mam dylemat, co wybrać mieszkanie-psycholog, jedzenie-psycholog czy zostać przy mieszkanie-jedzenie. Co prawda czasami robię coś dla kogoś w ramach moich zainteresowań, ale po pierwsze nie systematycznie a po drugie i tak z tego pieniędzy niema, bo nawet nie potrafię się upomnieć o pieniądze? To jest jakieś życie w matrixsie i mam nadzieję, że z niego wyjdę jak szlag trafi system monetarny.
Sam nie wiem, co robić to jest błędne koło? Pracy nie zmienię puki nie podreperuję psychiki, psychiki nie podreperuję, bo nie mam kasy z tego samego powodu kręgosłup musi poczekać.
A może coś sprzedać, co mam podwójne na przykład nerkę? Może ktoś z Was ma jakiś pomysł? Tylko zaznaczam nic, co jest niezgodne z prawem nie wchodzi w grę.
Kurczę popieprzone mam to życie, z której strony by się nie zabrać to niema jak dojść... Żeby mnie jeszcze bardziej pogrążyć to chyba łapię jakąś depresję, gdy widzę pary.
Tak wiem, co myślicie, ale to nie tak, że jestem wyposzczony? Niech nikt nie zrozumie tego nieopatrznie tu nie chodzi o seks, bo z tym można sobie jakoś jeszcze poradzić, ale o najzwyklejszą bliskość kobiety, do której można się przytulić, objąć ramieniem, pocałować, czy najzwyklej położyć jej głowę na kolanach po prostu spędzać z nią czas.
No dobrze już przestaje kręcić chodzi mi o miłość (chyba jak każdemu), ale nie o taką ?muszę?, ale ?chcę?. By ta miłość nie opierała się na zasadzie muszę zrobić to i tamto. Muszę być taki a nie inny, bo jeśli nie to ona mnie zostawi. Chcę robić coś, dlatego że tego chcę a nie, dlatego że muszę. By to, jaki jestem nie miało wpływu na to czy moja ukochana mnie dalej chce czy nie.
Naturalnie, może mnie opuścić, ale tylko wtedy, jeśli działam przeciwko niej, a nie z powodu tego, że nie jestem "idealny".
By nie było miejsca na oczekiwania wobec drugiej osoby na zasadzie, jeśli ona mnie kocha to zrobi to i tamto. Jeśli tego nie zrobi, cierpię. Jeśli ona to zrobi, to dobrze. Jeśli nie, też dobrze.
To są jej decyzje, które podejmuje samodzielnie. Nie czuję się zraniony, gdy coś się stanie lub gdy coś się nie stanie.
No, ale to tylko marzenia, które niestety nigdy się nie spełnią a już na pewno nie w tym życiu.

A na koniec zagadka jak to możliwe, że ta fobia społeczna, dystymia, osobowość unikająca i diabli wiedzą, co jeszcze zniknęła przez okres prawie czterech lat, gdy byłem w związku z dziewczyną?
Co to oznacza? Czy była najlepszym psychologiem pozwalającym na pozbycie się obsesji zaledwie w parę godzin?
Jak wytłumaczyć ten fenomen, że gdy byłem z nią robiłem rzeczy, które są normalne dla innych, ale dla fobików są do niepokonania?
Miłość czyni cuda?, celem dla mnie była Ona?, więc chyba jednak pani doktor miała rację?

Cóż ciężki zemnie przypadek i chyba pozostaje wierzyć w cuda, ale jakoś nie bardzo mogę w to uwierzyć?

Ps. Oczywiście do tego dochodzi jeszcze DDA, ale o tym dowiedziałem się dopiero tutaj.

Tak to wszystko wygląda na dzień dzisiejszy. Zastanawiam się tylko czy już sobie palnąć w łeb czy może jeszcze trochę poczekać?

Fobia społeczna

Objawy

unikają wystąpień publicznych - TAK
unikają jedzenia i picia w miejscach publicznych - TAK
nie odzywają się w towarzystwie innych - TAK
unikają rozmów, zwłaszcza z osobami, które są dla nich autorytetem ? CZASEM
nie mogą pracować, gdy ktoś na nich patrzy - TAK
prowadzą najczęściej samotniczy tryb życia - TAK
Wiele codziennych spraw (załatwienie czegokolwiek w urzędzie czy banku, wizyta u lekarza, zakupy w sklepie innym niż samoobsługowy, umówienie się z kimś) jest dla osób cierpiących na fobię społeczną prawdziwą torturą - TAK
W momencie, gdy człowiek dotknięty tą fobią jest narażony na ekspozycję społeczną, mogą u niego wystąpić następujące objawy somatyczne
czerwienienie się - NIE
przyspieszenie bicia serca, kołatanie serca - TAK
drżenie rąk i mięśni (np. łydek) - NIE
nadmierna potliwość - NIE
duszność - NIE
nudności - NIE
szumienie w uszach - NIE
zaburzenia mowy (np. drżenie głosu) -TAK
u niektórych osób: łzawienie - NIE
zawroty głowy ? NIE

Dystymia

Objawy kliniczne

zaburzenia łaknienia ? CZASEM
zaburzenia snu ? CZASEM
uczucie zmęczenia - TAK
deficyt uwagi - TAK
trudności decyzyjne - TAK
niska samoocena - TAK
poczucie beznadziejności - TAK
Ponadto często występują:
częściowa anhedonia - NIE
ogólny brak motywacji - TAK
ograniczenie zainteresowań ? RACZEJ NIE
niechęć do kontaktów towarzyskich - TAK
stałe uczucie bezsensu i marnowania czasu, nudy i wewnętrznej pustki - TAK
czasem zmniejszona dbałość o higienę osobistą (w cięższych przypadkach) ? NIE

Osobowość unikająca

Objawy
Kryteria diagnostyczne ICD-10

stałe napięcie i niepokój - TAK
poczucie nieatrakcyjności indywidualnej - TAK
koncentracja na krytyce - TAK
niechęć do wchodzenia w związki - NIE
ograniczony styl życia ? zapewnianie sobie fizycznego bezpieczeństwa - NIE
unikanie kontaktów społecznych z obawy przed krytyką, brakiem akceptacji, odrzuceniem - TAK

Kryteria diagnostyczne DSM-IV

unikanie działalności zawodowej, która wymaga znaczących kontaktów interpersonalnych, spowodowane obawami przed krytyką, dezaprobatą lub odrzuceniem - TAK
niechęć do wiązania się z innymi ludźmi, z wyjątkiem niektórych lubianych osób - TAK
powściągliwość w związkach intymnych spowodowana obawą przed zostaniem zawstydzonym lub wykpionym - RACZEJ NIE
zaabsorbowanie krytyką lub odrzuceniem w sytuacjach społecznych - TAK
powstrzymywanie się przed wchodzeniem w nowe relacje interpersonalne z powodu poczucia niedopasowania (ang. feelings of inadequacy) - TAK
postrzeganie siebie jako społecznie niekompetentnego, niepociągającego lub gorszego od innych - TAK
niezwykła niechęć do podejmowania osobistego ryzyka lub do angażowania się w jakiekolwiek nowe działania, ponieważ mogą one okazać się kłopotliwe ? TAK

Test Liebowitza

Twój wynik to:

60 (lęk) + 55 (unikanie) = 115
Skala wyników:
55 - 65 Umiarkowana fobia społeczna
65 - 80 Wyraźna fobia społeczna
80 - 95 Znaczna fobia społeczna
> 95 Poważna fobia społeczna

I jak z tym żyć?:(

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Chyba mam już dość... :(

Napewno potrzebujesz terapii. Twoja sytuacja finansowa nie jest łatwa i nie pozwala CI na to dzisiaj, natomiast dobrze, że zadajesz pytanie co  z tym zrobić. Ja mam 20 lat i znalazłam się w takiej sytuacji, że rozpaczliwie szukałam dla siebie pomocy. Było to spowodowne tym, ze wyprowadziłam się od faceta któremu oddałam wszystko, poświęciłam przyjaciół, częściowo ograniczyłam kontakt z rodziną, wybrałam szkołę kierując się dobrem jak wtedy myślałam naszego związku. Jak to się rozpadło i wróciłam do rodzinnego domu nie mogłam w nocy spać, przez pierwsze noce prosiłam siostrę i mamę żeby ze mną spały, ciagle płąkałam. Rano budziłam się ze strasznym niepokojem, płakałam, nie jadłam, jeśli już coś przełknęłam konczyło się to niestrawnością. Cały dzień siedziałam w domu, płakałam, rozpaczałam, aż w końcu zaczęłam szukać pracy. Trochę mi pomogło, że pracowałam od 10 do 22, ale mój stan utrzymywał się jeszcze parę ładnych miesięcy. To był koszmar. Trauma. DLatego wybrałam się na terapię, za którą mimo młodego wieku też płaciłam sobie sama. Wiesz, może dobrym pomysłem byłaby jakaś własna działalność na niewielką skalę, sklep internetowy? Coś co nie wymaga wielkich kosztów, a może przynieść zysk. Choćby te 500 zł miesięcznie pozwalając CI na leczenie. Uwierz, że bez terapii nie da się pewnych rzeczy osiągnąć, ważne że chcesz, ale też musisz znaleźć sposób w jaki uda Ci się to zrealizować.

3 Ostatnio edytowany przez daria1968 (2011-08-28 11:09:07)

Odp: Chyba mam już dość... :(

Ja też dobiega czterdziestki i czuję się jak dziecko a raczej tak funkcjonuję.
Nie mam pieniędzy aby dziecku kupić książki do szkoły wydatek 700 zł a moje zarobki to 1000 zł ..Wstydzę się iść pożyczyć ,boję się zadać mężowi pytania typu gdzie się podziały te pieniądze które miał na koncie...
    Kurczę,myślałam że pewne rzeczy mam już za sobą.Od kiedy to już zmieniam swoje życie - wszystko kończy się w mojej głowie.Rozwód,nowa praca -oj, jestem zdołowana.
    Wiem że nawet najlepszy psycholog nie rozwiąże moich problemów,nie pomoże żadna terapia.Byłam już kiedyś w gorszych sytuacji -wogóle nie miałam pracy - bo się bałam wszystkiego.Zamknęłam się w skorupie ,tylko spałam i płakałam.Ale podobnie jak Ciebie jakaś siła pchała mnie do przodu,nie pozwoliła wałęsać się bez celu po mieszkaniu.W chwili najgorszego cierpienia,kiedy nie wiedziałam co robić poszłam na spotkanie zon alkoholików,kilka razy byłam na mitingach AA ,DDA i nagle zobaczyłam że nie tylko ja mam problemy.Mało tego okazało się że mam śmiałość zabrać głos mimo obecności wielu osób.Przestałam się tak bardzo skupiać na tym że może powiem coś głupiego - byłam sobą.

"Jeśli ci ludzie sami nie będą sobie chcieli pomóc, jeżeli, na co dzień nie znaj"ie się ktoś, kto im będzie w tym pomagał to współczesna medycyna też im nie pomoże to przykre, ale tak jest "    - masz szczęście spotykać na swojej drodze wartościowych ludzi...np pani ordynator

Pytasz,jak z tym żyć? Ta mądra kobieta odpowiedziała na to pytanie.
Życzmy sobie szczęścia aby odnaleść  tego " KTOSIA".

4

Odp: Chyba mam już dość... :(

Zastanawiam się czy korzystałes z terapii 3-miesięcznej darmoej oczywiście i czy systematycznie chodziłes do psychologa oczywiscie z NFZ???
Ja Cie doskonale rozmumiem...pisałes ze nie pamietasz nic z dzieciństwa-to jest coś co wyparłes jako dziecko i to jest to od czego powinieneś zacząć.Nie wiem jak wyglądały Twoje wizyty u psychologa o ktorym pisałes i czym sie zajmowaliście?

Nie chcę niczego sugerowac-nie jestem psychologiem czy psychitarą ale bardzo duze przeszłam w życiu i tazke na nic nie mam kasy...więc korzystam z tego co darmowe.

A propos Twojej pierwszej miłości-znalazłes także wrażliwą osobę z ktorą mogłes sie dzielic w jakis sposób sobą...poczułes ze jestes ważny,że ktos Cie zauważył i tam kierowałeś swoje uczucia wiedzą albo raczej oczekując tego samego od niej.
Potrzebowałes bliskości,poczucia bezpieczeństwa ktorej rodzice Ci nie dali...

5

Odp: Chyba mam już dość... :(

Daria1968

  " Wiem że nawet najlepszy psycholog nie rozwiąże moich problemów,nie pomoże żadna terapia."

Wybacz Dario1968 psycholog nie rozwiąże za Ciebie problemów to fakt ale na pewno pomoże Ci zrozumieć je skąd się biorą Twoje obawy...tarapia,to jest coś co polecam jak najbardziej!!!


Kochani na jednej terapii wcale nie musi sie skonczyc,każdy jest inny i każdy potzrebuje innej pomocy ale wiem na pewno że powinniście do bólu korzystac z terapii 3-mieśięcznej PRÓBOBWAĆ TRZEBA DO SKUTKU...to jest dla was dla poprawy waszej jakości zycia.

Wiecie jak jest mi ciężko-siedzę tutaj i piszę a wiecie co sie ze mną dzieje...mam naglowie tyle problemów!!!!!

Tu trzeba intesywnie pracowac z psychologiem!

6

Odp: Chyba mam już dość... :(

tak.. liczenie na to, że problemy same przejdą, bądź ciągła niechęć do życia, niemożność poradzenia sobie z nim wymaga pomocy. Można oczywiście mówić, że nic nie pomoże, że psycholog nie pokaże nam złotego środka. Ale jeśli mamy szansę spróbować sobie pomóc to dlaczego nie? Ludzie latami narzekają, żyją w bólu i nic z tym nie robią sądząc, że nie mają siły i koło się zamyka. Ile jest patologicznych sytuacji, ludzi żyjących jak pies z kotem, przemocy. Myślę sobie, że jestem młodzitutka, ale przeżyłam sporo więc jedyną radą jest wzięcie odpowiedzialności za swoje życie, a tego nikt za nas nie zrobi. ALbo będziemy żyli w bezanadzieji licząc na cud, na to że zjawi się ktoś kto nas ocali( na kim się oprzemy), ale tak naprawdę powinniśmy się nauczyć żyć sami ze sobą i czuć się dobrze, wtedy dopiero możemy coś ofiarować drugiej osobie.

7

Odp: Chyba mam już dość... :(
KarusiaKS napisał/a:

Napewno potrzebujesz terapii. Twoja sytuacja finansowa nie jest łatwa i nie pozwala CI na to dzisiaj, natomiast dobrze, że zadajesz pytanie co  z tym zrobić. Ja mam 20 lat i znalazłam się w takiej sytuacji, że rozpaczliwie szukałam dla siebie pomocy. Było to spowodowne tym, ze wyprowadziłam się od faceta któremu oddałam wszystko, poświęciłam przyjaciół, częściowo ograniczyłam kontakt z rodziną, wybrałam szkołę kierując się dobrem jak wtedy myślałam naszego związku.

No widzisz tylko Twoja sytuacja była nieco inna Ty nie boisz się ludzi i życia wśród nich, świata. Ty zostałaś jak dobrze zrozumiałem skrzywdzona przez faceta. Niespełniona miłość boli jak i rozstanie spowodowane tym.
Ty poświęciłaś dla niego wszystko, a on? Zresztą każde rozstanie dla osoby, która kocha a jej uczucie nie jest odwzajemnione jest traumatycznym przeżyciem.:(

KarusiaKS napisał/a:

Wiesz, może dobrym pomysłem byłaby jakaś własna działalność na niewielką skalę, sklep internetowy? Coś co nie wymaga wielkich kosztów, a może przynieść zysk. Choćby te 500 zł miesięcznie pozwalając CI na leczenie. Uwierz, że bez terapii nie da się pewnych rzeczy osiągnąć, ważne że chcesz, ale też musisz znaleźć sposób w jaki uda Ci się to zrealizować.

Masz rację, ale to wiąże się z wyjściem do ludzi. Sklep internetowy też wiąże się z wejściem do ludzi w końcu zakupiony towar trzeba wysłać a to obliguje do częstych wizyt choćby na poczcie.:o
By bardziej to zobrazować powiem tak, jeśli mam wykonać telefon do kogoś to najpierw walczę z wybraniem numeru, jeśli mi się to uda i w końcu wybiorę numer to w trakcie nawiązywania połączenia zwykle go zrywam.:/
Kiedyś próbowałem innej metody by przełamać ten irracjonalny strach przed ludźmi i próbowałem korzystać z czata.:D Oczywiście i tu porażka, bo ja nie zagadywałem nikogo tylko czekałem aż ktoś to zrobi a gdy ktoś próbował mnie zagadać wyłączałem czat. Wiem to chore, ale niestety tak jest.:mad:
Wspominałem już, że czasami robię coś dla kogoś i tutaj mogłoby być ewentualne źródło dodatkowych dochodów, ale ja nie potrafię sprzedać swojej pracy.:( Zwykle wygląda to tak, że ktoś zwykle jakiś znajomy przypomina sobie o mnie, gdy istnieje potrzeba naprawienia czegoś jemu lub jego znajomym. Poświęcam na to swój czas wiedzę itd. i gdy przychodzi do odbioru danego urządzenia biorę pieniądze tylko za wymienione podzespoły, a czasami i nie.:/ Nie potrafię się upomnieć o coś, co mi się należy.:mad:
Mało tego, gdy urządzenie jest skomplikowane a moje narzędzia i przyrządy pomiarowe nie pozwalają na właściwe zdiagnozowanie usterki, a tym samym na jego naprawę to czuję się w jakiś sposób winny, że nie potrafiłem tego naprawić. Mówiąc w skrócie potrafię wiele rzeczy i robię wszystko bardzo dokładnie tak jakbym to robił dla siebie i z tego mogłyby być całkiem konkretne pieniądze,:rolleyes: ale nie potrafię tego sprzedać i efekty są, jakie są.:(

daria1968 napisał/a:

Ja też dobiega czterdziestki i czuję się jak dziecko a raczej tak funkcjonuję.
Nie mam pieniędzy aby dziecku kupić książki do szkoły wydatek 700 zł a moje zarobki to 1000 zł ..Wstydzę się iść pożyczyć ,boję się zadać mężowi pytania typu gdzie się podziały te pieniądze które miał na koncie...
    Kurczę,myślałam że pewne rzeczy mam już za sobą.Od kiedy to już zmieniam swoje życie - wszystko kończy się w mojej głowie.Rozwód,nowa praca -oj, jestem zdołowana.

No to witaj w klubie dorosłych dzieci.:D Przykro mi, że nie ułożyło Ci się w życiu sad ja też się wstydzę pożyczać i nie pożyczam od nikogo, ale widzę, że inni, którym powodzi się całkiem nieźle nie mają takich skrupułów.:mad: Niestety nikt mnie nie nauczył bycia bezwzględnym, że liczę się tylko ja, ja i jeszcze raz ja no i teraz raz za razem dostaję kopa w d..ę od życia.:( Gdy czytam tutaj niektóre posty to sam nie wiem czy śmiać się czy płakać ludzie popadają ze skrajności w skrajność i szukają problemów na siłę.:/ Wstyd mi za niektórych facetów, którzy nie potrafią szanować kobiet za Twojego męża, który jak rozumiem popadł w alkoholizm i wybrał wódkę zamiast Was, że nie poczuwa się do odpowiedzialności względem Ciebie i Waszego dziecka sad dużo by wymieniać chyba jestem jakimś altruistą, bo marzy mi się szczęście wszystkich ludzi.:D

daria1968 napisał/a:

Wiem że nawet najlepszy psycholog nie rozwiąże moich problemów,nie pomoże żadna terapia.Byłam już kiedyś w gorszych sytuacji -wogóle nie miałam pracy - bo się bałam wszystkiego.Zamknęłam się w skorupie ,tylko spałam i płakałam.Ale podobnie jak Ciebie jakaś siła pchała mnie do przodu,nie pozwoliła wałęsać się bez celu po mieszkaniu.W chwili najgorszego cierpienia,kiedy nie wiedziałam co robić poszłam na spotkanie zon alkoholików,kilka razy byłam na mitingach AA ,DDA i nagle zobaczyłam że nie tylko ja mam problemy.

Może tak może nie, ale po to są psycholodzy by takim jak my pomóc.:) Może nie trafiłaś na odpowiedniego tak jak ja.:( Gdybym tylko mógł zdobyć adres do tej pani doktor, o której wspominałem wcześniej to myślę, że w jakimś stopniu pomogłaby mi, ale już nie pracuje a w szpitalu jej adresu nie chcą podać.:( Ja jestem jak wspomniałem ciężkim przypadkiem:rolleyes: nawet jak już udało mi się przełamać i trafić do psychologa to nie potrafiłem mówić otwarcie a przecież, jeżeli nie powiem o sobie szczerze, coś zataję w obawie o reakcję to nawet najlepszy specjalista nie będzie wstanie nic zrobić.:( Nie wiem, od czego to zależy, ale mam wrażenie, że moja podświadomość wybiera określony typ osobowości. Jeśli dana osoba nadaje na tych samych falach, że to tak ujmę wszystko znika ta cała fobia przestaje istnieć:D i nieważne czy to jest osoba, którą już znam czy też ktoś całkiem obcy. Niestety puki, co na takiego psychologa nie trafiłem.:( Widzisz to trochę tak jak z Tobą gdzie na mitingu potrafiłaś się otworzyć w stosunku do obcych ludzi.:) W moim przypadku taka osoba wcale nie musi mieć, czy znać moich problemów a jednak z taką osobą mogę normalnie rozmawiać i też być wreszcie sobą.:D

daria1968 napisał/a:

Życzmy sobie szczęścia aby odnaleść  tego " KTOSIA".

Oczywiście życzę Ci abyś znalazła tego ?KTOSIA? i byście zaznali prawdziwego szczęścia, i bezinteresownej miłości.:D

Explicite napisał/a:

Zastanawiam się czy korzystałes z terapii 3-miesięcznej darmoej oczywiście i czy systematycznie chodziłes do psychologa oczywiscie z NFZ???
Ja Cie doskonale rozmumiem...pisałes ze nie pamietasz nic z dzieciństwa-to jest coś co wyparłes jako dziecko i to jest to od czego powinieneś zacząć.Nie wiem jak wyglądały Twoje wizyty u psychologa o ktorym pisałes i czym sie zajmowaliście?

Nie z takiej terapii nie korzystałem, bo mimo że mieszkam w dużym mieście to nikt o takiej terapii nie wspomniał i nie proponował.:( Pierwszy raz słyszę to od Ciebie. Z dzieciństwa pamiętam wiele, ale jak napisałem nic dobrego masz rację, że to jest zapewne ten okres, w którym wszystko się zaczęło i od tego trzeba by zacząć.:/ Co do wizyt u psychologa to wyglądały tak, że padało pytanie typu, ?w czym problem?, na co odpowiadałem, że na podstawie autodiagnozy podejrzewam to, to i to. Wypełniałem jakiś test, po czym następowało zaproszenie na następną wizytę za miesiąc.:( Czas takiego spotkania to zwykle około 10-15 minut. Byłem trzy razy i dałem sobie w końcu z tym spokój, bo to niema sensu zwłaszcza, że tak jak wspomniałem nie udało mi się znaleźć porozumienia z psychologiem.:(

Explicite napisał/a:

A propos Twojej pierwszej miłości-znalazłes także wrażliwą osobę z ktorą mogłes sie dzielic w jakis sposób sobą...poczułes ze jestes ważny,że ktos Cie zauważył i tam kierowałeś swoje uczucia wiedzą albo raczej oczekując tego samego od niej.
Potrzebowałes bliskości,poczucia bezpieczeństwa ktorej rodzice Ci nie dali...

Jest dużo prawdy w tym, co piszesz, ale dla uściślenia nie pierwszej a drugiej miłości. Móc się dzielić z kimś innym sobą to chyba naturalne w związku, uczuciu.
Będąc z kimś chcemy dla tego kogoś wszystkiego, co najlepsze i to też chyba dobrze? Poczułem się ważny, poczułem się potrzebny i poczułem, że w końcu komuś na mnie też zależy.:D
Kierowałem swoje uczucia do Niej, ale nie oczekiwałem tego od Niej, bo nie musiałem. Ona zawsze w tym wyprzedzała mnie o krok.:)
Nie było matkowania to był zwykły związek kobiety i mężczyzny ze wszystkimi aspektami takiego związku. Jeśli już można by się do czegoś przyczepić to moja nadopiekuńczość względem Niej.
Nie robiłem tego przeciwko Niej, ale znając Jej sytuację zdrowotną starałem się Ją chronić przed sytuacjami, które mogłyby pogorszyć Jej stan.
Z jednej strony była normalną młodą dziewczyną chcącą korzystać z młodości i tego przecież nie mogłem Jej zabrać, a z drugiej strony Jej ?uśpiona? choroba powodowała u mnie ciągłą troskę o Jej zdrowie. Nie było to łatwe zwłaszcza by nie dawać Jej powodów do zmartwień i motywów by myślała o swojej chorobie, a jednocześnie Ją osłaniać.
Być może przesadziłem i może właśnie wynika to z braku miłości, której nie doświadczyłem w dzieciństwie, ale niech nikt nie myśli, że chciałem ?zagłaskać kotka? lub zamknąć Ją w ?złotej klatce? nic z tych rzeczy. Tak sobie myślę, że to mógł być przysłowiowy ?gwóźdź do trumny? naszego rozstania,:( bo wielokrotnie słyszałem od Niej słowa, że jestem dla Niej za dobry.
No, ale jak nie być dobrym dla kogoś, na kim nam bardzo zależy? Przykre to wszystko zwłaszcza dla kogoś, kto nie potrafi inaczej kochać.:(

KarusiaKS napisał/a:

Myślę sobie, że jestem młodzitutka, ale przeżyłam sporo więc jedyną radą jest wzięcie odpowiedzialności za swoje życie, a tego nikt za nas nie zrobi. ALbo będziemy żyli w bezanadzieji licząc na cud, na to że zjawi się ktoś kto nas ocali( na kim się oprzemy), ale tak naprawdę powinniśmy się nauczyć żyć sami ze sobą i czuć się dobrze, wtedy dopiero możemy coś ofiarować drugiej osobie.

Z pierwszą częścią Twojej wypowiedzi muszę się zgodzić, ale z drugą już się nie zgadzam. Wiesz Ona nie czuła się wcale dobrze ze swoją chorobą liczyła na cud, bo SM jest chorobą puki, co nieuleczalną i gdyby myślała tak jak Ty to być może nigdy by nie poznała, co to jest miłość ta duchowa i ta cielesna, co to jest związek dwojga ludzi oparty na zaufaniu i szczerości.
Ona ofiarowała mi swoją miłość i siebie coś, co miała najcenniejszego.:) Nie można ludziom chorym w taki czy inny sposób odbierać prawa do miłości, bo to jest nieludzkie.:(
Każdy na tej planecie ma prawo do szczęścia i miłości, tylko zbyt często ludzie nie potrafią kochać. Prawie wszyscy twierdzą, że kocha się za coś i to jest poniekąd prawda jedni kochają kogoś za urodę inni za to, co ktoś sobą reprezentuje jeszcze inni za to, co ktoś posiada i do czego doszedł itd. Ja też kochałem za coś, to coś to to, że była i za to że mogłem z Nią być.
Wiem ciężko pewnie pojąć taką miłość, bo podobno miłość bezinteresowna nie istnieje.:(

8 Ostatnio edytowany przez Dorin92 (2011-08-28 21:30:03)

Odp: Chyba mam już dość... :(

Z ciekawości też zrobiłam ten test (nie wiedziałam, że coś takiego istnieje) i wyszło mi następująco:
44 (lęk / niepokój), 49 (unikanie sytuacji) = 93 -> poważna fobia

W sumie wcale mnie to nie dziwi. Moje przykładowe dziwne zachowania:

- unikam jak ognia płacenia w kasie. Gdy jestem z kimś na zakupach, zawsze wciskam mu pieniądze do ręki i mówię: "zapłać za mnie". A jeśli np. sama spaceruję i mam ochotę sobie kupić np. coś do jedzenia to... zwykle z tego rezygnuję i wracam do domu. (!) Albo gdy jestem z koleżanką w pizzerii, to przy stoliku dogadujemy się co bierzemy i zawsze to ona idzie zamawiać, ja nie potrafię się przemóc i tego zrobić. Dziwne, prawda?

- nienawidzę rozmawiać przez telefon, unikam tego jak ognia. Często, gdy ktoś do mnie dzwoni to nie odbieram, tylko piszę sms'a w stylu "wybacz, ale nie mogę teraz rozmawiać, możesz mi napisać w sms'ie o co chodzi?", mimo, że to nieprawda. Odebranie numeru zastrzeżonego/nieznanego tym bardziej w ogóle nie wchodzi w grę.

- gdy przechodzę przez miasto (i rzecz jasna idę spacerować na jego obrzeża, gdzie jest spokojniej) i spotykam po drodze grupki ludzi, to z reguły przyspieszam, żeby jak najszybciej ich minąć. Boję się im patrzeć w oczy, ogółem od zawsze mam problem z utrzymywaniem kontaktu wzrokowego. Poza tym, gdy zauważę, że ktoś na mnie patrzy/zerka, to czuję się, jakbym była naga. I zawsze mam wrażenie, że jeśli ktoś na mnie spogląda, to robi to negatywnie - w duchu śmieje się ze mnie, albo myśli "co za kosmitka". Z reguły wtedy wyciągam telefon i udaję, że coś piszę. O tym, że dodatkowo zawsze mam słuchawki w uszach i słucham muzyki chyba nie muszę już wspominać.

- nie potrafię sama pójść na koncert, czy jakiś występ. Przykład? Niedawno w moim jakże małym miasteczku (cudem) był jeden z moich ulubionych kabaretów. Ktoś powie - cóż, idealna okazja, by ich zobaczyć na żywo, a może nawet zdobyć autograf, czy zrobić pamiątkowe zdjęcie. Mimo, że miałam pieniądze na wstęp - nie poszłam. Dlaczego? Bo nie miałam z kim i to mnie sparaliżowało. To samo tyczy się pojechania gdzieś, np. autobusem - sama w życiu się nie ruszę, choćbym nie wiem jak pragnęła gdzieś pojechać.

- chciałam iść na studia, ale nawet nie spróbowałam, nie złożyłam nigdzie papierów - strach mnie sparaliżował. Strach przed formalnościami, jeżdżeniem, załatwianiem, no i porażką. Plus fakt, że gdyby jednak mnie przyjęto, to musiałabym na te studia dojeżdżać sama (o zgrozo nr 1!), nie wiadomo, czy bym się tam zaklimatyzowała (o zgrozo nr 2!), no i czy dałabym radę (o zgrozo nr 3!). Tym sposobem po prostu odpuściłam, po raz kolejny.

Moje pytanie: jak z tym żyć? Jak z tym walczyć?

9

Odp: Chyba mam już dość... :(
Dorin92 napisał/a:

Moje pytanie: jak z tym żyć? Jak z tym walczyć?

Żyć się z tym da, czego ja jestem najlepszym przykładem,:D ale z wiekiem jest coraz ciężej.:( Inna sprawa, co to za życie.:(
Nie myślę o samobójstwie (jeszcze nie), ale coraz częściej łapię się na myśli, że było by najlepiej położyć się spać wieczorem a rano już się nie obudzić.:(
Wiem nie powinienem tak myśleć a już na pewno o tym tutaj pisać, ale chcę Wam uświadomić szczególnie osobom, których to dotyczy w krótkim okresie czasu by nie czekały jednak tak jak ja na to, że to samo przejdzie, bo raczej nie przejdzie. Chociaż w moim przypadku przeszło i niebyło tego przez prawie cztery lata,:D o czym już wspominałem i dla mnie jest to niezrozumiałe,:/ ale może w psychologii odnotowano i takie przypadki?

Pytasz jak z tym walczyć? Nie wiem? pozostaje wierzyć w psychologom i w ich sposoby. W moim przypadku zawsze słyszałem, że jestem chorobliwie nieśmiały, ale wtedy wiele rzeczy ?nie było?.
Nie było dysleksji a jak ktoś miał problemy z pisaniem czy czytaniem był po prostu debilem. Tak samo nie było ADHD itd.
W zasadzie gdyby nie Internet to żyłbym sobie dalej w przekonaniu, że jestem chorobliwie nieśmiały.:D
Z Twoimi przykładami również się identyfikuję, bo mnie też dotyczą.:(
Co do nauki to zmuś się do niej (chyba sam nie wierzę w to, co piszę tongue) a przynajmniej spróbuj, bo w dzisiejszym świecie wiele stracisz bez tego?:(

Ty jesteś młoda, więc tym bardziej walcz z tym a może i spotkasz kogoś, czego Ci życzę, dla kogo ten problem nie jest obcy i kto ?zmusi? Cię do leczenia.
Jeśli kogoś takiego nie spotkasz to zmuś się sama (znowu nie wierzę, że to piszę). W moim przypadku to trwało kilka lat, bo w każdym dniu przekładałem wizytę na kolejny dzień.:rolleyes: 
W przeciwnym razie spieprzysz sobie życie tak jak ja sad a tego przecież nie chcesz?

10

Odp: Chyba mam już dość... :(
enco napisał/a:
Dorin92 napisał/a:

Moje pytanie: jak z tym żyć? Jak z tym walczyć?

Żyć się z tym da, czego ja jestem najlepszym przykładem,:D ale z wiekiem jest coraz ciężej.:( Inna sprawa, co to za życie.:(
Nie myślę o samobójstwie (jeszcze nie), ale coraz częściej łapię się na myśli, że było by najlepiej położyć się spać wieczorem a rano już się nie obudzić.:(
Wiem nie powinienem tak myśleć a już na pewno o tym tutaj pisać, ale chcę Wam uświadomić szczególnie osobom, których to dotyczy w krótkim okresie czasu by nie czekały jednak tak jak ja na to, że to samo przejdzie, bo raczej nie przejdzie. Chociaż w moim przypadku przeszło i niebyło tego przez prawie cztery lata,:D o czym już wspominałem i dla mnie jest to niezrozumiałe,:/ ale może w psychologii odnotowano i takie przypadki?

Pytasz jak z tym walczyć? Nie wiem? pozostaje wierzyć w psychologom i w ich sposoby. W moim przypadku zawsze słyszałem, że jestem chorobliwie nieśmiały, ale wtedy wiele rzeczy ?nie było?.
Nie było dysleksji a jak ktoś miał problemy z pisaniem czy czytaniem był po prostu debilem. Tak samo nie było ADHD itd.
W zasadzie gdyby nie Internet to żyłbym sobie dalej w przekonaniu, że jestem chorobliwie nieśmiały.:D
Z Twoimi przykładami również się identyfikuję, bo mnie też dotyczą.:(
Co do nauki to zmuś się do niej (chyba sam nie wierzę w to, co piszę tongue) a przynajmniej spróbuj, bo w dzisiejszym świecie wiele stracisz bez tego?:(

Ty jesteś młoda, więc tym bardziej walcz z tym a może i spotkasz kogoś, czego Ci życzę, dla kogo ten problem nie jest obcy i kto ?zmusi? Cię do leczenia.
Jeśli kogoś takiego nie spotkasz to zmuś się sama (znowu nie wierzę, że to piszę). W moim przypadku to trwało kilka lat, bo w każdym dniu przekładałem wizytę na kolejny dzień.:rolleyes: 
W przeciwnym razie spieprzysz sobie życie tak jak ja sad a tego przecież nie chcesz?

Ale niestety to nie jest takie proste. Zwłaszcza jeśli nie ma się znajomych, koleżanki, przyjaciółki, faceta - podsumowując: jeśli nie ma się NIKOGO. Samemu trudno walczyć o cokolwiek, zwłaszcza jeśli wszelkie próby nie przynoszą rezultatów. A co do niechęci budzenia się rano - od dawna tak mam, także znam ten stan bardzo dobrze. W przeciągu roku potwornie się to nasiliło, gdyż straciłam prawie wszystko, co było do stracenia (zostali mi jeszcze rodzice i rodzeństwo, ale to nie to samo - zwłaszcza, że nie jesteśmy jakoś specjalnie zżyci ze sobą). Także jak tu wstawać rano z łóżka? Po co, skoro każdy kolejny dzień ogranicza się do siedzenia w domu i nudzenia się? To jest jakaś masakra... A odwagi żeby ze sobą skończyć też nie mam. Nie raz mam różne myśli, ale... nie potrafię działać. Nic mnie tutaj nie trzyma, nikomu nie jestem potrzebna, a i tak nie potrafię działać. Taki tchórz ze mnie. A prawda jest taka, że gdybym umarła, to nikt poza domownikami by się nie zorientował i nikt by się nie przejął...

Także podziwiam Cię, że walczysz i wytrzymujesz z tym wszystkim zapewne więcej lat niż ja. Prawda jest taka, że mam 19 lat, a czuję się jakbym miała 80, jestem zmęczona życiem. Dzieciństwo miałam w miarę dobre, ale później to już totalna porażka. Nie będzie nawet co wspominać na starość (o ile do niej dożyję i wytrzymam w tym bezsensie istnienia). Życie jest koszmarne.

11

Odp: Chyba mam już dość... :(

No to witaj w klubie big_smile

Wiem to kiepski żart sad

Dorin92 napisał/a:

Ale niestety to nie jest takie proste. Zwłaszcza jeśli nie ma się znajomych, koleżanki, przyjaciółki, faceta - podsumowując: jeśli nie ma się NIKOGO. Samemu trudno walczyć o cokolwiek, zwłaszcza jeśli wszelkie próby nie przynoszą rezultatów.

Mnie nie musisz przekonywać, bo znam to z autopsji sad tylko, że i tak jestem ?twardy?;), i to już ciągnę ponad 20lat z małą przerwą.

Dorin92 napisał/a:

A co do niechęci budzenia się rano - od dawna tak mam, także znam ten stan bardzo dobrze. W przeciągu roku potwornie się to nasiliło, gdyż straciłam prawie wszystko, co było do stracenia (zostali mi jeszcze rodzice i rodzeństwo, ale to nie to samo - zwłaszcza, że nie jesteśmy jakoś specjalnie zżyci ze sobą). Także jak tu wstawać rano z łóżka? Po co, skoro każdy kolejny dzień ogranicza się do siedzenia w domu i nudzenia się? To jest jakaś masakra...

Też sobie zadaję codziennie to pytanie, po co hmm i w jakim celu? Skoro niema celu to, jaki jest sens to ciągnąc dalej? Ale Wiesz tak jak już kiedyś pisałem nigdy nie wiadomo, co przyniesie nam kolejny dzień. wink A póki jest, choć cień nadziei to chyba warto to ciągnąć dalej.:)

Dorin92 napisał/a:

A odwagi żeby ze sobą skończyć też nie mam.

No i bardzo dobrze nawet o tym nie myśl.:mad: Pomyślisz jak będziesz miała 40 na karku i nic się nie zmieni,:P ale myśleć a zrobić to dwie różne rzeczy. Mogę się z Tobą założyć, że za 20 lat nawet nie będziesz pamiętała o tym, co teraz wypisujesz a nawet, jeśli to spąsowiejesz ze wstydu, że kiedyś taką myśl do siebie dopuszczałaś. Będziesz miała rodzinę dwójkę, (co najmniej) dzieciaczków oraz wspaniałego męża i będziecie szczęśliwi big_smile uwierz a zobaczysz, że tak będzie.:D

Dorin92 napisał/a:

A prawda jest taka, że gdybym umarła, to nikt poza domownikami by się nie zorientował i nikt by się nie przejął...

Przestań mad mnie by było smutno sad i innym fobikom nie możesz tak myśleć.:mad: O śmierci każdy kiedyś myśli i to jest nieuniknione, ale nie w tak młodym wieku.

Dorin92 napisał/a:

Także podziwiam Cię, że walczysz i wytrzymujesz z tym wszystkim zapewne więcej lat niż ja. Prawda jest taka, że mam 19 lat, a czuję się jakbym miała 80, jestem zmęczona życiem. Dzieciństwo miałam w miarę dobre, ale później to już totalna porażka. Nie będzie nawet co wspominać na starość (o ile do niej dożyję i wytrzymam w tym bezsensie istnienia). Życie jest koszmarne.

No w sumie tak plus minus to już będzie ćwierć wieku.:rolleyes: Ale trzeba być twardym a nie miętkim tongue i powtórzę się wiem coś o tym, ale widzisz Ty jesteś kobietą wiec Ci łatwiej tongue to po pierwsze po drugie jesteś młoda i całe życie przed tobą, a po trzecie popatrz na to z innej strony.
Wierzysz w cuda? No, bo ja chyba nie, ale cztery lata prawie byłem z dziewczyną i fobii nie było big_smile to się działo z dnia na dzień i gdybym tego nie doświadczył to pewnie bym nie uwierzył.:rolleyes:
Chyba wierzę jednak w cuda, bo to ta miłość sprawiła, że było, po co i dla kogo żyć i się starać.:D
Widzisz ja w zasadzie jestem już na spalonej pozycji wiesz ta fobia i kręgosłup i? no właśnie ja nic już żadnej kobiecie nie mogę ofiarować,:( ale jednak wierzę, że może kiedyś spotkam taką fobiczkę big_smile może garbatą jak ja tongue i razem będziemy się wspierać a życie nasze się odmieni.:D Trzeba w coś wierzyć, bo gdyby nie to to zapewne już dawno bym ze świrował.:/ 
Tak, więc głowa do góry zobaczysz ze będzie dobrze smile i choć może teraz w to nie wierzysz to kiedyś, gdy będziesz już szczęśliwa przypomnisz być może sobie moje słowa i będzie Ci głupio tongue a na starość to i tak nie będziesz miała czasu na wspominki, bo będziesz bawiła gromadkę wnucząt.:D

12

Odp: Chyba mam już dość... :(

Chciałam się pochwalić - znalazłam rozwiązanie i mój syn będzie miał książki.Nie wiem tylko dlaczego tak dużo mnie kosztowało wykonanie tego telefonu - przecież dzwoniłam do mamy!!! Nie mogłam wybrać numeru,serce biło jak dzwon i cała trzęsłam się jak osika.Tłumaczyłam sobie jak dziecku -że co się stanie,usłyszę nie i tyle.Zaryzykowałam i się opłaciło.Mogę mamie spłacić pożyczkę  w dwóch ratach.
     Małe zwycięstwa każdego dnia.
Może o to chodzi - nie ma co ukrywać - zatrzymałam się gdzieś na jakimś etapie i dlatego pozwalam Małej Dziewczynce decydować w moim życiu."Nie pójdę","Nie,zrobię "  i muszę sobie tłumaczyć " Że bardzo wiele tych moich katastrof siedzi tylko w mojej głowie,a ten drugi człowiek z którym mam ochotę pogadać jest człowiekiem jak ja i wcale nie jest ani lepszy ani gorszy"

  Kiedyś np w sklepie kosmetycznym wstydziłam się kupić sobie kosmetyki gdy za "ladą" stała piękna kobieta.Bo w moim "chorym myśleniu" wkładam w jej głowę to co sama o sobie myślałam i słyszałam na swój temat w dzieciństwie - po co jej ten tusz do rzęs i tak będzie wyglądać jak ...
W dzieciństwie rówieśnicy mówili że śmierdzę - do dziś gdy ktoś zbyt blisko usiądzie blisko mnie zastanawiam się czy przypadkiem nie śmierdzę...I chcę odejść.Widzę na spotkaniach np Al anon jak ludzie są serdeczni wobec siebie,przytulają się,obejmują,przystaną aby pogadać -

Bardzo trudno jest mi otworzyć się na drugiego człowieka - i tym bardziej boli kiedy czas pokazał że ten zaufany człowiek potrafi tak ranić.

Posty [ 13 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Chyba mam już dość... :(

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024