Zastanawiam się jak w ogóle do tego doszło...
historia, którą opiszę ma wpływ na mnie każdego dnia, gdyż sama sobie już z tym nie radzę.
Jego znam od przedszkola, całą podstawówkę chodziliśmy do jednej klasy, mieszkamy na jednym osiedlu. Była to moja pierwsza miłość platoniczna- niestety nie spełniona z racji tego, że zawsze miał jakieś dziewczyny a ja byłam tylko przyjaciółką , której zwierzał się ze swoich związków. Więc gdy już byłam w liceum a on w technikum postanowiłam,że powiem mu, że kochałam się w Nim przez całą podstawówkę. Był w szoku, bo jak twierdził, nigdy po mnie tego nie zauważył . Było mi wtedy wszystko obojętne, bo zakochałam się już jako nastolatka w chłopaku z liceum . Wszystko to spowodowało,że widywaliśmy się mniej, nauki było więcej więc czasu na pogaduchy też nie było. Aż do mojej 18-tki ...Po północy poszliśmy pogadać i wtedy powiedziałam mu,że nie spałam jeszcze z żadnym facetem. On zdziwiony powiedział,że mam się nie spieszyć, a w razie gdybym chciała to zawsze może służyć przyjacielską przysługą :] oboje wtedy sobie postanowiliśmy, że jeśli do moich 21 urodzin nie zrobię tego z nikim, to On mi pomoże a On powiedział,że jeśli nie będzie miał wtedy dziewczyny to Ja nią zostanę. Pakt przyjacielski zawarty więc teraz czas grał rolę.
Kolejnych jego dziewczyn nie lubiłam, z wiadomej sprawy- one też przyczyniały się do tego,że nie miał czasu dla mnie... i tak minęło kilka ładnych lat w tym moje 21 urodziny - więc wiadoma sprawa: ze wspólnego spania nici. Na ulicy zwykłe "cześć-cześć" i " co u Ciebie słychać?".
Wtedy poznałam kolesia starszego ode mnie , z którym związałam się na 2, 5 roku. Do seksu w tym czasie też nie doszło. On też był w jakimś dziwnym związku, w którym oboje się zdradzali a mimo to - jak on twierdzi- kochali się bardzo. Ale i ten związek nie przetrwał. Po tym wszystkim On leczył się u psychiatry. Zaczął wychodzić z powrotem do ludzi, zaczął odwiedzać moją rodzinę. Na jednym z grillów w moim ogrodzie, powiedział jednemu z wujków,że jest moim chłopakiem... i właściwie tak jakoś to się niewinnie zaczęło... przez cały wrzesień razem weekendowaliśmy, w październiku miałam urodziny- jedna z moich koleżanek zapytała Go dlaczego nie jesteśmy razem? On poprosił,żebym ja to wytłumaczyła, więc wypuściłam swoją litanię: że za dobrze go znam, i nie mogłabym z nim sypiać, bo gdy tylko zamknę oczy widzę ten rządek dziewczyn z którymi sypiał. Zapanowała cisza. Gdy goście się rozeszli zaprosił mnie do siebie, był wstawiony, więc w moim ujęciu sprawa wyglądała łagodnie: odprowadziłam go do domu i nic więcej. Na drugi dzień nic nie pamiętał,pytał nawet czy do czegoś między nami doszło. Do końca października każdy weekend spędziliśmy razem i on za każdym zostawał u mnie na noc- oczywiście próbował coś tam robić ale ja mu to uniemożliwiałam. Zaczął się listopad, pierwszy weekend spędził u kuzynów na imprezie, w drugi weekend ja miałam studia...i tak strasznie za n im tęskniłam, że go nie widzę,że nie pośmiejemy się... wróciłam do domu w sobotę zamiast w niedzielę. On przyszedł, napiliśmy się, został na noc i wtedy stało się - zrobiliśmy to. Sypiamy ze sobą do chwili obecnej i wszystko byłoby dobrze, gdyby się określił... mi zaczęło potwornie zależeć, on utrzymuje kontakt ze swoją byłą, nie mam pewności czy i z nią nie sypia, bo go nie pytam. I jest mi z tak cholernie źle - bo to mój pierwszy partner w łóżku, pierwszy człowiek, którego kochałam jako małolata. Jak sobie pomyślę, że pierwsza miłość jest miłością ostatnią , tą którą pamiętamy całe życie to utwierdzam się w przekonaniu,że ja nadal do niego coś czuję. Nie wiem co zrobić by wyjść z twarzą z tej relacji. Sam seks to dla mnie za mało, potrzebuje czegoś więcej.
Zawsze uważałam,że szczerą rozmową należy budować zdrowy dialog, dzisiaj sama się tego boję/ jakby podświadomość nie dawała nam szansy i nie wiem co zrobić?