Mam 40 lat, jestem mężatką mam 17 letniego wspaniałego syna. Niby wszystko wydaje się ok, ale nic nie jest ok. Nie wiem co mam robić, czuję że życie ucieka mi, przelewa się między palcami, a ja nic nie potrafię z tym zrobić. Mój mąż to w zasadzie dobry człowiek, tylko z bardzo trudnym charakterem. Wiem że mnie kocha, okazuje mi to w zasadzie na każdym kroku, ale jest też bardzo zaborczy i we wszystkim chciałby narzucić mi swoje zdanie. Nasze życie zdominowane jest Jego wiecznymi problemy z pracą, od bardzo długiego czasu nie ma stałej pracy. W większości przypadków sam się zwalniał, bo cały czas coś mu nie pasuje, słyszę tylko narzekania, a gdy ja chcę porozmawiać o swoich problemach o tym co czuję to bagatelizuje temat. Gdyby nie ja i moja praca, nie wiem jak byśmy żyli, jak byśmy dali sobie ze wszystkim radę, a tak to wie że ja zawsze przyniosę do domu pieniądze. Pracuję na etacie, a do tego jeszcze prowadzę własną małą firemkę i pracuje w domu. Nie wiem może gdybym straciła prace wtedy bardziej wziołby sie w garść i przestał narzekać. My o niczym innym nie rozmawiamy tylko o Jego pracy, o kłopotach. Właśnie od piątku a jest niedziela mamy ciche dni, nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa, ja przebywam w jednym pokoju on w drugim, a o co poszło, jak zwykle o bzdurę. Ponoć nieodpowiednio się do niego odezwałam. A sytuacja wyglądała następująco: w piątek ok 14 zadzwonił do mnie, i poprosił abym po niego podjechałą jak będę wracała z pracy bo to po drodze, powiedział że będzie gotowy i będzie na mnie czekał. Tak też się stało, podjechałam, a dodam że jezdzi ze mną nasz wspólna koleżanka bo pracujemy razem i mieszkamy obok siebie. Podjechałam i co? Stoję i czekam, czekałam tak chyba ze 20 minut a on jeszcze chodził i coś kończył, a przecież miał być gotowy. Po 20 min podszedł do samochodu i mówi że jeszcze z 10 min, ok ale powiedziałam tu cytuję " jak tyle czekam to jeszcze poczekam, ale pośpiesz się". Poszedł i za 10 min zadzwonił do mnie i mówi żebym jechała do domu. Powiedział tyle i się rozłączył, Po prawie 40 min czekania mówi mi żebym jechała do domu, wkurzyłam się ale nic, pojechałam. Gdy wrócił do domu, awantura właśnie o te moje słowa, że bardzo się na mnie zawiódł, ze czuje się oszukany bo myślał że ma ułożone życie, że jak tak można powiedzieć do drugiej osoby którą się kocha, że oszukiwałam Go przez tyle lat, że takich słów nie można niczym wytłumaczyć. Cholera czy ja naprawdę powiedziałam coś strasznego????
I właśnie za tę sytuację nie odzywamy sie do siebie. Nie raz już były podobne sytuacje, i to ja zawsze dążyłam do zgody, to ja pierwsza wyciągałam rękę na zgodę, ale teraz nie wiem czy jeszcze chce zgody, nie wiem czy to ma sens. Czy ja zawsze będę musiała uważać na każde słowo wypowiadane do Niego, aby przypadkiem Go czymś nie urazić?
Przez te ciągłe kłopoty Męża z pracą, przez jego ciągłe narzekanie, czuję że straciłam gdzieś po drodze radość życia, nic mi się nie chce, ogarnia mnie takie poczucie bezsensu. Miałam wiele planów wiele rzeczy chciałam zrobić, zobaczyć ale nie wiem czy ciągnąc dalej nasz związek mam na to szanse. A nie chcę tak spędzić reszty mojego życia. Kocham Męża, ale nie potrafię Go zmienić, a dalej tak żyć też nie chcę. Nie wiem czy mam jeszcze siłę i ochotę aby to ratować????
(...)Cholera czy ja naprawdę powiedziałam coś strasznego????
Daj sobie spokój. Nic złego nie powiedziałaś. Nic nie można Tobie w tej sytuacji zarzucić.
(...)Nie raz już były podobne sytuacje, i to ja zawsze dążyłam do zgody, to ja pierwsza wyciągałam rękę na zgodę, ale teraz nie wiem czy jeszcze chce zgody, nie wiem czy to ma sens. Czy ja zawsze będę musiała uważać na każde słowo wypowiadane do Niego, aby przypadkiem Go czymś nie urazić?
Moim zdaniem rozbestwiłaś go zupełnie. W takich sytuacjach pierwszą dążyć do zgody? Przepraszać go? Za co? Za jego zachowanie?
Uważać trzeba na słowa wypowiadane do każdego, by świadomie komuś nie zrobić krzywdy. Ale uważać na każde słowo, bo ta druga osoba od bardzo długiego czasu przeżywa trudny czas? Twój mąż przyzwyczaił się, że może zachowywać się wobec Ciebie nie fair bez żadnych konsekwencji. Przyzwyczaił się, a raczej Ty go przyzwyczaiłaś, że jest bezkarny. Mało tego, że w takich sytuacjach to Ty dążysz do zgody.
Przez te ciągłe kłopoty Męża z pracą, przez jego ciągłe narzekanie, czuję że straciłam gdzieś po drodze radość życia, nic mi się nie chce, ogarnia mnie takie poczucie bezsensu. Miałam wiele planów wiele rzeczy chciałam zrobić, zobaczyć ale nie wiem czy ciągnąc dalej nasz związek mam na to szanse. A nie chcę tak spędzić reszty mojego życia. Kocham Męża, ale nie potrafię Go zmienić, a dalej tak żyć też nie chcę. Nie wiem czy mam jeszcze siłę i ochotę aby to ratować????
Ukrywając przez tak długi czas swoje prawdziwe uczucia, powstałe na skutek takich nieprzyjemnych sytuacji, straciłaś radość, ogarnęła Cię bezradność. Pogrzeb trochę w swoim sercu. Co tam masz oprócz miłości? Żal? Złość? Wściekłość? Trzeba użyć i zużyć bardzo dużo siły i energii, by powstrzymać tak silne uczucia, by wyciągnąć rękę do zgody. Stąd Twój brak siły do czegokolwiek.
A gdybyś tak dała wreszcie ujście swoim skrywanym uczuciom? Zobaczysz jak szybko wróci Twoja energia. Wówczas będziesz też miała czas na decyzję: czy ratować wasze małżeństwo, czy odejść.
Powodzenia ![]()