Chciałbym... Choć, tak naprawdę nigdy nie życzyłem Ci źle i nie chciałem Twojej krzywdy, żeby przyszły w Twoim życiu takie dni, godziny lub nawet sekundy, w których będziesz nieszczęśliwa... Ktoś, z kim w tym czasie będziesz, poniży Cie, uderzy, zdradzi, okłamie lub w inny sposób zrani... Życie będzie gorzkie i częściej będziesz smutna i zapłakana, z twarzą pełną trosk i bólu, niż uśmiechnięta z miną wiecznego lekkoducha i osoby, która nie ma większych zmartwień na głowie... Chciałbym, żebyś myślała o swoim życiu, tak jak ja teraz cały czas myślę o moim, że nie ma żadnego celu i sensu i że najłatwiej, najprościej byłoby je sobie odebrać... Po prostu odejść po cichu i w samotności... W samotności, bo wszyscy znajomi, ziomki, psiapsiółki i ludzie na których myślałaś, że zawsze możesz polegać, odwrócili się od Ciebie i wbili nóż w plecy, mimo tego, że zawsze byłaś im oddana, życzliwa i pomagałaś gdy tego potrzebowali...
Chciałbym, żebyś w tych i wielu innych przykrych momentach, pomyślała o mnie...
Przypomniała sobie, że tak naprawdę największym błędem, który popełniłaś w życiu było to jak mnie potraktowałaś... odrzuciłaś, zgnębiłaś, poniżyłaś, karmiłaś złudzeniami, niszczyłaś psychicznie, jak łamałaś serce praktycznie regularnie, nie szanowałaś, wykorzystywałaś, znikałaś, robiłaś nadzieje i szybko ją odbierałaś, nie pomagałaś w niczym, oszukiwałaś, nie doceniałaś, okłamywałaś, olewałaś, zwodziłaś, odwracałaś kota ogonem, obwiniałaś o wszystko, upokarzałaś, wyklinałaś, nie okazywałaś uczuć, o których mówiłaś, nie mówiąc o tym, że okazywanie moich uczuć traktowałaś jak męczarnie, jaka byłaś zaborcza i zawistna, a na zewnątrz wyrzucałaś, że ja taki jestem i że tym wszystko psuje...
Chciałbym, żebyś zatęskniła za moim uśmiechem do Ciebie, gdy budziłaś się koło mnie i pomyślała, że chamskie było "burczenie" w zamian za to... żebyś przypomniała sobie prezenty i gesty takie jak, kwiatek bez żadnego powodu lub ten na walentynki i jak reagowałaś opryskliwie i pogardliwie na nie... że traktowałaś mnie jak kogoś kto przysparza kłopoty, nie pomaga a wręcz przeszkadza i że nie chciałaś, a nie nie mogłaś, na mnie polegać a tak naprawdę byłem zawsze "TAM" dla Ciebie i to Ty byłaś dla mnie najważniejsza a świat poza Tobą nie istniał...
Chciałbym żebyś przypomniała sobie jak reagowałaś na komplementy i czułe słowa, które często Ci mówiłem i że faktycznie nie kłamałem, tak jak mi zarzucałaś, mówiąc jaka jesteś piękna, mądra, inteligenta itd... że często sprawiałaś, że czułem się bez powodu winny tego, że Cię kocham i pragnę...
Wspomniała jakie priorytety stawiałaś sobie w życiu i jakie miałaś cele i plany, a ja w tym wszystkim miałem miejsce na samym końcu listy lub w ogóle mnie na niej nie było... że myśląc i mówiąc o przyszłości z moich ust padało słowo "MY" a z Twoich "JA"...
Przypomniała sobie jak wolałaś spędzać czas z innymi ludźmi, właściwie z każdym innym albo nawet sama, byle nie ze mną, wmawiając mi przy tym, że się dusisz w "złotej klatce" spędzając ze mną 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu, a tak naprawdę nie spędzałaś tego czasu praktycznie w ogóle ze mną i unikałaś mnie... jak potrafiłaś być na codzień bardziej życzliwa nawet dla obcych osób, niż dla mnie... i jak wolałaś "gnić" przez całe tygodnie, mówiąc, że nienawidzisz wychodzić z domu do ludzi, kina, na spacer, że nie chcesz jechać nad morze (wiedząc, że mi na tym strasznie zależy) i znajdywałaś najgłupsze wymówki by nie pojechać nigdzie, że nie chciałaś mnie przedstawić swoim znajomym i nigdzie razem NIGDY nie wyszliśmy po czym okazywało się, że sama wychodziłaś z nimi i szalałaś do białego rana... potem tłumacząc się że to babski wieczór był lub że poszłaś się wytańczyć i napić bo się pokłóciliśmy... jak wpierałaś mi, że to moja wina że musisz mnie okłamywać bo będę krzyczał i będę zły, gdy tak naprawdę okrzyczałem Cię może kilka razy przez te parę lat i milczałem wiedząc o wszystkim... i że przełykałem ślinę wiedząc, że flirtujesz i kokietujesz innych facetów za moimi plecami i że spotykasz się z nimi (nie mówię, że mnie zdradziłaś kiedykolwiek)... i choć podejrzenia miałem i mam do tej pory, Ty wiedząc o tym nie starałaś się rozwiać tych myśli... wolałaś wszcząć awanturę i po raz kolejny odwracając kota ogonem utwierdzałaś mnie w tych podejrzeniach, które tak naprawdę mogły być wyimaginowane lub przesadzone... że nigdy nie chciałaś, nie zależało Ci i nie poznałaś mojej rodziny, rodziców, dziadków i nielicznych przyjaciół, a wiedziałaś jak ważni są to dla mnie ludzie... że zrobiłaś najpiękniejszą nadzieję jaką miałem w życiu, na to że będziemy mieli razem dzieci i że stworzymy piękną rodzinę a potem nagle odwróciłaś się o 180 stopni doprowadzając do załamanie, w chwilach gdy moje życie nie było usłane różami... że odwracałaś się do mnie plecami zawsze wtedy gdy potrzebowałem pomocy z Twojej strony lub zwykłego przytulenia i bycia przy mnie... że gdy wylądowałem w szpitalu, byłaś albo zbyt zmęczona albo zbyt zalatana albo zbyt obrażona (nie wiem do tej pory o co) albo w za dobrym, imprezowym nastroju, by mnie odwiedzać... że czułem się samotny myśląc, że NIBY jesteśmy razem... że potrafiłaś odmówić mi nawet 2 minut spotkania, gdy miałem bardzo ciężkie chwile w życiu, zajmując się w tym czasie czymś naprawdę mało istotnym lub będąc z kimś innym i olewałaś to że tego potrzebowałem... że winiłaś mnie za to że jestem czuły i wrażliwy, że czasem płakałem i byłem przygnębiony ważnymi dla mnie sprawami... że zmieniałaś w ostatniej chwili wspólne plany, na których podobno Ci zależało by zrobić coś w tym czasie z kimś innym (nigdy na odwrót - dla mnie nie zmieniłaś swoich planów nigdy)... że nakłaniałem Cię wielokrotnie na coś bez efektu lub z efektem odwrotnym po czym okazywało się że ktoś inny potrzebował na to 2 minut rozmowy... że kapitulowałaś na różne sposoby wszystkie próby porozmawiania z Tobą na jakikolwiek trudny i niewygodny w Twoich oczach temat... jak nigdy nie okazałaś tak naprawdę, że Ci na mnie zależy a mówiłaś że strasznie i sama mówiłaś: czyny a nie słowa o tym świadczą, że kochasz... że obiecywałaś wielokrotnie coś i na palcach jednej ręki można policzyć ile razy tych obietnic dotrzymywałaś... jak pobudzałaś mnie i sprawiałaś że pragnąłem Cie w każdej sytuacji, stwarzałaś nastrój po czym wielokrotnie psułaś wszystko jakimś gestem lub cierpkimi słowami... jak śmiałaś się gdy coś mi się stało lub się uderzyłem, gdy sama będąc w podobnej sytuacji oczekiwałaś i spotykałaś się z zupełnie inną reakcją z mojej strony... ... że dziwiłaś mi się i winiłaś, że się o Ciebie martwię i próbowałem na każdym kroku dbać o Ciebie i troszczyć się o to by nie stała Ci się w żadna krzywda... jak dopuszczałaś do tego że czułem że to mi tylko zależy na byciu razem a obiecywałaś, że to się zmieni... że mimo tego, że twierdziłaś, że masz świadomość, iż trawa i to że pijesz psuje dużo między nami bo zachowujesz się po nich "inaczej" i się nie kontrolujesz, obiecywałaś że przestaniesz i tego samego dnia, pod byle pretekstem robiłaś tak samo.
Pragnę byś przypomniała sobie jak byłaś strasznie oschłą i zimną, HIPOKRYTKĄ w wielu sytuacjach... jak wszczynałaś kłótnie o byle co i każdą moją próbę porozumienia i wyciąganie ręki jako pierwszy traktowałaś z pogardą ciągnąc sztucznie te bezsensowne spory o nic... że nie potrafiłaś przyznawać się do błędów lub robiłaś to tylko na chwile, bo gdy się ze mną kłóciłaś wypominałaś wszystko wielokrotnie...
Chciałbym żebyś uświadomiła sobie w tych trudnych dla Ciebie chwilach, że tak naprawdę, nigdy nie chciałem Cię skrzywdzić, a jeśli to zrobiłem, to z niewiedzy, niedomówienia, nieporozumienia lub trudności danej sytuacji i że żałujesz tego, że nie dałaś mi tak naprawdę nigdy drugiej szansy i nie pozwoliłaś naprawić tego co ja kiedyś popsułem...
Chciałbym, żebyś trzymając, kolejny raz, telefon w ręce, pragnąc do mnie zadzwonić pomyślała, że Bóg Cię ukarał za to wszystko i że nie możesz wykonać tego połączenia bo boisz się, że nawet nie odbiorę... żeby podglądając ukradkiem mój profil na jakimś "facebook'u" pisała do mnie setną wiadomość, ale żadnej nie wysłała, ze wstydu...
Marzę o tym żebyś pewnego ranka otworzyła oczy i powiedziała na głos, ale do siebie: "BOŻE, JAK JA GO STRASZNIE MOCNO KOCHAM I TĘSKNIE ZA TYM WSZYSTKIM"... żebyś WYŁA, z bólu w sercu mając świadomość, że jakiś czas temu to ja KOCHAŁEM CIEBIE najmocniej na świecie i wtedy to ja wyłem i chciałem z Tobą być do końca życia, a Ty w zamian za to potraktowałaś mnie jak śmiecia... żebyś żałowała tamtych minut, godzin, dni, miesięcy i lat, że zmarnowałaś je bo nie jesteś teraz ze mną i nie możesz nic poradzić na to, że to wszystko przepadło z Twojej WINY... żebyś była w stanie oddać wszystko, żeby móc cofnąć czas i odzyskać to wszystko co NAM przed oczami przeszło... żeby każdej następnej urodzinowej świeczce, każdej spadającej gwieździe i napotkanym kominiarzu towarzyszyło tylko jedno życzenie, takie jak mi towarzyszyło przez kilka lat złudzeń: ŻEBYŚMY BYLI RAZEM I NA ZAWSZE SZCZĘŚLIWI.
Na koniec chciałbym, żeby w apogeum tych i wielu innych myśli, wspomnień i emocji, po wypłakanym morzu łez oraz utracie nadziei na lepsze jutro, żebyś poprostu mnie spotkała... Przez przypadek... żebym stanął na Twojej drodze, gdy będziesz sie czuła psychicznie, najgorzej od urodzenia, zupełnie tak jak ja teraz się czuję... żeby w Twoim sercu zapaliła się iskierka nadziei i wiary w to, że Bóg wysłuchał Twoich modlitw... żebyś znowu poczuła ciepło w sercu, które będzie coraz gorętsze z każdą sekundą patrzenia na mnie przez łzy szczęścia. Ciepło, za którym tak strasznie tęskniłaś, wypełniające ten czas bólu, pustki i cierpienia w Twoim życiu... Żebyś pomyślała wtedy, że warto było zaczekać i żyć dla tej jednej chwili... żebyś przypomniała sobie to że kiedyś mówiłem Ci, że "MIŁOŚĆ, TA PRAWDZIWA (taka jaką Ci kiedyś dawałem i jaką Ty teraz czujesz) WSZYSTKO ZWYCIĘŻA" i ślepo w to uwierzyła... żebyś ze zmieszania, zachwytu, obawy o to co się stanie, zauroczenia i tych wszystkich kotłujących się myśli i uczuć, ale przede wszystkim w głębokiej nadziei, że ja też czekałem na ten dzień całe życie, czekała w niepewności co powiem...
A teraz pomyśl. Co bym Ci wtedy powiedział?