Jestem na tym forum juz jakis czas. Udzielam sie raz mniej, raz wiecej. Niektore historie mnie denerwuja, zloszcza, niektore smiesza, niektore zasmucaja niesamowicie. Niezaleznie od tematu zuwazylam, ze uzytkownicy tego portalu nie sa obiektywni, oceniaja zdarzenia, ludzi przez pryzmat swoich, czesto smutnych i ciezkich doswiadczen. Czsem w wypowiedziach czuc niesamowita gorycz, czasem sarkazm, czasem mozna zaobserwowac "wrzucanie wszystkich do jednego worka". W sumie mnie to nie dziwi. Malo kto potrafi spojrzec ponad swoje doswiadczenia i zajrzec gdzies tam glebiej. A tak naprawde przeciez sie nie znamy, nic o sobie nie wiemy, tylko to, co tu napiszemy. A przewaznie nie sa to pelne historie naszego zycia, tylko wyrywki, i najczesciej te najczarniejsz i najsmutniejsze.
Kieruje ten post przede wszystkim do tych, ktorzy traca wiare w mozliwosc naprawienia czegokolwiek po ciezkim kryzysie. Rowniez do tych, ktorzy zastanawiaj sie czy warto jeszcze cos ratowac. I do tych, ktorzy nie wierza w milosc. I do kazdego, kto ma ochote tu zajrzec.
Do rzeczy. To bedzie znow tylko kawalek mojego zycia, ktory byc moze da niektorym choc malenki punkt zaczepienia, dlaczego warto wybaczyc.
Mialam jakies 16 lat. Przeprowadzilismy sie do innego miasta. Nie bylo ono dla mnie calkiem nowe. Juz wczesniej poznalam wielu ludzi, poniewaz mieszkala tam moja ciocia, do ktorej jezdzilam na wakacje. Banal, poznalam chlopaka. Po mojej przeprowadzce zblizylismy sie bardzo do siebie, w koncu zaczelismy ze soba chodzic. Dzis wiem, jak bardzo go skrzywdzilam. Bylo fajnie, dobrze, ale nigdy miedzy nami nie bylo magii. Zawsze, gdzies gleboko w srodku wiedzialam, ze to nie jest facet mojego zycia. Nagle to, co mialo mi dawac wsparcie, fundament zycia, zaczelo ciazyc niesamowicie. Przyszedl czas, zeby sie rozstac. Nie bylo latwo. Ja do niego nic nie czulam, a on mnie blagal zebym go nie zostawiala. Proces rozpadu naszego zwiazku trwal prawie rok. Od momentu kiedy zaczelam go przygotowywac do tego, ze nic z tego nie bedzie, ze czas sie rozstac, zniechecalam go do siebie powoli, ale skutecznie. Prawie 12 miesiecy. Czy bylo to humanitarne? Dzis wiem, ze nie. Nie mialam prawa bawic sie jego uczuciami. Od poczatku wiedzialam, ze to nie to
W koncu stalo sie. Odzyskalam wolnosc, niezaleznosc, dostalam skrzydel. Znow czulam, ze zyje. Czekalam. Czekalam na milosc mojego zycia. Otwieralam szeroko oczy, rozgladalam sie na okolo. Poznawalam nowych ludzi. Ale milosc nie przychodzila. Powoli zaczynalam tracic nadzieje. Wreszcie, ktoregos dnia poddalam sie. Przestalam wyczekiwac, przestalam wygladac. Zajelam sie szkola. To byl dyplomowy rok, wiec mialam troche na glowie. Zapomnialam.
Zaspalam tego dnia. To byl pierwszy dzien ostatniego tygodnia moich praktyk w szpitalu. Nie zjadlam sniadania, nie wypilam cherbaty. Pora roku - cos kolo kwietnia, pierwsze jego dni. Juz slonecznie, ale wciaz mrozno.
Wybieglam z domu w rozpietym plaszczu. Przeskakiwalam po trzy stopnie mocno trzymajac poreczy, zeby nie wywinac orla. Autobus na dworzec kolejowy, jak zwykle, odjechal, kiedy bylam w polowie drogi do niego. Czekaly mnie trzy kilometry i to zdrowym truchcikiem, zeby zdazyc na pociag. Lecialam jak wariatka. Juz widzialam pociag, jak wjezdza na peron, a ja wciaz bylam daleko.
Na peron wpadlam, kiedy pociag juz ruszal. Ktos przytrzymal otwarte drzwi ostatniego przedzialu, ktos inny podal mi reke i wciagnal mnie do srodka. To byl prawdziwy cud, ze zlapalam ten pociag. Przez chwile stalam zgieta wpol niemogac zlapac oddechu. Czulam, jak moja twarz plonie, jak pot leci mi po plecach, jak wali mi serce. Trwlam kilka sekund w takiej pozycji, az w koncu sie wyprostowalam. Swiat zamarl. Swiat zamarl,
a ja utonelam w JEGO oczach. W jednej chwili znalazlam odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Po raz pierwszy i ostatni poczulam, jakbym po dlugiej i ciezkiej wedrowce stanela wreszcie przed drzwiami domu, gdzie czekaly na mnie kapcie, wygodny fotel i szklanka cieplego mleka. Poczulam, ze odnalazlam swoj cel. A jego oczy mowily to samo.
Wstal bez slowa i ustaipil mi miejsca. Przedzial byl pelen ludzi, a mi wydawalo sie, ze jestesmy tylko my oboje. To uczucie towarzyszylo mi bezmala 19 lat. Kilka miesiecy narzeczenstwa i 18 lat malzenstwa. Bylo roznie. Czasami doskwierala nam bieda, czasami mielismy forsy jak lodu, czasami sie klocilismy zarzarcie, czasami gruchalismy jak golabki. Zawsze bylismy dla siebie najwazniejsi, zawsze liczylismy sie ze swoim zdaniem, zawsze bylismy blisko. Zawsze wiedzialam, ze moge na niego liczyc, a on nigdy mnie nie zawiodl. Nigdy mnie nie oklamal, nigdy nie rozczarowal.
Dzis, no coz.... Wciaz nie moge powiedziec, ze wybaczylam. Wiem, ze co najgorsze, powolutku zostawiam za soba. I wiem, ze zrobie wszystko, aby znow znalesc sie w tym pociagu, przed drzwiami do mojego domu. Bo warto. Bo cud taki jak ten, nie powtorzy sie drugi raz.
Mysle, ze kazdy z nas ma jakis cud w swoim zwiazku.