Uwazam, ze jestesmy kowalami swojego losu i to co nas spotyka jest w wiekszosci efektem tego, co myslimy, do czego dazymy, jak traktujemy siebie, ludzi i otaczjace nas srodowisko.
Czy mialyscie kiedys tak, ze zdalyscie sobie sprawe, iz wystarczylo zrobic (albo nie zrobic) kilka drobnych rzeczy, aby uniknac wielu nieszczesc i w nastepstwie sytuacji, w ktorej sie znalazlyscie?
Jak juz sobie zdalyscie sprawe se swojej glupoty, krotkowzrocznosci, egoizmu czy nawet tego, ze po prostu pewnych rzeczy nie rozumialyscie, nie potrafilyscie sobie tego wybaczyc i zadreczalyscie sie, ze to wasza wina i stracilyscie przez swoje zachowanie kogos, kogo kochalyscie najbardziej na swiecie?
Jestem facetem, jesli chodzi o moje zachowanie to zawsze stawialem sobie wysoko poprzeczke, mialem wyobrazenie jak powinienem ludzi traktowac aby byc wobec nich i siebie fair, zeby byc szczesliwym i zeby ludzie przy mnie byli szczesliwi.
Niestety nie udalo mi sie do konca, pewne rzeczy wychodzily ale inne zaniedbalem, zawiodlem ma ukochana i chyba najbardziej sam siebie, nie popelnilem jakichs strasznych zbrodni ale pewne moje zachowania doprowadzily do tego, ze po prostu ona powiedziala w pewnym momencie "Dosc".
Zaczalem godzic sie z rzeczywistoscia, nie ma jej juz przy mnie, moze nigdy nie bedzie (nie staram sie zyc nadzieja) ale nie potrafie pogodzic sie z tym, ze przeze mnie stracilismy sie nawzajem. Wiem, ze wina nie jest zawsze po jednej stronie, ale jako czlowiek potrafiacy samokrytycznie podejsc do siebie stwierdzam, ze w 70% przeze mnie sie rozeszlismy, przez stresy zwiazane z praca, nad ktorymi nie potrafilem zapanowac, przez stare nawyki, nute egoizmu i czesto przez nieprzemyslane slowa.
Jak sobie wybaczyc to, ze stracilo sie najcenniejszy skarb na swiecie?
Co sobie mowilyscie, co wam mowiono zebyscie wybaczyly sobie, zebyscie mogly zamknac pewien rozdzial i znalezc pozytyw w tym wszystkim?
Nie mozna w pelni odzyskac sily, milosc do siebie, jesli nie mozna sobie wybaczyc pewnych rzeczy.