Dwudniowa impreza
integracyjna w pracy partnerki (ale bez wyjazdu
, na miejscu). Pierwszy dzien - partnerka upija sie tak, ze nie moze stac na nogach. Wodke daja jej osoby z pracy - wysoko postawione (dyrektorzy). Kolezanka zabiera dziewczyne i odwozi do domu
i nic sie nie dzieje.
Dzien drugi. Dziewczyna postanawia, ze nie bedzie pic. Dotrzymuje slowa. Jednak spedza czas z tymi samymi mezczyznami (sa z jej dzialu w pracy). Po 2 godzinach na impreze przychodzi jej facet. Podchodzi do grupy
tych dyrektorow i mowi: "O, moja dziewczyna" po czym przytula ja, gdy ona wpada mu w tors, zeby go odepchnac od towarzystwa. Nastepnie facet mowi: "komu przy*lic?!". I potem wyzywa (tylko jedno k* i jedno ch*) jednego z dyrektorow. Tego, ktory sie przystawial (wczesniej facet troche z boku podpatrzyl, jak probowal ja obejmowac itp. itd.).
Dziewczyna nie wychodzi z nim. Jest niewielka klotnia, ale i tez wdziecznosc dziewczyny, bo nikt dla
niej czegos takiego wczesniej nie robil. Facet mowi: "chodzilo o to, zeby wiedzieli, ze masz faceta".
Dziewczyna potem dzwoni po faceta, zeby ja odwiozl.
Jakie macie opinie
?
- Czy ta dziewczyna nie powinna sama postawic granicy, zeby ten dyrektor nie probowal jej obejmowac itp. itd.?
- Jak widzicie ogolnie zachowanie faceta dziewczyny?
- Jak oceniacie, ze ta dziewczyna dala sie przelozonym tak upic pierwszego dnia
imprezy?
- Jak oceniacie, ze ta dziewczyna nie wyszla z facetem?