Czy ktoś jest w wieloletnim związku z partnerem który jest w od kilku lat depresji? Potrzebuję - sama nie wiem - ale chyba też pomocy,wsparcia i konkretnych rad.
NIe dziw sie sobie, ze potrzebujesz wsparcia.
Ja nie jestem w takiej sytuacji, ale to ze szukasz jakieś pomocy to bardzo dobrze. Może udaj sie do psychologa. Opowiedz mu wszystko, on powie Ci jak sobie z tym radzić, jak postępować z partnerem, itd.
O to chodzi, żebyś Ty się nie załamała ![]()
ZGADZAM SIĘ Z PRZEDMÓWCZYNIĄ
ROZMOWA Z PSYCHOLOGIEM DUŻO CI POMOŻE ![]()
Jestem mężatką od 5lat (wczoraj była rocznica-zapomniał), mój P. jest chory na depresję leczy sie od kilku lat. Małgosiu to ciężki zwiazek. Nie rozmawiam z nikim o tym. Ale moze tu... podobno pomaga.
Mamy trzyletnią córeczkę mogę powiedzieć, że wychowuję ją sama. Wszystko skupia się tylko na nim:jego problemy, jego praca, wymyślone choroby...itd. Ma dobrą pracę, nowy samochód, mieszkanie własne, fakt kredyt też, ale nic go nie cieszy, ciągle czegoś szuka... U psychologa był wiele razy i twierdzi, że "oni nic nie wiedzą, nierozumieją". Jest mi naprawde bardzo ciężko zwłaszcza, gdy przychodzą te jego "gorsze dni".Czasami się zastanawiam kto w tym zwiazku jest kobietą. Zawsze wydawało mi się, że kobiety częściej narzekają na życie - pomyliłam sie. Ostatnio pomyślałam sobie, że dobrze by było sobie czasami na siebie pokrzyczeć czasami krzyk rozładowywuje, ale nie w tym przypadku. Tu w domu nie wolno krzyczeć, nawet czasami rozmawiać, mówić do siebe... To złożona choroba, czasami się poddaje, jednak nadal wierze, że będzie znowu normalnie.
Olga.
Jak na razie jesteś jedyną osobą na forum która tak naprawdę odpowiedziała na mój "krzyk"wewnętrzny.Bo jak piszesz w domu nie wolno krzyczeć bo wtedy jest jeszcze gorzej.Mój L. jak twierdzi odwiedza psychologa może i tak.Proponowałam że może ja do niego też pójdę bo jeżeli chodzi rzeczywiście to coś jest nie tak.Pewnie zaproponowałam to w niewłaściwej chwili może niewłaściwym tonem w każdym razie usłyszałam odpowiedź "nie mieszaj się do tego". U nas jest wiele złożonych rzeczy bo jak może być zresztą inaczej. Jestem od Ciebie grubo starsza wiec to co piszesz bardziej mnie przeraża bo Ty jesteś na początku tej drogi życiowej i nie bawiąc się we wróżby - widzę to czarno.
Mało wiem o Tobie nie wiem jak się zaczęło u Ciebie.Bo u mnie to trwa tak długo że diabli wiedzą gdzie był początek.
Przeszłam i przechodzę drogę jak po cierniach i rozżarzonych węglach.Miałam ciężkie chwile załamania.L.zmienił się w chorobie bardzo z człowieka czułego i zapobiegliwego w zamkniętego a w złych dniach posuwał się do agresji, groził wysadzeniem domu.
To wszystko jest w stanie zrozumieć tylko osoba która to ma na co dzień.Przepraszam ale rady na necie typu "niech idzie do psychologa" tu raczej nie są na miejscu.Nie żebym kogoś obrażała ale chciałam pogadać z kimś kto to ma w realu a nie poczytał gazetki kolorowe.
6 2010-06-20 21:02:40 Ostatnio edytowany przez Olga30 (2010-06-20 21:06:48)
Piszesz Małgosiu, że może być gorzej? Tak to prawda ciągnie się ta choroba już bardzo długo, chyba zaraz po ślubie były początki. Zaczęło się od "napadów lęku", a później cała seria dziwnych zachowań. Nie wiem dokładnie co mówiły panie psycholog (nie pytam dociekliwie) przypadkiem wymsknęło mu się, więc nie jestem pewna czy to sedno (pewnie nie), ale początki to duża wina Jego matki (nadopiekuńcza matka jedynaka). Napewno przeprowadzka zaraz po ślubie do innego miasta, bez znajomych, rodziny, nowa odpowiedzialna praca i myśle że ciągle coś nowego. To takie główne problemy, ale co takiego się dzieje w jego głowie- nie wiem. Najgorsze,że nie moge przewidzieć następnego dnia. Czy z nami (córka,ja) porozmawia, czy trzaśnie czymś, czy dokuczy słowem... Jeden raz w życiu popchnął mnie, gdy huśtałam przemęczona niemowlaka w wózeczku. Był to dla mnie szok. Fizycznie nie zdarzyło mu się już mnie skrzywdzić choć wiele razy miał ogromną ochotę. Przecież ja nawet nie krzycze, robie w domu wszystko, staram się pracować jak najwiecej.Zawsze myślę teraz najpierw o córce (choć staram sie żeby nie zauważył tego pierwszeństwa) później o P. Moim kochanym P. Zastanawiam się czasem czy mogłabym odejść. Nie nie odejdę. Wiem,że sama się wykańczam.Patrzę w lustro i kompletnie się nie poznaje...Moja dusza chce żyć tak BARDZO CHCĘ ŻYĆ, ale moje ciało jest w opłakanym stanie. Na szczęście mam moją W. To moja radość. Czasem myślę, że po tabletkach które bierze będzie wielka poprawa. Jakiś czas temu lekarz psychiatra (chodził do psychologa i do psychiatry) powiedział że ma je brać minimum rok. Oczywiście sie załamał,że aby było mu trochę lepiej musi brać leki. A ja widzę chyba poprawę po nich. Niewielką, ale jednak. Przynajmniej nie jest czesto agresywny i nierozładowywuje sie na dziecku. Tego raczej nigdy nie zrobił. To mnie cieszy. Fakt, wyczuwam "momenty" wychodzę z małą. Ciągle wierzę w poprawę. Przecierz są dobre dni. Cholernie dobre dni. Złapałam się na tym,że nawet w te dni ja czuję niepokój, czy to potrwa do końca dnia a może zaraz uśmiech, dawniejszy dowcip, humor się skończy? Być może leki, być może moje przyzwyczajenie do strachu , nie wiem ale myślę, że chwile te lepsze trwają dłużej. Do psychologa narazie zawiesił chodzenie, próbuje czasem o tym wspomnieć, regularnie chodzi do psychiatry i myślę, że właśnie prochy działają. Więc jesli mogę coś doradzić to znajdź odpowiedni moment i zaproponuj psychiatrę (psychiatra dobiera odpowiednie leki) wiem, że trudne zadanie przed Tobą. W Waszym przypadku (nie znam szczegółów) ale psycholog cudów raczej nie zdziała. Pozdrawiam gorąco.
Bycie w związku z osobą, która cierpi na depresję jest bardzo trudne. Jest to wg badań najbardziej obciążające doświadczenie, dlatego koniecznie trzeba zadbać o siebie. By mieć siły na wspieranie partnera. Bardzo trudny jest początek choroby, gdy nie wiecie co się dzieje i trzeba podjąć strategię poradzenia sobie z kryzysem. Koniecznie zadbaj o wsparcie, rozmawiaj o swoich uczuciach z bliskimi . Jeśli ich nie masz albo brakuje im cierpliwości psychog lub psychoterapeuta będą dobrym pomysłem.
Jesteś dzielna!
Pewnie będzie Ci ciężko.Ale może powinnaś spróbować go uświadomić,że w tym wszystkim nie jest sam,że jego cierpienie przekłada się na cierpienie bliskich.
W sumie to najważniejsze żebyś przy nim była bo teksty typu : 'będzie dobrze' nie zadziałają,albo mogą wręcz odwrotnie na niego zadziałać. Tak naprawdę oboje potrzebujecie pomocy.
Zgadzam się,
najważniejsze to żeby wiedział, ze go wspierasz i czul ze zawsze może z Toba porozmawiać. Tylko to wymaga twojej wielkiej cierpliwości niestety. Najlepiej zebys postarala sie go tez namowic na wizyte u psychologa, terapeuty... sama, będąc dla niego bardzo bliska, możesz nei być wstanie mu po prostu pomóc.
Może ktoś zna się na tym lepiej niż ja... powiedzcie mi proszę, czy to, że partner ma depresję oznacza albo powinno oznaczać, że mamy rezygnować poniekąd z wyrażania swoich emocji? Załóżmy, że coś w jego zachowaniu bardzo mi się nie podoba, coś niszczącego mnie, wpędzającego mnie w różne nieciekawe stany. Kiedy próbuję z nim o tym pomówić wpada głębiej w swoją depresję, zamyka się jeszcze bardziej. We mnie wtedy z kolei prócz minusów, które mam z jego postępowania, frustracji, że nie rozwiązaliśmy sprawy narasta jeszcze poczucie winy.
Chciałabym wiedzieć, czy tak po prostu jest w związku z chorym, to coś do czego trzeba przywyknąć, bo taki tego urok czy być może coś źle rozumiem, albo czegoś nie widzę.
Na dluzsza mete ,sami nie damy rady,musimy prosic o pomoc.
Wrzucę sytuację z drugiej strony. Chorowałem na depresję wiele lat. Byłem w zwiąku. Dziś z perspektywy faceta, który pozbył się depresji mogę rzucić trochę światła.
Wszystko skupia się tylko na nim:jego problemy, jego praca, wymyślone choroby...itd. Ma dobrą pracę, nowy samochód, mieszkanie własne, fakt kredyt też, ale nic go nie cieszy, ciągle czegoś szuka...
....
Czasami się zastanawiam kto w tym zwiazku jest kobietą. Zawsze wydawało mi się, że kobiety częściej narzekają na życie - pomyliłam sie.
....
ale początki to duża wina Jego matki (nadopiekuńcza matka jedynaka)
Dokładnie jakbym czytał o sobie z czasów depresji.
No więc po kolei:
Wsparcie partnerki w czasie depresji jest ogromnie ważne. Niestety osoba, która jej nie przeżyła chyba nie jest w stanie zrozumieć tej choroby. To jest bardzo trudne i skomplikowane. Ale właśnie wtedy najbardziej marzyłem o wsparciu ze strony partnerki.
Wsparcie to nie jest ustępowanie na każdym kroku. Ustępując w każdej sytuacji nie pomagasz. Ugłaskiwanie depresji sprawia, że staje się ona lżejsza (dla chorego, cięższa dla partnera) przez co jest mniejsza motywacja do pracy nad nią.
Z drugiej strony ignorowanie potrzeb, smutku to też zły sposób. Przez to chory partner poczuje się odrzucony, upokorzony i niezrozumiany. Najlepiej znaleźć złoty środek. Łatwo mówić...
Popatrz na to tak: partner nie jest depresją. Depresja to choroba która mu się przydarzyła. Wspieraj człowieka ale nie wspieraj choroby.
Przykładowo - gdy jest smutny dobrze jest podejść, przytulić ale źle jest chodzić na palcach wokół takiej osoby. Trochę jak z niepełnosprawnym - na ile się da traktuj jako normalnego człowieka. To tylko niektóre jego elementy wymagają specjalnej troski.
Depresja to choroba emocji i nadwrażliwości. Zacznij zauważać to, w jaki sposób rozmawiacie. Nazywaj emocje. Np. zamiast "znów mnie ignorujesz" lepiej powiedzieć "czuję się niezauważana przez Ciebie". Mów o swoich uczuciach, może pozwoli to rozkręcić ludzką rozmowę. Kluczowe - zamiast "bo ty coś tam" zaczynaj zdanie od "czuję się".
Istnieje coś takiego jak "zespół niezaspokojenia emocjonalnego". Do niektórych emocji trzeba dorosnąć. Mogę mieć 20, 30, 40 lat ale wewnętrznie mieć emocje na poziomie 10-latka. A tu nagle wielki świat oczekuje ode mnie czegoś, na co nie jestem gotowy. Z tego może zrodzić się depresja. Niestety nie wiem jak to się leczy, ja poradziłem sobie sam (z wielkim trudem) ale może to będzie jakiś trop.
Uwaga - opisuję to z własnej perspektywy. To nie znaczy, że inny facet cierpiący na depresję będzie miał tak samo, ale mam nadzieję, że pomogłem.
13 2016-09-11 21:57:39 Ostatnio edytowany przez Averyl (2016-09-11 21:58:07)
Johnny314 co sprawiło, że zacząłeś się leczyć - twoja kobieta? Jak wasi partnerzy zdecydowali się na leczenie, to wyszło od nich samych, od was, jakieś specjalne okoliczność?
Mój M. twierdzi, że ma depresję (prawdopodobnie ma), ale jednocześnie "jestem jaki jestem i się nie zmienię", a sugestie, że powinien coś zrobić z tym, ucina, że ja bym chciała zmienić go wg. własnego widzi-mi-się, że chciałabym zrobić z niego wariata, a on ma tylko depresję! Pat.
14 2016-09-11 22:35:18 Ostatnio edytowany przez Johnny314 (2016-09-11 23:04:26)
Johnny314 co sprawiło, że zacząłeś się leczyć - twoja kobieta? Jak wasi partnerzy zdecydowali się na leczenie, to wyszło od nich samych, od was, jakieś specjalne okoliczność?
Moja partnerka (była) próbowała jakoś mi pomagać, ale nie dawałem się wysłać do psychiatry.
Mój M. twierdzi, że ma depresję (prawdopodobnie ma), ale jednocześnie "jestem jaki jestem i się nie zmienię", a sugestie, że powinien coś zrobić z tym, ucina, że ja bym chciała zmienić go wg. własnego widzi-mi-się, że chciałabym zrobić z niego wariata, a on ma tylko depresję! Pat.
Ja podobnie uważałem. Nie chciałem brać leków bo wtedy stracę bycie sobą. Bałem się, że ja to ja i że w wyniku leczenia stracę swoją osobowość. Dziś z perspektywy mogę powiedzieć, że to kompletna bzdura. Depresja jest chorobą, która utrudnia rozwój osobowości. Bez niej jestem o wiele lepszą wersją siebie.
Zacząłem się leczyć (najpierw u psychiatry, lekami, potem terapią) gdy już było tak źle, że w zasadzie było mi wszystko jedno co się ze mną stanie. Trochę pomogła mi przyjaciółka (nie partnerka), która na siłę wykopała mnie do psychiatry. To ustawiło mi kierunek, na zasadzie, że "staram się zrobić coś z depresją".
Skutecznie wyleczyłem się sam, ale terapie i leki pomogły rozpocząć proces leczenia.
Jako partnerka co możesz zrobić? Cóż, staraj się wysłać na terapię i do psychiatry. Naprawdę nie ma co się bać leków, teraz są dostępne o wiele lepsze leki niż jeszcze 10-15 lat temu. Lesze, czyli nie przytłumiają i nie zmieniają osobowości (jak np. alkohol czy używki zmieniają to, kim jesteś) ale faktycznie uwalniają od najczarniejszych emocji. Terapia to po prostu rozmowa więc nie zmieni tego, kim Twój partner jest bez jego zgody.
Tylko gdy po wizycie u jednego psychiatry czy terapeuty nie zadziała, nie wolno się zrażać. Ja przeszedłem przez kilku terapeutów zanim trafiłem na odpowiedniego. To jak z szukaniem przyjaciela - od razu nie spotkasz w pierwszej poznanej osobie.
No a ostatecznie - jeśli partner broni się rękami i nogami to możesz pomoc mu tylko o ile sam chce sobie pomóc. Jest dorosłym człowiekiem. Nie możesz popadać we współuzależnienie od jego złych nastrojów. Jest tu obok wątek "profesjonalna ofiara" - trzeba się upewnić, że partner nie ma coś z tego.
Powodzenia ![]()
Zacząłem się leczyć (najpierw u psychiatry, lekami, potem terapią) gdy już było tak źle, że w zasadzie było mi wszystko jedno co się ze mną stanie. Trochę pomogła mi przyjaciółka (nie partnerka), która na siłę wykopała mnie do psychiatry. To ustawiło mi kierunek, na zasadzie, że "staram się zrobić coś z depresją".
Czyli co, trzeba sięgnąć dna, by się odbić? Wiesz, ja się zastanawiam, czy jemu czasem nie jest wygodnie z wymówką "mam depresję", ale w jakiś sposób rozumiem, że przeżywa różne rzeczy, że to jest depresja, nawet jeśli tego formalnie nie obwieścił żaden specjalista.
Skutecznie wyleczyłem się sam, ale terapie i leki pomogły rozpocząć proces leczenia.
Też mam świadomość, że samemu trzeba chcieć, a inni mogą dopomóc w procesie, ale nie odmienią życia w magiczny sposób. On nie chce, w jakiś sposób wygodnie mu w roli cierpiącego.
No a ostatecznie - jeśli partner broni się rękami i nogami to możesz pomoc mu tylko o ile sam chce sobie pomóc. Jest dorosłym człowiekiem. Nie możesz popadać we współuzależnienie od jego złych nastrojów. Jest tu obok wątek "profesjonalna ofiara" - trzeba się upewnić, że partner nie ma coś z tego.
Niby wiem, ale jest to człowiek z którym jestem od bardzo dawna, nie jest tak łatwo ani odwrócić się na pięcie i powiedzieć, nic mnie to nie obchodzi, muszę zadbać o siebie, ani trwać, znosząc to wszystko, bez nadziei na jakąkolwiek odmianę.
Czyli co, trzeba sięgnąć dna, by się odbić? Wiesz, ja się zastanawiam, czy jemu czasem nie jest wygodnie z wymówką "mam depresję", ale w jakiś sposób rozumiem, że przeżywa różne rzeczy, że to jest depresja, nawet jeśli tego formalnie nie obwieścił żaden specjalista.
Niekoniecznie dna, ale depresja jest samolubna. Pozwala skupiać się na sobie i pozostać wiecznym dzieckiem (nieszczęśliwym), które oczekuje pomocy od całego świata samemu mało się wysilając. Mówię z własnego doświadczenia. Zaznaczam, że u innych może tak być, może być inaczej. A może nie ma depresji tylko jest mega marudą?
Też mam świadomość, że samemu trzeba chcieć, a inni mogą dopomóc w procesie, ale nie odmienią życia w magiczny sposób. On nie chce, w jakiś sposób wygodnie mu w roli cierpiącego.
No właśnie, sama sobie odpowiadasz. Możesz pomagać w sytuacji depresji ale nie czyń go dla niego wygodną.
Mój znajomy na marudów i narzekaczy miał dobrą metodę. Powtarzał jak zdarta płyta: "Ty jesteś odpowiedzialny za swoje życie. Co zamierzasz zrobić?". To fajna metoda bo zmusza do wydoroślenia. Zadaj mu to pytanie i zobacz co odpowie. Stawiam dolary przeciw orzechom, że będzie się wykręcał rękami i nogami od podjęcia jakiegokolwiek wysiłku żeby poprawić swoje samopoczucie. Dlatego zdarta płyta.
Niby wiem, ale jest to człowiek z którym jestem od bardzo dawna, nie jest tak łatwo ani odwrócić się na pięcie i powiedzieć, nic mnie to nie obchodzi, muszę zadbać o siebie, ani trwać, znosząc to wszystko, bez nadziei na jakąkolwiek odmianę.
To nie jest tak, że nic Cię nie obchodzi. Oczywiście masz troskę o drugiego człowieka ale nie swoim kosztem. Porównaj to do sytuacji w samolocie, gdy lecisz z dzieckiem i zawsze mówią, żeby maskę tlenową założyć najpierw sobie, potem dziecku. Jeśli zaczniesz zakładać najpierw dziecku, zemdlejesz i oboje się udusicie. Podobnie tutaj - w tej chwili depresję ma jedna osoba (niezdiagnozowaną). Nie daj z tego zrobić sytuacji aby depresję miały dwie osoby.
W sąsiednim wątku o profesjonalnej ofierze (a wyczuwam, że trochę masz doczynienia z czymś takim) jest bardzo fajna odpowiedź Wielokropka, która owszem, pomaga ale bez szkody dla siebie (pod koniec tej strony http://www.netkobiety.pl/viewtopic.php? … &p=5). To przykład zdrowego podejścia do pomagania.
17 2016-09-12 21:19:55 Ostatnio edytowany przez Averyl (2016-09-12 21:20:55)
Johnny314 - znam jego wszystkie odpowiedzi, wszystkie wykręty, (wiem, że tak nie powinno się mówić, że jest to błąd poznawczy, ale po tych wszystkich latach znam je) natomiast on ma specyficzną giętkość w selekcjonowaniu, co świat złego jemu zrobił, i niezauważaniu tego, co on robi innym. Kiedyś byliśmy na terapii małżeńskiej - na początku stwierdził, że będzie obserwatorem i będzie czekać na cud, oczywiście przy takim zaangażowaniu chodzenie na takie spotkania rozmijało się z celem, gdy skończyliśmy usłyszałam, że ja z psychologiem tworzyliśmy front przeciwko niemu, a teraz wychodzi na to, że on był bardzo zaangażowany, a ja nie, i to przeze mnie się nie udało.
Doszłam do punktu, że nie chce mi się z nim rozmawiać, nie chce mi się walić głową w mur, tak - chciałabym, aby kiedyś poczuł potrzebę zmiany swojego życia, nastawienia do życia.
18 2016-09-12 21:39:45 Ostatnio edytowany przez Johnny314 (2016-09-12 22:06:26)
Averyl. Z tego co piszesz to nie wiadomo, czy Twój mąż faktycznie ma depresję. Może po prostu jest wprawnym manipulatorem i cierpiętnikiem?
Zastanów się kim dla niego jesteś - partnerką czy mamusią? Może on potrzebuje wiecznego głaskania po główce i usuwania gałązek spod nóg? Jak się z tym czujesz?
Pewnie bywają kobiety lubiące być w takiej roli (tak się domyślam). Ale musisz zastanowić się co Ty czujesz, jak chcesz żeby wyglądał Twój związek.
Jako dzieci przyzwyczajamy się, że rodzice zapewniają nam wszystko do życia - jedzenie, ubranie, ciepło, internet. A potem przychodzi dorosłe życie i facet ma się odnaleźć jako partner, odpowiedzialny, dorosły, samodzielny i jeszcze dający coś od siebie. Wielu (chyba większość) facetów gubi się w tej roli. Mama przybiegała na każdy grymas, teraz partnerka nie przybiega, może jak zwiększę poziom grymaszenia przybiegnie? Dalej nie? Zwiększę dalej bo nie znam nic innego. Aż w końcu będę wiecznie niezadowolony, w depresji itp.
Pamiętaj, że jesteś odrębną osobą od niego. Nie odpowiadasz za niego, pomagasz z własnej woli. Na ślubie powiedziałaś "tak" z własnej, nieprzymuszonej woli. Spróbuj podejść do tego na zasadzie "mogę Ci pomóc ale nie swoim kosztem".
Możesz poradzić się psychologa jak sobie radzić w takim związku, ale gorąco zachęcam do odwiedzenia kilku różnych. Psychologowie to też ludzie, są lepsi i gorsi, wiem z własnego doświadczenia.
Jest też świetna książka "Żyć w rodzinie i przetrwać". Polecam.
EDIT: Zaznaczam, że to co piszę to moje przemyślenia, mogą pasować albo i nie. Każdy człowiek jest inny.
Nie jestem nadopiekuńcza, nawet dla syna. Nie jestem typem kobiety, który opisałeś, chociaż może to czasem tak wyglądać.
A on: mix - trochę jest manipulatorem (ale nie są to działania zaplanowane, z myślą o swojej korzyści, on przekręca w swoje głowie wydarzenia, a potem w to wierzy - finalnie on jest ofiarą, tym co się poświęcał, a inni go wykorzystali - w tym kontekście wpisuje się w "profesjonalną" ofiarę), ale ma dużo cech, charakterystycznych dla depresji.
Chyba największym jego problemem jest - że tkwi przy swoich schematach myślowych, to co napisałeś wcześniej ten strach, że jak zacznie się leczyć, to że zmiana pójdzie w niewłaściwym kierunku, że zostanie zmieniony wg cudzego gustu, przestanie być sobą, mieć swoje poglądy. Ja nazywam to bardziej dosadnie - czasem trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, dowiedzieć się również o tych niefajnych własnych zachowaniach, sytuacjach, cechach charakteru, a potem trzeba coś zrobić z tą świadomością.
Nie mam na myśli Twojej nadopiekuńczości tylko, że facet może podświadomie od Ciebie tego oczekiwać. Oczywiście takie mechanizmy nie zawsze są świadome. Może sobie nie zdawać sprawy że manipuluje emocjami.
Nie potrafię podać recepty jak zmienić takiego faceta. Nawet nie wiem, czy to możliwe. Ja się zmieniłem ale byłem już zmęczony moim własnym nastawieniem do świata. Dodatkowo od dziecka mam kontakt z psychologią, czytałem książki itp, więc jestem oswojony z ideą, żeby iść do lekarza. Ale jak ktoś się zaprze to nie przetłumaczysz.
Co chcę powiedzieć to dbaj przede wszystkim o siebie, nie daj się pogrążyć, współuzależnić. Nie daj się wciągnąć w chorobę. Jak pomagać to tylko na zdrowy sposób.
Tu trochę kończą mi się pomysły, ale możesz pytać bez obaw. Odpowiem najlepiej jak umiem.
Czytam wasze wpisy i jestem przerażona. Ja jestem w związku od ponad dwóch lat a aktualnie spodziewamy się dziecka. Poznałam go gdy był w bardzo głębokiej depresji. Wtedy z niej wyszedł jednak jego charakter sprawia, że co kilka miesięcy wpada w głębokiego doła. Jest dość ciężko. Co jakiś czas bierze tabletki. Ja mam to szczęście, że on jeszcze chce się leczyć. Jednak ja także mam skłonności depresyjne. Podczas trwania związku brałam psychotropy. On miewa typową depresję a ja połączoną z nerwicą i nadpobudliwoscią emocjonalną. Zawsze staram się go wspierać jak tylko mogę. Jest to dla mnie już teraz bardzo męczące a sama czuję, że gdy ja potrzebuję wsparcia psychicznego nie mam go od niego. W trudnych dla siebie chwilach mogę liczyć jedynie na swoją przyjaciółkę (która też cierpi na przewlekłą depresję). Najgorsze dla mnie jest to, że on się nie zmieni i te jego nawroty depresji będą mu towarzyszyć prawdopodobnie do końca życia. Jego ojciec też ma depresje (od bardzo wielu lat). Nieraz zdarza mi się płakać gdy pomyślę, że będę się męczyć w tym związku tak samo jak jego matka i nie wiem czy znajdę w sobie tyle siły co ona. Jednak nie wyobrażam sobie zostawić go z tego powodu.
najgorzej to jak osoba z depresją twierdzi, że jej nic nie jest. Sama to przechodziałam...,partner miał próby samobójcze, co jakiś czas zamykał się w sobie, nie dbał o sbie, chodził w tym samym po kilka dni, ciągłe klótnie, alkohol...zero rozmowy. Nie wyszło dobrze...próbowałam setki razy mu pomóc ale jak ktoś gryzie wyciągniętą rękę, ucieka od problemów nie zdziałasz nic.Ja poległam po 6 latach walki