Chcę się z Wami podzielić kilkoma przepisami św. Hildegardy, które ostatnio wypróbowałam i powiem Wam, że jestem w szoku jak te rzeczy działają, mimo że są takie proste, wręcz śmiesznie proste. Człowiek całe życie kombinował, jadł jakieś chemiczne rzeczy ze sklepu, a tu wystarczy kilka łyżek orkiszu i człowiek od razu czuje się jakby mu Pan Bóg sorbet z nieba wysłał na uspokojenie. No więc zaczynam, bo może komuś z Was się przyda, zwłaszcza jak macie stresy, zmartwienia albo po prostu chcecie lepiej żyć.
Pierwsze to zupka z orkiszu, taka klasyka Hildegardy. Ona mówiła, że orkisz daje człowiekowi „czystą radość”, więc pomyślałam, że skoro moje życie ostatnio waha się między stresem, modlitwą a analizowaniem wszystkiego, to taka zupka mi nie zaszkodzi. I serio, człowiek po niej czuje się cieplejszy, spokojniejszy, jakby nerwy opadły. Przepis jest banalny: garść kaszy orkiszowej, woda, trochę masła klarowanego (ja użyłam roślinnego i nadal działa), szczypta soli i dla smaku można dodać galgant. Gotuje się to 15 minut i gotowe. Idealne na dni, gdy człowiek ma ochotę rzucić wszystko przez okno.
Drugie — ciasteczka orkiszowe na dobry nastrój. To jest hit, bo jak je czytałam, to myślałam „no dobra, zwykłe ciastka”, ale jak je zrobiłam, to mówię Wam: coś jest w tym ziołolecznictwie. Mąka orkiszowa, masło, miód, cynamon, imbir, trochę bertramu i do piekarnika. I nagle człowiek naprawdę czuje w sobie spokój. Nawet moja córka zjadła jedno i powiedziała, że „smakuje jak ciepły dzień”, nie wiem skąd ona to wzięła, ale miała rację.
Trzecia rzecz to herbata uspokajająca św. Hildegardy. To piję prawie codziennie. Koper włoski, melisa i trochę rumianku. Hildegarda twierdziła, że to nie tylko uspokaja, ale też „rozjaśnia myśli”. I faktycznie, jak mam dzień, że myślę za dużo, analizuję za bardzo, albo wkręcam sobie katastrofy (co mi się niestety zdarza), to kubek tej herbaty i człowiek wraca do normalności. Takie małe ziołowe opamiętanie.
I jeszcze jedno — galgant na odwagę. Hildegarda uważała, że jak człowiek się boi, albo ma trudną decyzję, to nie trzeba siedzieć i płakać w kątku, tylko trzeba wziąć szczyptę galgantu i popić wodą. Nie wiem jak to możliwe, ale to działa. Jak miałam stresy z kursami, dokumentami, życiem i wszystkim, to wzięłam ten galgant i nagle poczułam takie ciepełko w środku, jakbym dostała duchowej asysty od św. Hildegardy.
I wiecie co? Im więcej tego próbuję, tym bardziej widzę, że ta kobieta miała naprawdę bezpośrednie wskazówki z Nieba. Bo dziś medycyna leczy jedną część człowieka, psycholog drugą, ksiądz trzecią, a Hildegarda ogarniała to wszystko naraz. I to mi się w niej najbardziej podoba — ta jedność ciała, duszy i natury.