Jestem Paweł i mam 27 lat, jestem amatorskim muzykiem i rozwijam się w domowym zaciszu w kierunku postprodukcji (samouk obróbki dźwięku). Mam stałą pracę po niemieckiej stronie granicy. Przeprowadziłem się do miasta położonego bliżej mojego miejsca pracy, tak na prawdę to nie znam tutaj prawie nikogo poza dwoma kumplami. Dobrymi kumplami. 3 miesiące temu po jednej z imprez w lokalnym pubie poznałem dziewczynę pochodzącą z Ukrainy i stacjonującą w jednym z hoteli, który oferuje im darmowe zakwaterowanie i co jakiś czas daje jakieś pieniądze (podobno 60 zł tygodniowo). Podszedłem, zagadałem, spodobała mi się. Mówiliśmy trochę po angielsku a trochę po polsku, żeby się uzupełniać a gadka kleiła się jak smarowana poxipolem. Pare schadzek, jakichś nocnych tripów autem w ciekawe miejsca z ładnymi widokami i zostaliśmy parą, tak po prostu naturalnie bez jakiegoś pytania siebie "jesteś ze mną?" byliśmy, praktycznie w każdej możliwie wolnej chwili. Poznawałem ją z uśmiechem na ustach i zakochiwałem się. Ona we mnie też, okazywaliśmy sobie czułość. Seks był świetny i częsty, planowaliśmy wspólne weekendy, dużo spacerowaliśmy, opowiadaliśmy o sobie i żyło się pięknie. Dochodziło do mniejszych sprzeczek, które kwitowaliśmy w końcu godzeniem się i tym, że nie mają one większego sensu. Pracuję na 3 zmiany więc bywam tą robotą wykończony, moja wybranka pracowała w pizzerii ale zrezygnowała z niej bo planowała wyjazd do większego miasta. Uwaga wczoraj dowiedziałem się, że została tutaj tylko wyłącznie z mojego powodu. Planowałem zmienić mieszkanie na większe po nowym roku bo na start w nowym mieście wynająłem sobie przytulną kawalerkę. Ona mimo, że zakwaterowana w hotelu praktycznie większość czasu jeśli zmiany nam pasowały spędzała u mnie. Romantyczne kolacje, wino, starałem się jak mogłem. Miała mniejsze i większe zachcianki, starałem się podołać. Zauwazyłem że to wszystko zebrane do kupy mocno daje mi do kieszeni i na dłuższą metę po prostu zostałbym wyczyszczony do cna. Zasugerowałem, że warto byłoby jej znaleźć pracę. Powiedziała, że okay ale szukała jej bez większego entuzjazmu. Bywała uparta, nie chciała słuchać moich radl. Kiedy dostawała histerii kazała się przytulać i pocieszać a nie szukać racjonalnych rozwiązań. Popsuła telefon, była wściekła i panikowała - kupiłem i dałem, problem z głowy. Okazywała mi masę czułości, jakiej nie doświadczyłem w poprzednich związkach. Była pewna siebie, jednak z tyłu głowy coś ją gryzło. Przyznała, że może mieć depresję. Więc co? Namówiłem ją na wizytę u psychologa. Wiedziałem, że nie ma pieniędzy więc dałem jej na pierwszą wizytę. Co zrobiła? Spóźniła się i nie poszła. Nakręciłem jej pracę za barem u swojego znajomego, który przyjął ją na okres próbny od buta z dnia na dzień, marudziła, nie chciała pracować w weekendy. Odmówiła i zrezygnowała co prawda kulturalnie w pokojowych warunkach, twierdziła, że w poniedziałek (dziś, kiedy piszę ten post) ma rozmowę o pracę w jakimś biurze.
Po wyjeździe do Polski w marcu przez wojnę jej rodzina rozbiła się na dwa miasta ( była skonfliktowana z matką). Matka mieszkała na drugim końcu Polski w linii prostej 10h drogi pociągiem. Rozmawiały od dwóch tygodni na facetime. Moja dziewczyna postanowiła ją odwiedzić. Uznałem, że to spoko pomysł. Po raz kolejny pojawiły się koszty ale nie wyszedłem z inicjatywą, że kolejny raz opłacę nietani bilet w obie strony swojej dziewczynie, która od trzech miesięcy nie ma pracy. Spałem po nocce kiedy wychodziła, żegnaliśmy się rano. Wszystko było pięknie, byłem szczęśliwy, że odwiedzi rodzinę, wróci z lepszym samopoczuciem a ja trochę odpocznę i zrobię parę swoich spraw. Miała problem na pociągu i pomyliła perony przez co jej droga sie wydłużyła, dostała paniki i histerii. Pisała do mnie kiedy spałem a ja nie wiedziałem, że pisze. Potem nie patrząc w telefon poszedłem do miasta załatwić sprawy. Jak tylko zobaczyłem, że pisała już była na mnie wściekła. Dostałem wiadomości atakujące mnie, że mam 10000% lepsze rzeczy do roboty niż odpisanie jej. Że wiedziałem, że jedzie sama na drugi koniec polski i jest zestresowana i nie okazałem jej żadnego wsparcia i troski. Odpisałem, żeby nie przesadzała. Że nie siedzę na telefonie 24/7 i mam też swoje sprawy do załatwienia i życie i nie jestem uwiązany jak pies na tym telefonie. Że jej podejście nie jest fair i że skoro jest obrażona to nic nie mogę zrobić, nie zrobiłem nic złego. Piątek skończył się tak, że napisała mi jedynie, że dotarła. Ja nie będąc wylewny odpisałem, że jestem w pracy. Sobotę przemilczeliśmy. Widziałem jej relacje z rodziną, zostawiałem pod nimi pozytywne reakcje nie chcąc się z nią kłócić przez telefon. Gryzło mnie to, że się nie odzywa. Sam też jednak nie chciałem odzywać się pierwszy. Chłopaki wyciągnęły mnie na piwo i tyle. Spędziłem wieczór w lokalu nie chcąc o tym myśleć. Wróciłem do domu, wstałem i BUM.
Zostałem zablokowany na każdym możliwym komunikatorze w social mediach. Zablokowała również mój numer telefonu. Nie chciała ze mną gadać i mnie więcej widzieć. Swojej koleżance równiez kazała mnie zablokować. Dopiero jak spotkałem ją osobiście to prosząc mnie, żebym nic nie mówił swojej, że ze mną gadała zdradziła mi, że wysiada z pociągu o dwudziestej. Nie jadłem nic będąc po prostu wstrząśnięty, pisząc tego posta czuję się jak gówno. Nie będę ukrywał. Spotkałem ją jak wracała z walizką. Nigdy nie widziałem jej takiej obojętnej 2 dni temu całując mnie po stokroć cieszyła się do mnie i mówiła mi "jesteś najlepszy, kocham Cię" "jesteś moim darem od Boga" po to, żeby wczoraj mi powiedzieć z rozbawieniem na twarzy i kompletnym zlodowaceniem że to bez sensu, że to koniec. Że podjęła decyzję?
Pozwoliłem jej wrócić do hotelu. Pojechałem, żeby tam z nią porozmawiac. Zeszła do auta. Wyrzygała mi wszystko. Że zna swoją wartość, że zasługuje na faceta który ją doceni i będzie się o nią troszczył i wspierał. Że ja tego nie zrobiłem jak tego potrzebowała (Jak do cholery mogłem to zrobić?). Że nie napisałem w sobotę, że korona na głowie nie pozwoliła mi na to. Że nie troszczyłem się o nią wiedząc że wyjeżdża. Że w tamtym mieście wszyscy patrzyli na nią jak na gwiazdę i ona wie, że w zyciu duzo osiągnie, że jej facet ma ją w dupie i tak dalej. No próbowała zrzucić winę na mnie. Wydaje mi się, że wyolbrzymiła ten problem. Przyznałm jej rację ( nie wiem czy dobrze zrobilem ). Nie ze wszystkim oczywiście, ale z tym, że dałem dupy z ta sobotą i milczeniem. Jej koleżanka napisała jej, że widziała mnie jak się świetnie bawię. Byłem z chłopakami po prostu się napić. Ani jej nie zdradziłem, ani jej nie lekceważyłem. Kocham ją i powiedziałem jej to wczoraj, że byłbym idiotą gdybym bez walki to poddał. Poprosiłem, żeby mnie nie skreślała ale nic nie odpowiedziała. Powiedziała, że jest wszystko jedno. Czuję, że mnie kocha i gra twardą. Ma straszny żal do mnie, ale czy na serio aż tak dałem dupy? Czasami ewidentnie próbowała mi wejśc na głowę i mnie podporządkować. Nie dawałem się.
Po batalii z moją poprzednią ex chciałem tylko normalnego związku pelnego zrozumienia. Niczego więcej. Dziś po 3 miesiącach intensywnej wczuwki w związek zostałem sam jak palec. Mam do pracy na zmianę popołudniową i nie wiem co ze sobą zrobić.
Wczoraj rozmawialiśmy w aucie, powiedziałem, że mogliśmy to oboje inaczej rozegrać. Przerażała mnie tylko jej obojętność, ta nienawiść do mnie, albo po prostu tak ogromna pretensja. Powiedziałem, że postaram się zmienić to co było nie okay z mojej strony ale niech tego nie skreśla od tak. Powiedziała, że jest zmęczona i żebym ją odwiózł. Nie chciała rozmawiać.
Dziś odblokowała mnie na instagramie. Pokryłem koszty tej wycieczki do matki, żeby zrekompensować swój "brak zainteresowania". Co nie jest prawdą. Myślę o niej jak każdy kochający facet o swojej kobiecie. Może popełniam jakieś błędy i nie mam doświadczenia w relacjach z kobietami ogromnego ale większość, rzeczy biorę na zdrowy rozsądek przeplatając to z głosem serca bo w miłości i jedno i drugie działać powinno.
Spytałem jej po wszystkim, czy jeszcze jestem jej facetem - odpowiedziała "Nie wiem". Wyszła.
Co robić?