Cześć. Potrzebuję wyrzucić z siebie na zewnątrz, do ludzi, obcych.
Mam przyjaciół, ale uważam, że nie powinno się prać związkowych brudów wśród bliskich osób. Popełniłam ten błąd, nigdy więcej.
Mam skomplikowaną przeszłość. Opartą mocno na braku wiary w siebie, poczucia własnej wartości, wstydzie, kompulsjach. Nałogach. Niebezpiecznych zachowaniach. Historia jakich pewnie wiele. Z wielu spraw wygrzebałam się bardzo szybko. Ale część gdzieś podskórnie ciągnęła się we mnie jeszcze do niedawna. Rzuciła się mocno cieniem na mój aktualny związek - mój facet długo miał problem z pogodzeniem się z tą przeszłością, mimo że o niej wiedział. Doszukiwał się brakujących kawałków, kłamstw i nieścisłości. O nim dalej, od początku...
10 miesięcy temu związałam się z kimś, kto stał się dla mnie bardzo ważny, bardzo szybko. Był zupełnym przeciwieństwem mężczyzn, z którymi wiązałam się wcześniej. Czuły, zaangażowany, z inicjatywą, zainteresowany mną, szczery. Bardzo inteligentny, lubił rozmawiać o sprawach okołopsychologicznych, ale skoncentrowanych wokół nas, co mnie zawsze bardzo pociągało, więc utonęłam.
Wprowadziłam się do niego zanim jeszcze właściwie zaczęliśmy być razem. To był pierwszy duży błąd.
Przez jakiś czas było świetnie. Mamy bardzo podobne zainteresowania, tak że nie było problemów z zagospodarowaniem wspólnie spędzanego czasu. Rozmowy do późnej nocy.
Szybko zaczęło zgrzytać. Ja się jeszcze asekurowałam, bałam się do końca odkryć, on natomiast już oczekiwał pełnego zaangażowania. Zaczęły się fochy. Jednak on nie potrafi od razu powiedzieć o co chodzi, nie ufał mi od samego początku - jak się po czasie okazało - no i zaczęły się schody. Wydarzyło się kilka rozmów, głównie po alkoholu, które stały się kością niezgody. Bardzo potężną. W konsekwencji kilka razy wyrzucił mnie z domu. Z każdą kolejną aferą poziom czułości, zaufania, ciepła spadał.
Wiele było spowodowane moimi lękami. Miałam i mam tego świadomość. Rozprawiłam się z tym właściwie całkowicie. Nieraz jednak wciąż jakieś ślady wychodzą, jednak chowam to wszystko w kieszeń tak, żeby mój kot tego nie odczuwał.
Sam jednak też ma problemy. Jest bardzo nerwowy, łatwo wpada w złość, nie komunikuje o co mu chodzi. Jesteśmy dla siebie wzajemnie jak płachty na byka. Na mnie agresja, w ogóle nerwy, działają bardzo źle. Stąd w ogóle pierwsze problemy, które wydają się być nieuleczalne. Bo we mnie włączały wszystkie lęki. Z tego powodu kilka razy na samym początku skłamałam (w bardzo drobnych sprawach, serio, ale rozumiem, że dla niego sam fakt już jest czymś dużym i to szanuję, nie neguję, przepraszałam wielokrotnie). No a w nim z kolei każda wątpliwość włącza podejrzliwość, szukanie dziury w całym i po krótkim czasie miesiąca miodowego po "rozstaniu" czy kłótni, wraca nerwowość, zamykanie się w sobie, potrzeba "przestrzeni", a na końcu cyklu zawsze jest znowu kolejna afera.
I ja wiem, słyszę, czuję, jak to z boku wygląda. To jest wręcz absurdalnie oczywiste, jak bardzo jesteśmy dla siebie na dzień dzisiejszy toksyczni. Uwielbiamy się, kochamy, ale jednak... wiem, że ja nie powinnam i nie chcę dawać się tak traktować. Pomijając mój własny szacunek do siebie i poczucie własnej wartości, świeżo odbudowane (paradoksalnie właśnie dzięki całemu temu związkowi...), po prostu coraz mniej lubię swojego faceta przez to. I wiem też, że tylko dlatego, że pozwoliłam na to kiedyś - z poczucia winy - on sobie teraz pozwala na zbyt wiele.
Wiem, że powinnam uciekać. I pewnie tak się stanie. Potrzebuję chyba jednak jakiegoś słowa wsparcia z zewnątrz. Nie byłam idealna w tym wszystkim. Ale mam jakieś takie wewnętrzne przekonanie, że prawdziwe kochanie nie jest wtedy, kiedy się na nie "zasłuży". Pierwszy raz w życiu kocham tak, że nawet mimo wad chcę robić dla niego miłe rzeczy. Jak coś zawalił to mówi wtedy, że nie zasłużył. Kurde. Możemy sobie mówić, co nam nie pasuje. Wspierać się w uzdrawianiu kawałków siebie. I właśnie dzięki temu sobie ufać bardziej, a nie mniej - jak to u nas ma miejsce. Mam takie strasznie wkurzające poczucie, że jest to takie okropnie jednostronne.
Chyba nie tego chcę. A jednocześnie walczy we mnie druga ja, która chce być przy nim. Marząca o tej wzruszającej scenie z filmu, w której mówimy sobie, że gdyby nie ta nasza wzajemna cierpliwość, to nie wiemy, gdzie byśmy byli. I że dzięki sobie nawzajem jesteśmy tam, gdzie jesteśmy. Ale ja już chyba więcej nie dam rady
Trochę jakbym była chwilę z Jekyllem, a potem kawał czasu z Hydem. I tak w kółko.