Mam 24 lata, jestem w związku z 30 letnim mężczyzną. Bardzo się rozumieliśmy, zawsze mnie umiał wysłuchać. Jestem wyrozumiała, wrażliwa i bez problemowa, za co mnie bardzo chwalił w pierwszym rozdziale naszej relacji. Od roku czasu mój partner zaczął zachowywać się bardzo samolubnie i narcystycznie w stosunku do mnie. Rozumiem, że ja też mam zwady za uszami i nawet nie będę tego rozwijać bo kciuki by mi odpadły.
Jesteśmy w związku 2 lata, a mężczyzna zaczyna wszystko przekładać na siebie, wszystko co powiem odbiera negatywnie. Przykład- Postanowiłam, że mu się wyzale, a tego nie robię za często, a On mi zaczyna prawić morały, czemu jest tak źle i co robię źle, że tak się czuję. W momencie gdy proszę go, żeby podszedł do sytuacji z mojej perspektywy, a nie z jego mądrości. To obwinia mnie, że mi się nic nie da powiedzieć, i że nie umiem konstruktywnej krytyki na klatę wziąć. Podkreślam, byłam w proszku
Jak na razie mieszkamy z moją mamą, jest ciężko ale nikomu nie daje to prawa na bagatelizowanie swojej partnerki. Za 10 dni mamy odwiedzić mieszkanie, w które chcemy wynająć.
A ja się tak bardzo boje, że skoro juz potrafi mnie tak skarcić, karać milczeniem i zrzucać cała winę na mnie, to co będzie gdy będziemy mieszkać razem, ale na naturalnym gruncie.. może totalnie mu się w głowie przewrócić.
Zastanawiam się nad rozstaniem, żeby ulżyć nam wzajemnie, ale jestem bardzo nie pewna, czy to mi się w głowie uroiło, czy rzeczywiście nie powinnam z nim być.
I teraz pytanie do was, co byście zrobiły na moim miejscu, czy dalej warto się starać i wierzyć, że kiedyś będzie lepiej?