Cześć,
mam 26 lat, a oto moja trudna historia w "skrócie" - kto przeczyta, ten przeczyta:
1. Październik 2020 - kilka kłótni między mną a nim - w skrócie o nic poważnego - trochę moich problemów z rodzicami i nienajlepsza forma psychiczna (zamknięcie od dawna na pracy zdalnej itd.). Nadszedł dzień, gdy powiedział mi, że to koniec, nie może tak dłużej i odchodzi. Bez szerszych wyjaśnień. Po czasie wyciągnęłam z niego, że chodzi o to, że czuje się ograniczany. Nie czułam się winna, bo nie jestem osobą zaborczą, zawsze interesowały mnie jego potrzeby - może nawet bardziej niż moje własne - nie dawał mi żadnych sygnałów, że coś jest nie ok, nie rozmawiał o tym...
2. Listopad i grudzień - byłam załamana, problemy w pracy, ciągle płacz, smutek, zmartwienia, pytania, dlaczego to mnie spotkało, problemy z jedzeniem, schudłam. Święta, Sylwestra spędziłam samotnie w rozpaczy i przy winie... Po jednorazowej wizycie u psychoterapeuty podjęłam decyzję, że ucinam kontakt z nim, nie chcę płakać czytając kolejne wiadomości, że mu źle tak samo jak mnie, ale musiał podjąć taką decyzję, że nic nie czuje do nikogo, wszystko i wszyscy są mu obojętni... Miałam też dość jego pytań o moje samopoczucie, bo jakie mogło być. Brak kontaktu trwał może 3 tygodnie.
3. Styczeń - pojawiły się myśli, że muszę się ogarnąć - dieta, praca, nauka nowych umiejętności. Wdrożyłam to w życie i jakoś mi idzie. Nie jest kolorowo, ale staję na nogi.
4. Luty, marzec - zaczęliśmy rozmawiać, pisać bardziej na spokojnie, emocje trochę opadły. Zmieniło się chyba jego podejście - zniknęło "Nic nie czuję i nic nie wiem", a pojawiło się: "Też czuję, mam uczucia, też mi zależy na nas".
Przez te kilka miesięcy kontakt tak naprawdę się w żaden sposób nie urwał oprócz tych kilku tygodni.
Teraz rozmawiamy codziennie, co u nas, co w pracy, u rodzin... Widzę jego zainteresowanie, proponuje spacery, na których rozmawia nam się super.
Zadeklarował, że mu zależy, nie chce zrywać kontaktu, chce się spotykać i zacząć od zera, wszystko na spokojnie, powoli. Komplementuje mnie. Zaczął znowu się uśmiechać... I ja też, bo brakowało mi naszych szczerych rozmów. Też zależy mi na "nas", też chcę powoli zacząć od nowa, nie naciskać, nic na siłę. Zaufać mu, a na razie mam obawy...
Jedyne, czego się obawiam, to tego, że znów coś się zmieni, znów tak nagle w jego podejściu i mnie zrani, oszuka.
Powiedziałam mu o tym, że albo w jedną albo w drugą - jeśli te spotkania i rozmowy mają nic nie znaczyć, to równie dobrze, żebyśmy się nie widywali, nie pisali do siebie. Usłyszałam, że nie chce, żebym więcej przez niego cierpiała, dość bólu mi zadał, że żałuje, że ze mną nie rozmawiał, bo nic głupszego w życiu nie zrobił.
Jak do tego podejść, żeby nie dać się zranić kolejny raz?