Fajny film dzisiaj widziałam. Momentów erotycznych nie było.
Głównym bohaterem jest starszy pan Borys Yelnikoff, naukowiec a we własnym mniemaniu geniusz. Człowiek z obsesją smierci i bezsensu życia. Co doprowadza go do nieudanej próby samobójczej w wyniku której kuleje. Borys jest alter ego reżysera. Ma takie same lęki, hipochondrię, ruchy i słowotok.
Przygarnia on dziewczynę imieniem Melody, uciekinierkę z bogatego domu rodzinnego. Oraz od mamusi rekompensującej sobie nieudane życie wystawianiem córki w konkursach piękności.
Borys i Melody mieszkają razem a potem się pobierają. Aż pewnego razu, w takt V Symfonii stuka do drzwi matka. Tatuś zbankrutował i odszedł z najlepszą przyjaciółką żony.
Nie bójcie się, to nie jest dramat. Parę momentów jest naprawdę śmiesznych. Historia kończy się dobrze. Każdy znajduje miłość, czy to we dwoje, w trójkę lub homoseksualną.
Woody Allen przekazuje nam, że w życiu najważniejsza jest miłość do drugiego człowieka. Ale jest to wniosek dość ograniczający. Bo jeśli nie mamy tej drugiej połówki to co wtedy? Życie jest bez sensu? Zostawiam Was z tym pytaniem sugerując niezawężanie tematu.
