Jestem mężatką z 1,5 letnim stażem i dwójką dzieci. Mamy dwie wspaniałe córki: 3latka i 8mies. Pierwsza córka urodziła się przed ślubem i nie była dziełem przypadku. Chcieliśmy mieć dziecko. Na drugie zdecydowaliśmy się ostatniego dnia miesiąca miodowego (a tak z miłości). I wszystko było by pięknie gdyby nie hobby mojego męża. A może to ze mną coś jest nie tak... Mąż pracuje a ja póki co siedzę w domu i zajmuję się dziećmi. Mąż wraca z pracy ok godz 19-20. mało czasu zostaje dla dzieci, dla mnie. A do tego , jak on to mówi jego odwieczne hobby, a w zasadzie dwa albo trzy: piłka nożna, wędkarstwo i koledzy. Dwa razy w tygodniu piłeczka na hali sportowej. Wszystko było by ok gdyby wychodził na 2 czy 3 godz i wracał d domu. Ale tu jest inaczej. Jak chodzi na piłkę to nie nocuje w domu. Do tego jednym z tych dni jest niedziela. Wychodzi z domu o godz 17 i już go nie widzimy do poniedziałku do godz.20. Oczywiście rybki też wzywają i trzedba z razalbo dwa razy w tygodniu pojechać nad wodę, a czasem na cały weekend. Z tego wszystkiego z rodziną w domu jest kilka godzin tygodniowo. Niestety ja tego nie wytrzymuje. Proszę go by zrezygnował z części wypadów. Pobył z nami. Jak to mówi moja teściowa mam chorobę okienną. Ciągle go wypatruje. Jak tylko zaczynam dyskutować na ten temat zaczyna się jazda. To dla niego tylko wymówka by wyjść i nie wrócić. "Nie zamierzam słuchać wywodów" i znowu nie wraca. Jeśli nie zgadzam się na jego wyjazd z kolegami bedzie tak długo krążył wokół tematu aż się zdenerwuję i powiem, spadaj. A wtedy to już mam go z głowy na min dwa dni. A ja co... Jak zwykle siedzę w domu z dziećmi. Kocham je nad życie i macieżyństwo to to czego pragnęłam zawsze. Ale nie samotne... A takie prawie jest.
Dodam że mąż nie pomaga mi przy dzieciach. Dopiero od niedawna zabierze raz na dwa tygodnie starsza córkę na spacer albo położy ją spać.
Do tego dochodzą kłamstwa i wieczne niedotrzymywanie słowa. Wczoraj (sobota) pozwoliłam mu jechać na ryby (mimo że był już dwa razy w tym tygodniu) bo obiecał że będzie o 14 w domu i spędzimy razem jakoś resztę dnia. I niestety było jak zwykle. O 14 to dzwonił że jeszcze nie ruszył z miejsca bo fajnie jest z kolegami łapać rybki na lodzie. Ale zaraz będą wracać. Minęły dwie godziny do kolejnego telefonu... I kolejnego... Nie wytrzymałam i krzyknęłam że tak być nie może itd. Co usłyszałam? To co zwykle: Jeśli masz mi gadać to nie wracam wcale. I nie wrócił do dziś. Zadzwoniłam rano i powiedział ze nie będzie żył z osobą która go ogranicza i nie pozwala realizować jego hobby. Usłyszałam: Chcę rozwodu... Nie po raz pierwszy.
Dodam że gdy go nie ma w domu jest u swoich rodziców (przeważnie).
Co ja mam robić. Czy uda mi się wywalczyć trochę czasu i zainteresowania dla mnie i dzieci. Jestem młodą osobą. Mam 28lat. Czy tkwić w tym oknie i wiecznie czekać aż mężowi znudzą się koledzy, wypady po pracy, ryby, piłka i nie wiem co jeszcze...
Podpowiedzcie co robić. A może ja przesadzam?