Hej Netkobietki!
Na Wasze forum trafiłam przez przypadek szukając pomocy w tych trudnych dla mnie chwilach... zacznę od początku, choć obawiam się jak długi to może być post..
Mam 24 lata. Jestem obecnie mężatką (3 miesiące po ślubie) i mamą 4 miesięcznego synka. Mój mąż jest 3 lata ode mnie starszy.
Poznaliśmy się na początku stycznia 2014 roku... to był czysty przypadek... byłam w centrum miasta mamie wykupić receptę a on akurat spotkał się z kolegą, szli do jakiegoś baru na piwo (mój obecny mąż przyjechał zza granicy- tam mieszkał i pracował). Kolega ten znał mnie z widzenia i sam zaproponował abyśmy się poznali. I tak się zaczeło - poszliśmy w 4 (była jeszcze ze mną moja siostra) na pizze do lokalu i opowiadaliśmy o sobie. Dla mnie nie było to jakoś nic wielkiego.. jednak wkrótce się dowiedziałam że z jego strony była to miłość od pierwszego wejrzenia... spedziliśmy czas w miłej atmosferze, opowiadaliśmy o sobie... wymienilismy się namiarami.. za chwilę mieliśmy stały kontakt na Facebooku i czasem rozmawialiśmy przez telefon... Mój obecny mąż wrócił do siebie, a ja wróciłam do miasta studenckiego gdzie mieszkałam. Za parę dni się odezwał... proponował bliższe spotkanie, tzn.- w moim mieście studenckim miał pare przyjaciół ktorzy go zapraszali... chciał z nimi się spotkać jak również ze mną... zaproponował spotkanie w 4... zgodziłam się... w tej rozmowie również powiedział ze nie jestem mu obojętna mimo iż mnie dopiero co poznał, że bardzo zależy mu na dalszej znajomości..
Doszło do spotkania... najpierw spotkaliśmy się we dwójkę na kolacji.. póżniej pojechaliśmy do nich... impreza przebiegała idealnie, każdy był zadowolony.. a my lepiej się poznaliśmy... I tak było przez pare miesięcy - luty, marzec, kwiecien, maj, czerwiec, lipiec... w lipcu miałam obrone licencjacką.. mój obecny mąż zaproponował mi wtedy wyjazd wspólny nad morze, ale odmówiłam... nie chciałam aby miedzy nami do czegoś doszło a parą nie bylismy... jednak mi powoli zaczynało coraz bardziej na nim zależeć... a on nie dawał za wygraną...
Obroniłam się , zostałam licencjatem jednego z zawodów medycznych. Mój obecny mąż przedstawiał się jako pilot samolotów pasażerskich linii lotniczych w kraju w którym mieszkał... miał na to dowody, zdjęcia, filmiki... trudno mu było nie uwierzyć.. chociaż dla moich przyjaciół było to wszystko bardzo dziwne i podejrzane... po zasłyszanych ode mnie opowieściach i analizie profilu na Facebooku trudno im było uwierzyc w jego młody wiek i status życia... wszyscy chcieli mi wbić do głowy , że to nie możliwe że mógł sie tego wszystkiego dorobić uczciwą pracą w tak krótkim czasie...
W sierpniu i wrześniu spotkalismy się w naszym rodzinnym miescie raz jeszcze (obydwoje pochodzimy z tego samego miasta), W Październiku coraz mocniej między nami iskrzyło i listopadzie 2014 zostaliśmy parą... jednak póki co na odległość... on był za granicą , przyjezdzał od czasu do czasu i na okazje do Polski, a ja podjełam studia mgr i dorabiałam nieco w zawodzie... obydwoje czekaliśmy na połowę grudnia kiedy to miał przylecieć na święta i Nowy Rok, na 3 tygodnie... bardzo się denerwowałam tego dnia, wiedziałam że z tym człowiekiem chcę poważnie ułożyć sobie życie.. ciekawa byłam jak nam będzie się układało... czekałam na niego na dworcu... gdy pociąg nadjechał serce biło mi jak oszalałe... nigdy nie zapomnę powitania, tych dni... mieszkaliśmy trochę u niego , w mieszkaniu rodziców do czasu ich przyjazdu (oni też mieszkają za granicą) a później u mnie, w rodzinnym domu. Mój ukochany pierwszego dnia oznajmił mi że nie może żyć ze mną na odległość , nie da rady i chcę zostać rozkręcić coś w Polsce...wtedy ucieszyłam się niesamowicie. Czas mijał, wspólne święta, sylwester... byłam szczęśliwa. Chociaż przyznam, żyliśmy wspólnie ,całe dnie razem, ale nie było jakiegoś romantyzmu, kolacji przy świecach, niespodzianek... raczej takie zwyczajne życie. Dzień przed planowanym wcześniej powrotem za granice mój ukochany stał się dziwny... wtedy po raz pierwszy pokłóciliśmy się.... powiedział ze nie zostanie tutaj w Polsce, że jest to niemożliwe... że musi wracać(było to około 10 stycznia 2015)... leżeliśmy w łóżku.. aż wkońcu mój ukochany spytał się czy nie pojechałabym do niego... pracować i żyć z nim wspólnie... ja zakochana dziewczyna zgodziłam się bez wahania... wiem że serce nie pozwoliłoby mi wtedy inaczej... spakował się , pojechałam z nim do Warszawy pożegnać go na lotnisku... nigdy nie zapomne jak puszczaliśmy swoje dłonie... mieliśmy nie widzieć się miesiąc czasu... za miesiąc miał po mnie przyleciec i zabrac mnie do siebie...
wszyscy w domu u mnie , cała rodzina była zaskoczona, ale poparła mnie. Mój ukochany dał się poznać jako odpowiedzialny mężczyzna, kochający i szanujący kobietę...
Miałam miesiąc. Musiałam zakończyć wiele spraw w Polsce- studia, praca, pożegnania z rodziną i przyjaciółmi. Porobiłam trochę zakupów, głównie kosmetyki, ubrania, wymieniłam trochę euro- byłam ambitna , nie chciałam jechać z pustą kieszenia, aby chłopak nie myślał że mam być jego utrzymanką... na koncie w złotówkach zostało mi nieco ponad 10 tys złotych ( podczas studiów odkładałam stypendium rektora jak i dorabiałam), było to nie mało jak na studentkę jak stwierdził to mój ukochany który usilnie na początku naszego związku tak bardzo chciał się dowiedzieć ile mam pieniędzy...
Polecieliśmy. Na miejscu okazało się wszystko inaczej niż miało wyglądać... już na lotnisku mój ukochany powiedział ze najlepiej abysmy mieli wspólne pieniądze, wkoncu jestesmy dla siebie wazni, bedziemy wspólnie życ ... zgodziłam się...
Na miejscu wiele rzeczy odbiegało od tego co mówił mi wcześniej... okazało się że pilotem nie był a pracował w szklarni... kłamał mnie również w wielu kwestiach, co pomału wychodziło na jaw... pytałam się dlaczego to robił.. powiedział że musiał to wymyślać i brnąć w te kłamstwa bo nigdy bym na niego, takiego szarego chłopaka nie spojrzała... okazało się że nie ma on nawet skończonej zawodówki...
Krótko po moim przyjeździe, około tygodnia stracił pracę,.... z powodu nieobecności... nie chciało wstawać mu się o 5, 6..... ja zaraz parę dni po tym znalazłam pracę, również w szklarni... dosc dobrze płatną... także z naszej dwójki ja pracowałam tylko ponad 2 miesiące... on siedział w domu...grał na komputerze, robił zakupy...zaczeły się coraz większe kłótnie...denerwowało mnie że to ja musiałam go utrzymywać, co chciał to kupował sobie za te pieniądze przeze mnie zarobione.. wkoncu były wspólne....ja zaś oszczędzałam bardzo mocno na sobie... nieraz do pracy szłam w dziurawych butach.. ledwo nam starczało... ukochany zaczął pożyczać pieniądze od ojca... byly to "nasze" dlugi...prace dostal po około 2 miesiach... w sumie chodzil tam tylko 2 razy w tygodniu....pracował o wiele mniej ode mnie i byl wiecznie zmeczony... ja pracowalam 5 dni w tygodniu, po pracy robilam obiad, zmywalam, sprzatalam, pralam... i jeszcze nie bylo dobrze, bylo coraz gorzej... 3 tygodnie po przyjezdzie po raz pierwszy podniosl na mnie reke... podczas klotni popchnal mnie i zrzucil z roweru.. pozniej do rekoczynow dochodzilo coraz czesciej i byly one coraz gorsze....ukrywalam to w sobie, dusilam. nikt o niczym nie wiedzial. w Polsce rodzina myslala ze jest wszystko idealnie...nie mialam zadnych kolezanek, nawet z pracy, caly czas po pracy musialam speedzac z nim... mialam przy sobie moja polska karte do ktorej znal PIN.. bez mojej wiedzy wyplacal sobie pieniadze jak bylam w pracy... dowiedzialam sie przypadkiem... byly to dosc spore kwoty... w czerwcu obydwoje stracilismy prace... niedlugo mielismy juz wczesniej zaplanowany lot do Polski...musielismy cos zaradzic na szybko bo nie mielismy pieniedzy na biezace oplaty, wydatki i jeszcze Polske... zaczelismy sie zadluzac... bralismy telefony i je sprzedawalismy... drogie telefony... mielismy troche gotowki....polecielismy na tydzien do Polski.. byla to pierwsza wizyta po moim powrocie... tydzien czasu....
Mama byla zalamana jak mnie zobaczyla...po rozmowie ze mna i obserwacji stwierdzila ze zmienilam sie na gorsze... juz nie bylam ta sama usmiechnieta jak kiedys dziewczyna... oczywiscie prawdy nie znala.... obiecalam jemu ze to bedzie miedzy nami....moj ukochany przez tydzien czasu zdazyl zaliczyc pierwsza klotnie w moim rodzinnym domu... poszlo o moja siostre, mocno ja krytykowal i wyzywal wrecz na co moja mam niepozwolila... stal sie chamski i ordynarny... przez ten pobyt mieszkalismy wlasnie u mojej rodziny.. przez ten tydzien pozadluzalismy sie takze w Polsce... abysmy mieli an powrot pieniadze i zycie... nie mielismy miesiac juz pracy , nie moglismy znalezc.... pobralismy chwilowek i telefon i wrocilismy.... chwile po tym postanowilismy zmienic region za lepszym zyciem i praca... udalo sie... mieszkalismy w hoteliku pracowniczym 2 tygodnie a pozniej wynajelismy pokoik u Polakow... za pare chwil dowidzialam sie ze jestem w ciazy... byl to juz 3 miesiac...ucieszylismy sie bardzo choc sie balismy jak sobie damy rade... przyszedl pazdziernik i oboje zwolnili nas z pracy..ja zreszta zaczynalam miec coraz wieksze dolegliwosci... zawroty glowy, puchniecie nog(mialam prace stojaca, z nocnymi zmianami, podnoszenie skrzynek)...mialam nie pracowac.... ale moj chlopak tez nie szukal pracy... zwlekal, kombinowal, oszukiwal w internecie, wysprzedawal wszystko...aby tylko starczylo nam na oplaty i jedzenie...zaczal stawac sie coraz bardziej agresywny... nie raz mnie uderzyl juz w ciazy... nie raz poleciala mi krew z nosa... ptrafil przy wpollokatorach mnie wyzwac i dac w twarz....plakalam, cierpialam, ale kochalam go , nie odeszlam... liczylam na poprawe...moj chlopak dziwnie przezywal moja ciaze... raz byl agresywny, raz mily ale to nalezalo do rzadkosci... nigdy nie zlapal mnie za brzuszek, nie cieszyl sie pozniej juz... nie myslal za co bedziemy zyc , za co kompletowac wyprawke....
szybko popadlismy w coraz to powazniejsze klopoty finansowe....poprosilam o pomoc mame aby wyslala nam 2 razy 600 euro... mielismy jej oddac jak najszybciej..
porod uzgodnilismy ze bedzie w Polsce... rozmawialismy z moja rodzina i mielismy przyleciec w lutym 2016 (termin byl na kwiecen). wczesniej jeszcze odwiedzilismy rodzine na boze narodzenie... wtedy to tez mama pozyczyla nam njeszcze 1500 zl... przylecielismy z niczym nie mielismy nawet na prezenty...
Nadeszla noc przed wylotem do Polski... duzo rozmawialismy lezac w lozku.. moj chlopak spytal sie czy tu jeszcze wrocimy razem, razem juz w trojke... powiedzialam ze tak ze kocham go i chce byc z nim do konca... chociaz w glowie mialam rozne myslii..zaczynalam sie go bac... skoro bil mnie nie raz w ciazy, nie chcial pracowac to jak on moglby utrzymac rodzine? Łudziłam się że się zmieni....
Przylecieliśmy do Polski. Mieliśmy trochę pieniążków, niedużo. Ukochany postanowił za parę dni mi się na szybko oświadczyć... kupił ładny, skromny niedrogi pierścionek. Nici z niespodzianki bo o wszystkim wiedziałam i sama go wybierałam. Oczywiscie po samym fakcie zaręczyn doszło do kłótni... miedzy moja rodzina a nim... powiedzial ze nie chce aby swiadowa byla moja siostra... (nie lubili sie bardzo)...rozpetala sie awantura, a on wyszedl do brata , na przejazdzke po miescie.... tak wygladal wieczor po zareczynach..
dni mijaly , ja bylam w coraz to zaawansowanej ciazy, 8.miesiac...a moj ukochany lezal , gral, a ja z duzym brzuszkiem uslugiwalam mu... spal do 12 a ja robilam mu sniadanka do lozka... pranie, prasowanie... a on nic jako nademna kobieta w ciazy...klocilismy sie coraz mocniej... tej ciazy nie wspominam dobrze... ciagly stres, awantury, rekoczyny... nawet nie wahal sie tego robic w domu za zamknietymi drzwiami... a ja to ukrywalam... bo kochalam go,,, liczylam na poprawe a tez nie chcialam aby rodzina wiedziala bo by wyrzucila go ode mnie... pieniedzy zaczynalo juz brakowac... moja mama bardzo nam pomogla... kupila wozek, wyprawke, dostala od kolezanki ciuszki i lozeczko dla malucha... nie wiem co by bylo gdyby nie ona...nadszedl porod... ciezki porod... maluch by nie przezyl... udalo sie wszystko jednak wyszedl sliczny chlopczyk. Moj narzeczony byl rozkochany w nim i bardzo mi pomagal... w szpitalu, przy malym. Poczulam ze to go zmieni juz na dobre. Mylilam sie....juz po tygodniu od wypisania podniosl na mnie reke w domu... przy malym tez chodzil coraz mniej az wkoncu ograniczylo to sie do wstania raz w nocy do kuchni po mleczko i wreczenie butelki mnie abym go karmila...
Miesiac po narodzinach wzielismy slub cywilny...chcialam aby nasz zwiazek mial rece i nogi chociaz sie wahalam... jak to bedzie... o to tez sie poklocilismy....
Moj maz po slubie oszalał jeszcze bardziej... na gorsze... zaczął być chamski do domowników... zupełnie już nic nie robił... nawet ciuchy do prania musiałam wybierac z jego szafki gdzie były czyste ubrania z brudnymi...nie chciał isc do pracy... kazda moją prośbą o napisanie CV kończyła się awanturą i wyzwiskami... cały czas żyliśmy na garnuszku u mamy plus mielismy u niej długi..
wyzywał mnie od najgorszych przy rodzinie...wkoncu , 3 tygodnie temu moja mama nie wytrzymała i wyrzuciła o z domu...widziała jak cierpie , mówiłam jej o tym w tajemnicy że już nie daje rady... od rana miałam chodzić nad nim, nad małym , sobą i jeszcze mu nie pasowało, dziwił się że mogę być zmęczona...
po tygodniu odezwał się po namowie rodziców którzy przyjechali na wakacje do Polski... spotkaliśmy się , obiecywał poprawe... był taki jak nigdy dotąd, płakał , powiedział ze kocha nas, że żałuje wielu rzeczy że tak nie będzie, napisał CV , powysyłał, poroznosił w wiele miejsc... ze chce abysmy byli wkoncu rodzina...
nie wiedzialam co robic..... kazdy mi go odradzal.... a mi rozum tez tak karze ale serce mówi bądź z nim...wahałam się...widywalismy sie niemal codziennie z małym... czasem bylo lepiej czasem gorzej ale bez awantur... 4 dni temu dostalam telefon ze szpitala... moj maz znalazl sie na oddziale z powodu proby samobojczej.... zazyl znaczną ilość tabletek popijając alkoholem...pojechalam od razu.. powiedzial ze wie ze nie podoła, że nie ma pracy, nikt sie nie odezwał a czas ucieka.... że nie może nam teraz zapewnić bytu, a nas kocha... chce byc przy nas... wolał umrzeć niż życ bez nas.... był słaby, ale przytulał się do mnie , płakał, mówił ze kocha....
Dziś byłam u niego w szpitalu z małym. Rozmawialiśmy... rozmawiał z rodzicami i chcą go zabrać ze sobą aż do świąt. Ma to pomóc podjąc decyzje--albo będziemy ze sobą albo nie. On nie chcę jechac ale widzi to jako jedyne wyjscie- tu nie ma gdzie mieszkac(rodzice nie chca dac mu mieszania, boją się ze je zadluzy), nie ma pracy, z czego utrzymac rodziny. Ja zostane w rodzinnym domu z dzieckiem.
Sama nie wiem co robić.... decydować się na takie przeczekanie, składać o separację, rozwód??
Kocham go , ale pamiętam ile krzywdy mi zrobił... boje się też o dziecko ... nie mogę sobie wyobrazić życia bez niego... ale też bez niego czuję uglę i spokój którego tak bardzo potrzebuje... czy to ma jeszcze sens? czy on naprawde moze sie zmienic? Nie będzie agresywny?
Dużo osób mnie przed nim ostrzegało, nawet własna jego matka... bylo jej zal mnie, jak widziala co się dzieje... powiedziała że nie jestem pierwszą jego dziewczyną z którą tak postępuje.. ze jestem kolejną. tamte uciekały od niego...
Moja rodzina tez nie chcę o nim slyszeć.
W Polsce mam dobry zawod, perspektywy rozwoju i pomoc rodziny.
Nie raz było mi smutno ....przy nim nie czułam się nigdy jak jego kobieta, narzeczona a tymbardziej żona... nie adorował mnie, nie doceniał.. więcej pretensji niż dobrego.... seks też był taki schematyczny....
Nie docenił że urodziłam synka... nigdy nie powiedział że się cieszy że maluch jest na świecie... że jestem dobrą żoną czy matka... nic...
Mam składać o alimenty? Wiem że on dobrowolnie nie będzie na małego nic płacił....
Drogie Panie wiem że się rozpisałam , ale jestem w ogromnej rozterce... proszę o pomoc...
Pozdrawiam