Witajcie...
Jak w temacie...Mój chłopak mieszka z matką sam, ja na pokoju. Ja trochę pracuje, studiuję zaocznie. A mój Z. to po prostu już mnie wkurza. Ja chyba jestem zbyt odpowiedzialnym i nudnym człowiekiem z natury. Imprezuje ciągle, to na piwo z chłopakami, to mecz, to idzie do Przyjaciela, to mają wigilę studencką, to idzie do akademika, tu ognisko, tu coś....Ostatnio stwierdził, że czepiam się tak bo cytuję "nie mam przyjaciół". Nie no to całkiem miłe z jego strony, prawda? Ale ja nie mam wiele czasu na takie imprezowanie, bo nie mam wszystkiego podetkniętego pod nos, to obiadek, to czyste spodnie, to kanapki. A jak mam chwilę wolnego to wolę usiąść i odpocząć w jego ramionach banalnie oglądając telewizję. Ale to nie jest tak, że ja nie imprezuję, też wychodzę i nie tak rzadko. Raz na dwa tygodnie może... Sama nie wiem czy boli mnie to, że nie zabiera mnie ze sobą czy sam fakt że będę siedziała sama?
Ja staram się zrozumieć, okej to jego przyjaciele. Przyjaciół trzeba mieć,aby porozmawiać czy się spotkać...ale nie mam sił...
Jak znosicie mężczyzn - imprezowiczów?