Dla mnie mijający rok był jednym z najgorszych w życiu...
Pod względem beznadziejności ,,przebija" go tylko rok 2003, gdy w odstępie kilku miesięcy straciłam ukochaną ciocię, babcię i siostrę.
Ostatniego Sylwestra spędziłam w domu, z rodzicami. Upiłam się w samotności, zaczekałam do północy i poszłam spać.
Nie witałam już Nowego Roku na miejskim rynku ze swoim ukochanym. Mój 6-letni związek był na krawędzi rozpadu. Ostatecznie rozpadł się na wiosnę. W czerwcu dowiedziałam się, że były ma już nową dziewczynę i świetnie mu się wiedzie.
Mnie za to wiodło się fatalnie. Depresja, myśli samobójcze, docinki rodziny i otoczenia, że jak głupia stałam murem za swoim byłym tyle czasu a nie doczekałam się nawet zaręczyn.
Pod koniec wakacji niespodziewanie dostałam pracę w swoim zawodzie, bardzo dobrze płatną. Poznałam też-jak sądziłam- fantastycznego faceta. Inteligentny, szarmancki, fizycznie- mój ideał, do tego zapatrzony we mnie i wychwalający mnie pod niebiosa. Zupełne przeciwieństwo byłego...
Na dwa miesiące odżyłam. Znów zaczęłam się uśmiechać, dbać o siebie i z optymizmem patrzeć w przyszłość. Czułam się piękna, szczęśliwa i zakochana.
Po dwóch miesiącach ,,ukochany" niespodziewanie oświadczył, że mimo, iż emocjonalnie czuje się związany ze mną, ma inną. Coś go zauroczyło i zafascynowało w tamtej.
Kończę rok grubsza o 6 kilo i zupełnie zdruzgotana psychicznie. Coraz więcej piję, coraz więcej palę, coraz mniej śpię. Sylwestra ponownie spędzę w domu, z rodzicami, którym ,,wstyd" za córkę: 26-letnią, ,,starą pannę".