Cześć,
Jestem tym złym.
21 lat małżeństwa, szkolna miłość. Bez skoków w bok. Żadnych. Jeśli nie liczyć absolutnie platonicznej miłości parę lat temu. W domu stabilnie, bez wzlotów i większych upadków. Zaufanie, przyjaźń. Wielkiej miłości nigdy nie było - powiedzieliśmy sobie to dawno temu. Materialnie bardzo bardzo OK.
We wrześniu poznałem kobietę - ona na wczasach, ja w podróży służbowej. W tym samym wieku co ja. Ona po ostrych przejściach, zdrowotnych i rodzinnych. Rozwódka.
Spędziliśmy wspólnie kilkadziesiąt godzin, potem maile, telefony, kilka karkołomnych spotkań. Staram się do tematu podchodzić racjonalnie - od samego początku ona wiedziała, że mam żonę i dziecko. I że nie wejdę w żadne grube tematy. Ona mieszka bardzo, bardzo daleko ode mnie więc zakłądałem, ze temat sam przyschnie.
Nie przysechł. Z czasem stało się dla mnie jasne, że to może być kobieta której szukałem całe życie. I z którą - sam nie wierzę że to piszę - chciałbym spędzić resztę życia. Choć na razie ta relacja, w związku z tym, że ja się bronię przed myślą, że mógłbym zostawić rodiznę jest dla mnie miażdząca.
Poukładane, choć nudne życie domowe przestaje powoli istnieć. Być może ona przyspieszyła tylko rozpad, który był nieunikniony. Na pewno jestem skurwsnem, choć delikatnie podejrzewam, że ona na moim miejscu - spotkawszy kogoś absolutnie wyjątkowego - być może zrobiła by to samo. Jak mówię, nigdy nie było między nami wielkiego uczucia, raczej małżeństwo z rozsądku, wierności i pryzjaźni. Przez wiele wiele lat byłem z nią bardzo uczciwy. Ona ze mną też.
I cholernie chciałbym się w swojej Żonie na nowo zakochać a o tamtej zapomnieć. Próbowałem. Dałbym prawie wszystko, żeby tak było. Na razie nic z tego. To nie takie proste. Choć ona też się stara momentami.
Czy można rozstać się w zgodzie - mam na myśli rozstanie z żoną. Żona od pewnego czasu przebąkuje, że moje towarzystwo ją męczy, że nie chce tego ciągnąć. Ja jej powiedziałem, że nic do niej nie czuję, ona w zasadzie powiedziała mi to samo. Chciałbym żebyśmy zostali przyjaciółmi. Wiem, że oszukiwałem, wiem to wszystko, nie ma usprawiedliwienia. Ale tak się po prostu stało.
Pytanie brzmi - czy taka Big Love przejdzie? Ktoś miał doświadczenia, że związek z kochankiem/ą może minąć po roku, dwóch. I moje fajne życie, które miałem wróci do normy?