Witam
w zasadzie ten post jest próbą wyrzucenia z siebie moich demonów i zdystansowaniem się do swoich emocji.
Mam 30 lat i czuję, że już nigdy nic dobrego mnie nie spotka. Odkąd pamiętam czuję raz silniejszą raz mniejszą pustkę. Mam skłonności autodestrukcyjne i niskie poczucie własnej wartości. Nigdy nie byłam w szczęśliwym związku, moje relacje, bo związkami tego nie nazwę to pasmo pomyłek, które dawały mi emocjonalną pustkę, chłód i odrzucenie. Mam też za sobą przygody na jedną noc. Wiem, że wina leży po mojej stronie i usilnie szukam tego co już znam z mojego dzieciństwa - emocjonalnie niedostępny i stale porównujący mnie o innych ojciec i stosująca fizyczną i psychiczną przemoc matka. Czuję się totalnie bezwartościowa i głupia i jednocześnie mam pretensje do siebie, że taka stara baba zasłania się dzieciństwem i nie umie się ogarnąć.
Kiedy było naprawdę źle trafiłam do psychiatry i jakiś czas brałam leki. Prawie 3 lata uczęszczałam też na terapię w nurcie psychodynamicznym, ale przerwałam ją, bo nie umiałam mówić swojej terapeutce o wszystkim i przez ten czas sabotowałam cały proces. Terapeutkę odbierałam jako wyniosłą, bardzo inteligentną, elegancką i bardzo ładną kobietę, przy której czułam się gorsza, brzydsza i głupsza. Zdaję sobie sprawę, że to moja silna projekcja, której nie potrafiłam omówić z terapeutką, która w rzeczywistości była bardzo dobrą specjalistką w swojej dziedzinie. Miałam kiedyś silną wiarę w to, że mogę dużo zmienić w swoim życiu, czytałam masę książek o rozwoju, byłam aktywna, uczestniczyłam w wolontariatach i wierzyłam, że pozytywnym myśleniem mogę wiele zdziałać.
Teraz chyba się poddałam, bo nie wierzę, że mogę być szczęśliwa, codziennie trapią mnie myśli samobójcze, zasypiam z myślą, że lepiej by było gdybym się nie obudziła, a kiedy słyszę, że ktoś choruje na jakąś ciężką chorobę to myślę, że to powinno przydarzyć się mnie a nie tej osobie, ciągle katuję się czarnymi myślami i kiedy inni wokół mnie zakładają rodziny, poznają swoje drugie połówki czy żyją pełnią życia ja tylko wegetuję. Nie mogę patrzeć na siebie i nie widzę w sobie nic dobrego - miałka osobowość, brzydka powierzchowność i niezbyt lotny intelekt.
Jestem uznawana za pomocną, przyjazną i dość optymistyczną osobę i nie chcąc burzyć tego obrazu zdecydowałam, że nie będę rozmawiać o tym co naprawdę czuję. Kreuję płytkie relacje z premedytacją, jednocześnie mając świadomość, że nikt nie zechce wchodzić z takim kimś w głębsze relacje z kimś takim.
Może paradoksalnie to narcyzm, tak skupiać się na sobie.. Czuję, że nie potrafię wydobyć się ze swojego stanu i napisanie tego tematu to próba zrzucenia z siebie choć części smutku i poczucia beznadziei, które towarzyszy mi od dawna.
Dziękuję tym, którym udało się dobrnąć do końca.
Serdecznie pozdrawiam