Witajcie,
mam na imię Tomek. Wiem, że to forum dla kobiet ale ciężko mi się poradzić z moją sytuacją życiową.
Mam 26 lat, ona 20. Dziewczyna z sąsiedztwa. Nigdy mnie nie lubiła ("on i ta jego lutownica").
Ja od zawsze byłem nieśmiały, a że przyszła do mnie z jakimś tam problemem (pierwszy raz w życiu) to postanowiłem odezwać się później na FB.
Niestety początki nie były łatwe, często mnie gnoiła (niebezpośrednio) za to, że jestem jakimś tam odludkiem (głównie słuchając plotek na mój temat).
Ja w przypływie agresji również odwdzięczałem się jej w podobny sposób - ten sam znak zodiaku wink Złość szybko nam obojgu jednak mijała i nawet zaczęliśmy się spotykać.
Nie od razu na randki a wyjście do sklepu, krótki rower (zawsze ją musiałem gonić bo moim zdaniem wstydziła się również i wyjeżdżała wcześniej...). Była wtedy w 6-letnim związku, ale coś zaczęło się im sypać.
Gdy złamałem nogę zaczęła mnie częściej odwiedzać bo ponoć żal jej się zrobiło, że mnie nikt nie odwiedza.
Wiadomo - leżenie obok siebie, oglądanie filmów. Aż pewnego dnia w końcu zostałem u niej do późna i zaczęły się te motylki w brzuchu.
W końcu zaczęliśmy być parą, niby zrezygnowała ze swojej życiowej miłości dla mnie. Nie było jak w filmie, ale zawsze było czuć to coś w sercu, dzięki czemu czuliśmy się bosko obok siebie.
Niestety stałem się trochę zazdrosny, ufałem jej ale ona lubiła jeździć na dyskoteki. Raz czy dwa pojechałem z nią to ciągle się obok niej ktoś kręcił, a ja się wtedy głupio czułem. Nawet na przywitanie ktoś tam jej dał buzi a mi serce stanęło w gardle, bo sami się tak nigdy nie witaliśmy... Mimo wszystko ufałem i pozwalałem jej tam jeździć. I było dobrze. Ona też mi ufała, ale z czasem gorzej...
Jako że jestem osobą wstydliwą (na 99% fobia społeczna + skrajne huśtawki nastroju w ciągu jednego dnia) nie byłem dla niej Facetem. Pomimo tego, że bardzo mi się podobała nie zabierałem jej na rodzinne imprezy ponieważ chciałem uniknąć bardzo kłopotliwej (oczywiście bez powodu, taka moja psychika) dla mnie sytuacji. Nigdy nie lubiłem gdy rozmawiała z moją rodziną, naprawdę nie wiem dlaczego. Z czasem oczywiście się otworzyłem ale w głębi serca i tak czułem się źle. Ona chyba też, przeszkadzało jej to dość mocno tak samo jak to, że nie chodziłem do kościoła czy nie chciałem nauczyć się tańczyć (chciałem ale wstydziłem się swojego wyglądu przy ludziach, przy niej nie). Seks był super ale też się zaczęło psuć, ona miała coraz mniejszą ochotę.
Zawsze mówiła, że mnie nie kocha (dopiero przy rozstaniu powiedziała mi, że to była taka gra z jej strony) i że nie jestem chłopakiem dla niej na zawsze. Mimo to przeżyliśmy kolejny rok w związku.
Przy rozstaniu powiedziała, że mnie kocha i ja jej to samo. U nas w domu nigdy się tego nie mówiła, więc ciężko było to z nas wydusić.
Aż do czasu kiedy coś na poważnie zaczęło się psuć, nawet mnie od serca nie chciała przytulić ale widywaliśmy się... Ja tego widocznie nie zauważałem, nie dawałem jej poczucia bycia moją kobietą więc to był jej powód rozstania po 2 latach. Na dodatek poznała kogoś nowego, rok starszego ode mnie, po studiach, z lepszą chyba pracą. Gdy pierwszy raz się zobaczyli przypadkiem w życiu to nawet dostał od niej buziaka, bo tak chciał (flirt level 100). Nigdy wcześniej się nie znali. Oczywiście zabolało mnie to, nie powiedziała mi o tym od razu. Na dodatek ciągle z nim pisała przez te 2 tygodnie a ja nie wiedziałem co robić. Piłem alkohol dla poprawy humoru i miałem trochę wyjebane przez ten czas, patrzyłem tylko jak się ta sytuacja rozwinie. Byłem zajęty sobą, czy to był mój błąd? Może chciała mi coś przez to powiedzieć?
Jak dla mnie w przypływie stagnacji w związku stwierdziła, że może mieć kogoś lepszego ode mnie. Kogoś, kto chodzi do kościoła i takie tam. Prawdopobnie zauroczyła się, ale mi o tym nie powiedziała.
Oczywiście pokłóciliśmy się przez to, chciała odpoczynku na jakiś czas (czułem że to gówno prawda, nie umiała zerwać szybko) ale pisała do mnie codziennie. wink Była zazdrosna jak wychodziłęm gdzieś z kolegą i nawet mi nie chciała uwierzyć, że to był kolega. Niestety spotkała się po paru dniach ze mną i oznajmiła, że to koniec.
Było wzruszenie, całusy, przytulanie, płacz, ale w końcu było to w samochodzie w publicznym miejscu i odwiozłem ją do domu.
Co znowu zrobiłem źle? Pisałem z nią prawie codziennie, wysłałem kwiaty za namową dobrego przyjaciela (bo zawsze lubiła, ale nie chciałem ją przekupić w żaden sposób). W końcu nie wytrzymałem i ją odwiedziłem. Porozmawialiśmy o tym co jej we mnie przeszkadzało i mi w niej. Przytulałem ją, głaskałem ale ona zbytnio nie chciała (ale nie uciekała ode mnie). Widziałem, że tego chce ale wmawiała mi, że źle się z tym czuje.
Chciałem się zmienić dla samego siebie, dla niej, dla nas - i to nie przez to rozstanie tylko chciałem już wcześniej ale nie miałem odwagi. Powiedziała, że od roku już czułą, że traktuję ją jako koleżankę do łóżka, co mnie bardzo zabolała. Fakt - praktycznie zawsze jak się do siebie zbliżaliśmy to ciągle była ochota...
Gdy się nie widywaliśmy to ciągle czułem przygnębienie, nic mi się nie chciało, oglądałem tylko pusty pulpit lub sufit. Nie nazwę tego przyzwyczajeniem do Niej, po prostu obudziła się we mnie depresja i tak było przez ostatnie 6 miesięcy. Oczywiście były super wakacje, spotkania, spontany, spacery na mieście ale jakoś czułem się sam ze sobą źle i ona to wyczuła. Rzuciła mnie. Być może faktycznie tylko zerwała przez mój powód ale z drugiej strony faktycznie wyczułą szansę w kimś lepszym...
Nie wiem już co o tym myśleć. Przy jakiejś tam kłótni na FB żeby poczuć ulgę napisałem jej, że mam depresję (co pewnie jest prawdą ale nigdy u lekarza nie byłem). Czułem się dobrze przez jeden wieczór, ale znów pojawiły się u mnie ataki paniki. Postanawiałęm kilka razy zastosować chłodnik, ale nie udawało mi się to. Tak - na żywo nie umieliśmy rozmawiać, dopiero późnym wieczorem rozklejaliśmy się (a ja byłem często pod wpływem piątkowego piwa i mało co z tego pamiętam).
Od dzisiaj nie będę do niej pisać, minął tydzień a ja się mam ciągle źle. Wróciły dawne fobie, samotność, brak przyjaciół, zerowy kontakt z domownikami, poczucie wstydu, mierności, bierności, stagnacji i mizantropi.
Myślałem wcześniej, żeby się nie odzywać... ale skoro mój był błąd w tym związku to chciałem to naprawić. Ona teraz rozmawia ze mną jak z kolegą, ma mnie dość pewnie przez użalanie się. Stwierdziła, że nie może ze mną być bo nigdy się jej nie zwierzałem.
Proszę o jakiekolwiek mądre rady... Za tydzień mam dopiero wizytę u psychoterapeuty/psychologa. Chciałbym istnieć i czuć się jak człowiek.
Jak zacząłem chodzić do kina, na kawe ze znajomymi to oczywiście napisała do mnie gdzie się włóczę itp. Gdy napisałem zgodnie z prawdą to oczywiście mi nie wierzyła: "Widzę, że szybko znalazłeś szczęście smile Oby Ci to wyszło na dobre". Brak mi słów...
Pomimo tych głupstw, błędów i dziecinnych zagrywek wiem, że nigdy juz nikogo takiego nie spotkam (przez moją nieśmiałość) więc tym bardziej boli i stąd te ataki paniki. Nie boli mnie, że w każdej chwili gdy jej nie ma może się przytulać z kimś innym. Nie mam 15 lat.