Byłam z facetem ponad 2 lata. Pojawiły się problemy, rozstaliśmy się. Potem wróciliśmy do siebie bardzo szybko i chwilę było ok a potem znowu wyszły nierozwiązane rzeczy. Rozstaliśmy się znowu, zakładając że zrobimy sobie przerwę, żeby wszystko przemyśleć, żeby emocje opadły i wtedy zacząć na chłodno uzdrawiać związek. Czas ten dobiegał końca, byliśmy cały czas w jakimś tam kontakcie, ale nie spotykaliśmy się. Okazało się, że on już kilka dni później, zaczął podbijać do swojej koleżanki. Jak wyszło to na jaw, zaprzeczył, bardzo się pokłóciliśmy, padło wiele słów przykrych. Stanęło na tym, że nie ma czego ratować już. Po kilku dniach, zaczął się do mnie odzywać, albo pod dziwnymi pretekstami, albo żeby wybadać co robię. Nie wiem jak do tego podejść. Od niego wyszła informacja że to definitywny koniec, ja błagałam, przekonywałam - jak grochem o mur. Wydaje mi się, że ta nowa, to nie wiem, klin..? A on nie mógł się zdecydować, bał się konfrontacji z problemami? Nie wiem co teraz zrobić, kocham go nad życie, a ja zdycham w rozpaczy. Próbuję się do niego nie odzywać, ale jak się odezwę, nie olewa, odpisuje po minucie. Czy jest jeszcze szansa? Czy jeśli dostanie od tej nowej kosza, to oprzytomnieje? Wiem, że do niczego między nimi nie doszło, ona właściwie go nie chce, a on biega za nią.
Skoro biega za nią, to czy ona na pewno ma być klinem..( klin to raczej jakbyś Ty rzuciła jego i sobie poszła do innego...no to wtedy on szuka zapchajdziury, żebyś widziała jaki jest cool i co straciłaś ). No i pytanie czy się opamięta? Czy raczej jak tamta dla mu kosza to wtedy szybko przybiegnnie do Ciebie? Jakbyście się rozstali obojeo na amen i ze nic do siebie nie czujecie i wszstko ok to wtedy kontakt raczej jest dość ok i nic nie powoduje. Ale jeśli jedna strona kocha a on to widzi to śmiało sobie furtkę zostawia ( wszak skoro dopiero za tamtą lata to mu się wydaje , ze lepsza...a czasami rozum podpowiada, ze to może nie być tak jakby się chciało a wtedy zostaje ta znana i dalej zakochana ). No i jeszcze jedna sprawa - jesteście 2 lata i już się rozstawaliście, po powrocie stare problemy wróciły a więc nic się nie zmieniło i nie zostało przepracowane - ale szansę sobie daliście i słusznie. Hmm to co będzie jeśli nie jesteście serio dopasowani a prawdziwe problemy dopiero przed wami, śluby, ciąże, kredyty, choroby dzieci....też się będziecie rozstawać co jakiś czas i wracać ? To już tak chłodnym osądem, bo jeszcze nie dawno miałam podobne myślenie do Twojego - kocham a więc zniosę wszystko. O ile jeszcze w starszym wieku to może mieć jakieś uzasadnione przesłanki - kobieta starsza i sie boi samotności, nigdy nie pracowała, a może i chora to idzie usprawiedliwić, ale teraz po zmianie perspektywy powiem tak - nie pakuj się w coś co z boku patrząc na nic dobrego nie rokuje. Spróbuj chociaż z kim innym, jesteś młoda i naprawdę nie ma sensu się samemu wpędzać w kłopoty. Powinnaś się cieszyć życiem. I wierz mi nie gadam bo poczytałam trochę i zmieniłam zdanie...zmieniłam bo też się wpakowałam w takie kłopoty jako młoda i teraz nigdy bym tak nie zrobiła....no ale przecież mądry polak po szkodzie! A ja jak widać patriorta jestem ![]()
Wiesz było sporo emocji podczas Waszego rozstania. Facet powiedział chyba odrobinę za dużo i dopiero teraz zaczyna do niego to docierać co narobił a pewnie w prost się nie przyzna ( bo EGO itd. ) . Na twoim miejscu starał bym się przetrzymać go w niepewności ( wiem że ciężko bo kochasz ) i ignorować te jego podchody bo możesz się okazać tylko poczekalnią. Jeśli coś do Ciebie czuje i będzie chciał naprawić to niech się postara nie ułatwiaj mu teraz zadania.
Niby do trzech razy sztuka...ale wydaje się, że chyba nie jesteście sobie przeznaczeni. Możesz spróbować jeszcze raz, ale obyś nie stała się dla niego j.w. poczekalnią.
Nie wykonuj tymczasem żadnych ruchów, niech on się postara i nie bój się, że gdy będziesz obojętna, on już nie wróci.
Wróci, albo nie, tylko czy warto czekać. Kochasz go, a czy on Ciebie też?
Spróbuj tymczasem zająć się czymś fajnym, odreagować trochę.
Byłam z facetem ponad 2 lata. Pojawiły się problemy, rozstaliśmy się. Potem wróciliśmy do siebie bardzo szybko i chwilę było ok a potem znowu wyszły nierozwiązane rzeczy. Rozstaliśmy się znowu, zakładając że zrobimy sobie przerwę, żeby wszystko przemyśleć, żeby emocje opadły i wtedy zacząć na chłodno uzdrawiać związek. Czas ten dobiegał końca, byliśmy cały czas w jakimś tam kontakcie, ale nie spotykaliśmy się. Okazało się, że on już kilka dni później, zaczął podbijać do swojej koleżanki. Jak wyszło to na jaw, zaprzeczył, bardzo się pokłóciliśmy, padło wiele słów przykrych. Stanęło na tym, że nie ma czego ratować już. Po kilku dniach, zaczął się do mnie odzywać, albo pod dziwnymi pretekstami, albo żeby wybadać co robię. Nie wiem jak do tego podejść. Od niego wyszła informacja że to definitywny koniec, ja błagałam, przekonywałam - jak grochem o mur. Wydaje mi się, że ta nowa, to nie wiem, klin..? A on nie mógł się zdecydować, bał się konfrontacji z problemami? Nie wiem co teraz zrobić, kocham go nad życie, a ja zdycham w rozpaczy. Próbuję się do niego nie odzywać, ale jak się odezwę, nie olewa, odpisuje po minucie. Czy jest jeszcze szansa? Czy jeśli dostanie od tej nowej kosza, to oprzytomnieje? Wiem, że do niczego między nimi nie doszło, ona właściwie go nie chce, a on biega za nią.
Chcialbym Ci przypomniec ze nie ma czegos takiego jak przerwa w zwiazku. Nie uczciwiej byloby napisac, ze w waszym ukladzie nie bylo milosci? A skoro nie bylo tej podstawowej podstawy to po co byc ze soba? Zeby byc z kimkolwiek? Jak wyobrazasz sobie zycie z kims, kto uczucia lokuje u kogos innego. Jaki bedzie rezultat braku szacunku do samej siebie, ktory wynika z 1. pozwalaniu potencjalnemu partnerowi na kochanie kogos innego oraz 2. na planowaniu zycia z kims, bez milosci dla samych planow. Uwazasz ze taki zwiazek-uklad ma szanse powodzenia? W imie czego? Mebli?