Witam, postaram się opisać jak najkrócej to co mnie męczy. Mój narzeczony - przyszły policjant (w tej chwili jest na szkoleniu), od zawsze miał "odchyły" po alkoholu. Widzimy się teraz rzadko, a jednak jak przyjeżdża - wypije sobie coś i wtedy potrafi "obrzucać mnie błotem". Wypomina mi mnóstwo rzeczy, robi ze mnie najgorszą babę - chociaż na prawdę zawsze wokół niego skakałam, bo uważam/uważałam to za dowód miłości. Najgorsze jest też takie robienie ze mnie idiotki. Mówię jedno, on mi wmawia co innego - myśli za mnie. Ja mu tłumacze, że tak nie jest, że wiem lepiej co myślę i czuję. On dalej próbuje mi wmówić swoje ale oczywiście robi to z obelgami i przekleństwami. Od zawsze tak było... chociaż na początku związku (4 lata temu) było nawet gorzej. Wyzywał od suk, dziwek, kazał spier***, itp itd. Teraz mam wrażenie, że mniej jest przekleństw ale więcej hmm...takiego "rycia głowy"
nie wiem jak to opisać, np. puszczam piosenkę, mówię, że jest piękna, że kojarzy mi się z nim, że jak za nim tęsknię to sobie ją włączam i słucham i że jestem taka szczęśliwa. No i mówiąc to zaczynam płakać (ze szczęścia - muzyka leci, mam go koło siebie, jestem szczęśliwa - łza się zakręciła). On do mnie z hukiem że mam to wyłączyć, bo jakieś negatywne emocje u mnie wyzwala...
powtarzam, że właśnie wręcz odwrotnie, że jestem szczęśliwa..... "jak nie negatywne jak już beczysz??!!!" tłumacze dalej... i tak w kółko... nie rozumie... cały czas który próbowałam wzbudzić prysł... wyłączyłam, powiedziałam, że nieważne, nie ma co się sprzeczać i pierduły. No i się zaczyna... "widzisz jaka Ty jestes??!!! zaczynasz coś a później nieważne! ogarnij się dziewczyno! nawet nie wiesz o co ci chodzi!!! pojeb***a jesteś! itp itd.
Oczywiście to po alkoholu... czasami bez powodu powie zebym się odpier** od niego czy coś w tym stylu. Kiedyś nie byłam mu dłużna, jak zaczynał to też potrafiłam się odszczeknąć, ale teraz juz tego nie robię bo kończy to się dla mnie tragicznie - jego się nie przegada, jak coś walnie to idzie w pięty, że żyć się nie chce.
I teraz pojawiła się moja obawa w związku z policją... nie jestem i nigdy nie bylam zadowolona ze tam poszedł - w sumie nie miał za dużych nadziei ze się dostanie, miał tylko spróbować - a tu bach, udało się.
Kocham go więc wspieram go w jego decyzjach - w tym wypadku praca w policji.
Nasłuchałam się od znajomych - i sama widzę po policjantach jak się zachowują w domu - że taki człowiek się zmienia. Że wyżywa się na rodzinie... no i że duuuużo pije...
To są dwie najgorsze rzeczy jakie mogłyby mnie spotkać - wyżywanie się (już mam ale tylko po pijaku), i dużo picia alkoholu - po alkoholu się wyżywa... czyli tak czy siak będzie tylko gorzej? Sama nie wiem o co mam zapytać... czy go zostawić? nie! nie chce, za rok mamy ślub, kocham go. Zapytałabym chyba bardziej jak sobie z tym radzić...mam dość nieprzespanych i przepłakanych nocy - bo wieczorem była impreza i był alkohol. Ja sama lubię wypić piwko czy dwa, ale nie litr wódy i nie dostaje po tym jakiegoś odchyłu.
Staram się powoli olewać to co do mnie mówi po pijaku, ale czy tak długo można? Zabronić mu pić?Ale przecież w policji tak się podobno chleje, że na pewno nie uda mi się go od tego uchronić (a tym samym siebie) ![]()