Dzień Dobry
Ja 24 lata, ona 22. Znamy się 6 lat, byliśmy razem 5 (wliczając w to przerwy).
Pierwsze rozstanie dawno temu na 3 dni, kolejne na tydzień, kolejne na 2 miesiące i najdłuższe pod koniec 2013 na 9 miesięcy. No i aktualne.
W rozstaniach zawsze pojawiał się motyw innego faceta ( za każdym razem innego). Flirt na fb, który zauważyłem aż bardzo niemiły. Jednak w pewnym stopniu te sprawy powybaczałem.
Każde rozstanie z jej inicjatywy.
Pod koniec 2013 odeszła, spotkaliśmy się - było dużo emocji i zaczął się dla mnie fatalny rok. Emocje robiły swoje, chciałem ją za wszelką cenę spowrotem. Po 2 miesiącach się spotkaliśmy i było gorąco, jednak tego samego dnia mnie w zasadzie wywaliła od siebie i była bardzo niemiła. Pomyślałem, że to koniec i już. Po miesiącu to samo. Potem w maju. I tak myslałem, że już mam tego dosyć, że chce kogoś innego.
Jednak nie potrafiłem o niej zapomnieć. Odezwała się w sierpniu. Że wszystko przemyślała, że miałem racje i że ona za wszelką cenę chce mnie odzyskać. ZA WSZELKĄ CENĘ. Rzuciła dla mnie palenie, zrobiła się spokojniejsza etc. Przez te 9 miesięcy, jakoś miesiąc po rostaniu przespała się już z innym. Wtedy kiedy ja rozpaczałem jak małe dziecko po niej, ona dobrze się bawiła w łóżku. Ale przyznała się do tego. Do wszystkiego (chyba, ale załóżmy że mówiła prawdę).
Ja się bałem, że znowu ucieknie. Że kolejny raz sie zaangażuje i bedzie dupa. Więc zgodziłem się na spotkanie ale podkreślałem, że nie jesteśmy razem. Jednak zachowywaliśmy się jak para. Codziennie smsy, głownie z jej inicjatywy. Tylko z nią się spotykałem i ona (chyba) tylko ze mną. Widać było, że jej zależy. Jej zaangażowanie. Jednak ja doszedłem do wniosku, że jak znowu szybko jej wybacze to ona tego nie doceni. I powidziałem wprost, że może to potrwać nawet rok. Albo i dwa. A ona, że nie ma problemu. Że poczeka. I oficjalnie razem nie bylismy, ale co to ma za znaczenie? Zupełnie jak para.
Po kilku miesiącach doszedłem do wniosku, że to chyba nie to i zakończyłem "związek" z nią. Płakała potem, że sie zabije. Że nie wyobraża sobie życie beze mnie i żebyśmy jeszcze raz spróbowali itp. W końcu po miesiącu uległem, spotkałem się no i zeszliśmy się znowu. Ale dalej podkreslałem, że nie jako para. A ona była cierpliwa i dalej chciała. Mówiłem, że zaufanie trzeba odbudować.
Ona chyba się bardziej angażowała niż ja, ja dopiero chciałem jak się przekonam w pełni do niej. Co nie znaczy, że miałej ją gdzieś.
I tak ta sytuacja trwała aż do lipca. W lipcu znowu uciekła ...
Było ok ale czuć było wzrastające napięcie. Mieliśmy pewną sytuację, gdzie kupiliśmy tabletkę "po" i ona ją zażyła. Pomijając fakt, że to historia na osobny temat to na 99% nie doszło do zapłodnienia. Ona raczej nie chciała brać tabletki, ja raczej chciałem, żeby brała ale jej nie zmuszałem. Mówiłem, że jak ona nie chce to nie bierzemy i już. Kupiliśmy zażyła i ... kilka tygodni później jak zrywała zwalała wszystko na mnie. Że to ja podjąłem decyzję, że pozbyłem się problemu. Że ona chciała być już mamą i urodzić nasze dziecko, a ja nie. A decyzja była wspólna ... Nie zmuszałem jej jakkolwiek ...
Rozsypało się wszystko na wyjeździe ze znajomymi. Ja początkowo chciałem jechać tylko z nią, gdyż brakowało mi czasu dla mnie i dla niej tak sam na sam. A na wyjeździe ona raczej lgnęła do nich niż do mnie. Mnie to wkurzało i się obraziłem. Nie mówiłem o co chodzi. Tylko tyle, że się cofamy. Było jej smutno. Mi też.
Pod koniec wyjazdu nie wytrzymała i powiedziała, że żałuje że pojechaliśmy na ten wyjazd. I że prędko znowu nie pojedziemy razem bo ona ma uraz. Ona za ten wyjazd zapłaciła bo ja nie miałem kasy. Po za tym dla niej to podobno nie był problem zapłacić. Kiedyś w przeszłości jak ja byłem przy kasie, a ona nie to ja płaciłem za wszystko - bez problemu.
Po powrocie widziałem co się święci. Była inna. Chciałem to zakończyć, a ona że nie. Jednak potem faktycznie to ona zakończyła to. Miała pretensje, że mam ją gdzieś, że jej nie kocham i że ona sie starała, a ja przez rok nie potrafiłem się okreslić czy jesteśmy razem. Na co ja, że liczy się to, że spędamy czas razem, a ona przekreśla nas po jednej kłótni. I że załozyłem sobie rok na upewnienie się.
Ona się wkurzyła jak to usłyszała. Powiedziała, że już dawno powinnismy być zaręczeni. Ja na to, że jak mam się zaręczyć z kimś, kto ucieka co chwile ...
Powiedziałem, że do końca jej tego poprzedniego rozstania nie wybaczyłem, a ona że to nie ma sensu bo jej nigdy nie wybacze i ona tak żyć nie chce. Nawet się nie spotkaliśmy na żywo. Nie chciała. Powiedziała, że "nie jestem jej obojętny" i że wszystko zostało powiedziane przez telefon. Że coś nas do siebie ciągnie, ale jesteśmy z dwóch różnych światów. Po rozstaniu od razu wróciła do palenia. Podejrzewam, że także od razu zaczęła sie spotykać z kolegą z pracy. Cóż. Może się mylę. Jednak to przeczucie rzadko mnie co do niej myliło ...
Ostatnia szansa jaką chciała mi dać to było to, że ja mam sie starać, a ona będzie mieć mnie w dupie i może będzie dobrze. Ja na to, że albo razem albo w ogóle. To ona - rozstanie. I na pytanie czy chce być z nią za wszelką cenę odpowiedziałem - być z Tobą tak, za wszelką cenę nie.
Za wszelką cenę to ona chciała podobno ze mną być ... Za jaką wszelką cenę widać ... Padło wiele emocjonalnych słów z mojej strony, niektórych żałuję ale cóż. Emocje. Ona uważała, że mam ją gdzieś i jej nie kocham i raz dwa o niej zapomne. Że ona sie starała, a ja wogóle.
Jakiś czas temu spotkałem ją na mieście pod jej pracą przez przypadek. Nawet mi "cześć" nie powiedziała. Zadzowniła tylko i powiedziała agresywnym tonem, że mam pod jej pracę nie przychodzić bo sobie tego nie życzy. Potem wysłałem po kilku piwach parę smsów na które nie odpisała. Ja już więcej nie napisze.
Prosiłem ją podczas rozstania, zeby nie było pochopnych kroków. Żeby nie było jak ostatnio na co ona że nie bedzie jak ostatnio. Że już nie wróci.
Jak zapytałem czy to była z jej strony miłośc czy przyzwyczajenie to taka chwila ciszy i odpowiedź "pół na pół". Asekuracja? Zostawienie sobie furtki?
Sam nie wiem co o tym myśleć. Siedzi mi ciągle w głowie. Wiadomo, czas. Na fb mnie zablokowała bo "nie będziemy patrzeć co u nas". Oglądałem jej profil jak narkoman z konta kolegi. Ale od tygodnia tego już nie robie. Trochę mnie ciekawi co u niej ale założyłem, że nie będę wchodzić na jej profil i nie wchodzę.
Ciężko mi się zakochać. Dziewczyny inne są ok ale mnie nie kręcą.
Czy błąd polegał na tym, że za długo czekałem? Mi się wydaje, że mało kto by dał drugą szansę.
Ona nie doceniła mnie? Czy ja jej?
Ona mnie tak naprawdę nie kochała?
To była miłość?
Nie chcę już nigdy popełnić takich błędów i tracić bliskie mi osoby. Nawet jeżeli była dla mnie nie fair to i tak była mi bliska.
W głębi duszy ciekawi mnie też czy się jeszcze odezwie ... Będę musiał być wtedy gotowy by tym razem nie pęknąć.