Witam, chciałam w skrócie, ale się nie da: facet, z którym jestem/byłam, ma bardzo trudny charakter, sporo narcystycznych cech, ale myślę, że wynika to z jego lęku o odrzucenie, lęku przed zaangażowaniem.
To on zainicjował kontakt, był bardzo zaangażowany, czułam czasem że to rozwija się zbyt szybko. Już po około 2 tygodniach od pierwszej randki zaproponował związek. Gdy się zgodziłam, uszczęśliwiona tym, że facet wie, czego chce (a ktoś wcześniej przedstawił mi go jako osobę stałą, wierną i w porządku), podkreślał np że już nie jestem wolna itp (zaznaczał swoje terytorium).
Dość szybko wyszło, że charakter ma trudny, władczy, nie znosi sprzeciwu, ale też nie znosi, gdy mu się coś nakazuje lub zabrania. Zawsze robi wtedy odwrotnie. Nie ma szacunku do wielu ludzi, autorytetów, lubi ich krytykować, nie tylko za plecami, ale też wprost potrafi im pocisnąć, zwłaszcza po alkoholu. Jest dumny z tego, że u każdego potrafi znaleźć słaby punkt i tak mu powiedzieć, ze komuś w pięty pójdzie. Siebie przedstawia zawsze w dobrym świetle (zbyt dobrym), ale ja czuję, że jego poczucie wartości i duma są bardzo kruche.
Jest niesamowicie uparty i jak wbije sobie coś do głowy, to nic go nie przekona. On zawsze "wie, jak to się potoczy" - i koniec.
Ma jednocześnie sporo dobrych cech, poczucie odpowiedzialności, nie kłamie, ma stałą pracę, jest uczciwy.
Niestety ma bardzo wyśrubowane wymagania co do innych a zwłaszcza partnerek. Jest sprzeczny w swoich wymaganiach, np. wspomniał raz, że kobieta powinna być z pazurem, ze powinna mu zabraniać np. zbyt częstych wyjść z kolegami na piwo i rozstał się z poprzednią, z którą krótko się spotykał, bo ona mu na wszystko pozwalała i uznał że jest zdesperowana. Jednocześnie nie uznaje tego, że mu się coś zabrania, np. gdy zgłosiłam swoje pretensje, że w mojej obecności na imprezie mówił że da klapsa naszej wspólnej koleżance - na moje wymowne spojrzenie krzyknął, że może dawać klapsy komu zechce i się wkurzył, że jestem zaborcza, zrobił z tego moją winę, i powiedział że chce kobiety "z pazurem", ale nie "zaborczej".
Wyrzucił mi też naraz jakieś moje małe przewinienia, które przechował w pamięci dziwnym sposobem i teraz była to jego bron. Byłam bardzo zdziwiona, ze pamięta i czepia się o takie pierdoły i to jego kontratak.
Niestety z dumą opowiedział mi też o swoich byłych, o przelotnych związkach, również związkach na sam seks, i powodach, dla których się rozstawał z dziewczynami, a zawsze podkreślał, że to on porzucał tudzież on się wymigał, bo coś mu nie pasowało. Powiedział mi tą swoją historię po pretensjach, jakie miałam do niego, gdy zobaczyłam, jak flirtuje z koleżanką (druga sytuacja). Dla mnie było to zachowanie niestosowne bo jak można poprawiać za krótką sukienkę koleżance przez 5 minut i to przy mnie, a dla niego tylko żarty. Może zbyt nerwowo zareagowałam, bo potem gdy usiedlismy, na moje chłodne zachowanie sprowokował mnie i zdenerwowana wyszłam... w ogóle nie chciał słuchać, gdy mu potem powiedziałam, że mnie takie zachowanie rani. Powiedział, że jak o takie rzeczy będę strzelać fochy, to on podziękuje. Poza tym podczas tej rozmowy sugerował, że zaraz o wszystko zacznę się czepiać i że pewnie uważam że on z każda flirtuje (a tak nie uważałam, chodziło o tą konkretną sytuację).
Niestety wtedy byłam już w nim zakochana i za wiele dla mnie znaczył, żebym odwróciła się na pięcie i odeszła. Poczułam jednak, że moje bezpieczeństwo i zaufanie zostało nadszarpnięte i to bardzo, po tym jak dowiedziałam się o jego przeszłości, poczułam się jak jedna z wielu nic nie znaczących znajomości i że trudno będzie mi "przegonić" te dziewczyny, zwłaszcza że opowiadał o tym z dumą, i stawiał się na pozycji wybierającego i przebierającego. Zaczęłam się denerwować, straciłam apetyt, nie spałam, czułam że wszystko się wali.
Mniej więcej wtedy zaczął się oddalać.
Dzwonił nadal codziennie, gadaliśmy po 2 godziny, ale stosował wymówki, by się ze mną nie spotkać. Złapałam się na to, bo rzeczywiście miał w pracy bardzo gorący okres i widziałam, jaki jest wykonczony.
Na krótko odzyskiwał zainteresowanie, gdy widział, ze gdzieś np wychodzę, wtedy dzwonił w trakcie imprezy i powrotu do domu i męczył mnie gadaniną mimo że np byłam pijana i nie miałam siły go słuchać.
Potem było tak, że źle zinterpretował mój sms (zwykle uznaje, że ludzie mają złe intencje i że ja też miałam), uznał, ze chcę go kontrolować, potem jakaś mała sytuacja którą on potraktował jako "dopełnienie" moich wad, i przestał się odzywać.
Nie odzywaliśmy się tydzień, potem zadzwonił z łaską w moje urodziny. Gadaliśmy kilka minut. Mojej koleżance w ten sam dzień powiedział, ze przegięłam, że lubię się rządzić, a on też i dlatego się nie dogadamy, i że mam cechy jego poprzedniej zaborczej dziewczyny, poza tym się nie odzywam, więc on też nie, i jemu się odechciało.
Gdy o tym usłyszałam, zadzwoniłam, ale odrzucał moje połączenie. Smsowo umowiliśmy się na wyjaśnienie tej sytuacji ale dopiero po 2 tygodniach, bo on nie będzie miał czasu. Po tym czasie (bardzo cierpiałam, brałam leki na uspokojenie i na sen) poprosiłam go smsem o kontakt.
Odpisał po 1 dniu, jakby obszerny raport co ostatnio robił. Zadzwonił, gadaliśmy długo co u nas słychać, nie poruszając tematu frapującego nas.
Po kilku dniach znów napisałam, znów odpisał i zadzwonił.
W końcu wymogłam na nim spotkanie (ok, w ten dzień nic nie robi, więc się ewentualnie spotka, ale jak coś mu wypadnie to nie - łaska).
Chciałam wyjaśnić tamte nieporozumienia.
Ale spotkanie było takie fajne, że nie wiedziałam, jak do tego podejść. Byliśmy na mieście, on widać znów się zakręcił, był szarmancki, gdy mnie odprowadzał szedł koło mnie jak paw, chwycił za rękę, w koncu przyciągnął do siebie. Wprosił się na herbatę (zgodziłam się, bo chciałam w końcu poruszyć ten temat). W koncu odważyłam się. Wtedy jakby zniechęcił się, powiedział że chyba się nie dogadamy, że (tym razem) jestem jak jego ojciec, bo agresywnie reaguję itp...
Ja mu wyjaśniłam, ze źle zrozumiał mój sms, że nie chcę by się na mnie gniewał, ani na focha o flirt (nadal o nim pamiętał), że nie chcę się rządzić itp. Wtedy się niejako uspokoił, ja mu szeptałam do ucha, a on zasnął. Myslałam, że wszystko wyjaśnione...
Tej nocy kochaliśmy się, jednak potem nie odzywał się kilka dni. Gdy zadzwoniłam po tych kilku dniach, zbył mnie szybko, ale zadzwonił po weekendzie sam z siebie, chyba gdy zobaczył moje zdjęcie na FB znad morza z przyjaciółmi. W tamtym tygodniu miałam gorączkowy okres, bo szykowałam się na wyjazd na wesele koleżanki (niestety z kolegą jako partnerem, bo X nie mógł a teraz sądzę że nie chciał jechać). W tamtym tygodniu dzwonił codziennie. Także gdy już byłam w pociągu, potem nawet o 3 w nocy, gdy z niego wysiadałam; potem następnego dnia wieczorem, gdy już byłam za granicą i zwiedzałam miasto ze znajomymi i kompletnie się nie spodziewałam tego telefonu (akurat wtedy chciał gadać, ale ja musiałam konczyć po kilkunastu minutach no bo jak...)
Gdy wracałam pociagiem też zadzwonił, zaproponowałam, zeby wyszedł po mnie, więc to zrobił, odprowadził, piliśmy trochę u mnie ale siedział w oddaleniu, nie garnął się do mnie... przytulił mnie na krótko tylko gdy go o to poprosiłam ale wrócił szybko na swoje miejsce.
Następnego dnia gadaliśmy przez telefon, zaproponowałam spotkanie w weekend, zgodził się.
Może to brzmi jakbym go przyciskała na spotkania, ale to było dopiero drugie spotkanie po tym pogodzeniu i trzecie w ciągu 3 tygodni, więc chyba się nie narzucałam?
Na tym spacerze dużo gadał, jednak nie chciał mnie złapać za rękę, nie patrzył na mnie, czułam że coś nie tak, wymigiwał się zmęczeniem, ale przycisnęłam go bo chciałam się dowiedzieć, i dowiedziałam się: NIE WIEM CZEGO CHCĘ, jestem gorszy niż baba.
Boi się, że ja się zaangażuję, a on stwierdzi, że to nie to, i powiem wtedy że mnie skrzywdził.
Nie chce brać odpowiedzialności za moje uczucia, a w związku bierze się odpowiedzialność za uczucia drugiej strony.
Lubi spędzać czas ze mną i ze mną rozmawiać i chce się spotykać (żebym tylko nie pomyślała, że nie chce! powinniśmy wybrać się tam i tam)
Widziałam, że był strapiony i zmartwiony, próbował wybadać moją reakcję.
Ja prawie nic nie powiedziałam, nie wiedziałam co, byłam trochę w szoku, więc nasza rozmowa niejako nie została dokończona.
Nie odzywał się przez tydzień.
Po tygodniu napisałam smsa, żeby zadzwonił. Zadzwonił, gadaliśmy długo, było fajnie jak kiedyś, tak mi się zdawało. On angażował się w rozmowę.
Jednak mija już następny tydzień a z jego strony cisza.
Bardzo cierpię, nie mam apetytu, zaczęły mi pasmami wychodzić włosy. Zdawało mi się, że wszystko idzie ku lepszemu, a znając go już trochę jego zachowanie zwalałam na jego trudny charakter i problemy w wyrażaniu emocji.
Nie wiem dlaczego wszystko tak szybko się wypaliło z jego strony, podczas gdy ja się zaangażowałam.
Jestem bardzo zmęczona.
Uważam, że należy mi się jasne postawienie sprawy - choć wszystko jest już niby jasne, ale nie powiedział mi jednoznacznie "koniec".
Mój problem jest taki - odezwać się w przyszłym tygodniu i wyjaśnić ostatecznie sprawę czy nie dokładać sobie cierpień a jemu niewygodnych spotkań i zostawić wszystko jak jest?
A może zostawić to czasowi? Czy możliwe jest, by zmienił zdanie i się odezwie?
Jest mi bardzo ciężko. Obwiniam się o wszystko- zastanawiam, co by było gdybym inaczej zareagowała w pewnych sytuacjach... on już ma wyrobione zdanie, jak zawsze bo "wie, jako to będzie". Im więcej o tym myślę, do tym bardziej absurdalnych wniosków dochodzę. Bez końca analizuję wszystkie dni, wszystkie sytuacje. Wiem, że już wtedy zaczęło się psuć, po tym, jak dostało mu się za te flirty-żarty.
Ale powinien to puścić w niepamięć, bo jakichś strasznych rzeczy nie zrobiłam... A on nie może. On już na zawsze to zapamięta. Tak też kiedyś powiedział ze nie zapomina przewin.
Jaki powinien być mój następny krok, jeśli powinien? Jest coś, co mogłabym naprawić tu?