Piszę tu drugiego posta w życiu, ale przeczytałam chyba wszystko o tym, jak sobie poradzić z tęsknotą. Nie czytajcie pierwszego.. to był inny etap.
Oczywiście źródło mojego problemu jest podobne do innych tutaj: skończył się mój związek, trwający 6 lat. Raz było lepiej raz gorzej. Kochałam go do nieprzytomności i nienawidziłam czasami do szczętu. Często w kłótniach prowokowałam rozstanie. Często bardzo długo się nie odzywaliśmy. Ale trwało...
Trochę ponad rok temu zmieniłam pracę na taką, która wymagała ode mnie więcej zaangażowania. Zrobiłam to w porozumieniu i przy pełnym poparciu partnera. W domu bywałam praktycznie tylko w weekendy. I tak zaczął się koniec wszystkiego..
Wracałam na te weekendy i miałam nadzieję (oczekiwałam) że On ogarnie wszystko a ja przyjadę i nacieszę się domem i jego towarzystwem. I na początku faktycznie tak było, przy czym ja nie do końca to doceniałam. Był obiad ale do tego mega syf w domu, więc robiłam aferę o ten syf. Potem już częściej przyjeżdżałam do pustego domu - On był na zawodach (hobbistycznie uprawia sport).
W wakacje przyjechał do mojego miejsca pracy na kilka dni, po czym pojechał na wyjazd sportowy, gdzie był chyba jedynym facetem. Potem było nam jakby do siebie dalej i dalej..
Pod koniec wakacji poprosił mnie o rozmowę, w której powiedział mi masę przykrych rzeczy - że jestem nudna, depresyjna, że jak tak dalej będzie to on sobie nie wyobraża tego związku. Że cieszy się kiedy wyjeżdżam i że woli być sam. Faktycznie miałam wtedy trudny czas i oczekiwałam od niego 100% wsparcia. Nie przyszło mi nawet do głowy, że to wymuszone rozstanie dla niego też może być trudne. Zresztą do tego doszłam już po rozstaniu - nigdy nie powiedział, że mu ciężko. Po tej rozmowie.. właściwie monologu, bo mnie zatkało, łykałam tylko łzy, sprawy pozornie wróciły do normy.
Coraz bardziej wciągał się w tą sportową grupę, ja nie miałam nic przeciwko. Przecież nie będę mu ingerować w jego pasje, prawda?
W międzyczasie wróciłam do domu. Wyglądało na to że jest ok, aż w końcu w listopadzie kłótnia. Taka jak zawsze, o jakiś bzdet. Trwała kilka dni, eskalowana przez obie strony. W końcu wykrzyczałam: wyprowadź się. On na to: OK.
Trwała ta dziwna walka jeszcze jakiś czas. W grudniu powiedział, że lepiej, żebyśmy się rozstali - nic nie powiedziałam, myślałam, że to takie prowo. W styczniu powiedział, że szuka mieszkania. Powiedziałam z uśmiechem: nie wyprowadzaj się. Uśmiechnął się.
A potem dowiedziałam się, że kiedy mnie nie ma w domu (dalej dużo jeździłam) on zaprasza do nas laskę- z tej sportowej grupy. Takie plotki po mieście - strasznie się człowiek czuje, kiedy ktoś Ci mówi takie rzeczy, ty nie wierzysz, a rozmówca patrzy na Ciebie jak na kretyna.. "Przecież ich widziałem.."
Zrobiłam coś głupiego. Zajrzałam mu na fejsa. A tam.. rozmowy z tą dziewczyną. On tym, że chce z nią być, kochać się, spędzać czas, że jest piękna, cudowna i wspaniała. Kiedy wyjeżdżałam pisał jej ucieszony: Ona już wyjeżdża - przyjeżdżaj! Serce mi pękło. Dotarłam tylko do rozmów z grudnia - nie dałam dalej. Mdliło mnie, to było straszne.
Powiedziałam mu, oczywiście w swoim jędzowatym stylu, żeby nie przyprowadzał panienek do domu, kiedy mnie nie ma. Zmieszał się, chwilę zaprzeczał po czym powiedział: ok, nie będę jej tu przyprowadzał. Znowu serce mi pękło.
Wyprowadził się. Umarłam na chwilę, a potem.. chciałam spróbować znowu żyć.
Podjęłam więc projekt NIENAWIŚĆ. Łatwo szło. Sam mi opowiedział o wyjazdach, o tym (jak jeszcze byliśmy razem) jak zbliżali się do siebie... Wiecie, w czasie kiedy on z nią już się całował w naszym mieszkaniu, ja szykowałam jego urodziny! Tak strasznie wierzyłam, że to o wyprowadzce to blef... A on świrował z inną
No więc nienawidziłam go sobie. Nawiązałam intymną znajomość z kolegą, było fajnie, wyznania bliskość... Tylko czułam się jak szmata. Bo to nie to ciało co trzeba koło mnie leżało. To nie temu co należy patrzyłam w oczy, to nie te usta całowałam!
A potem on się odezwał. Że chce, żebyśmy byli przyjaciółmi (o zgrozo) i żebyśmy może spróbowali terapii par (to już jakieś 3 miesiące od rozstania). Dzwonił wtedy dosć często, chciał rozmawiać o tym, co źle poszło w naszym związku. Pamiętajcie - trwa projekt NIENAWIŚĆ. Przemyślałam i spytałam - chcesz naprawiać związek i po to ta terapia czy chcesz zrozumieć, co poszło nie tak. Powiedział, że chce zrozumieć... Powiedziałam, że nie chce żadnej terapii. I żeby się do mnie nie odzywał. Niech da mi szanse zapomnieć!
Dał mi szansę. Rozwijałam tą nową relację, zagłuszając wątpliwości, zapijając tęsknotę. Robiłam masę rzeczy, których nigdy nie robiłam. Imprezowałam całe noce. Byłam taka silna...
Zadzwonił po miesiącu i wszystko pękło. To nie była siła tylko jakiś sarkofag zbudowany ze sztucznej nienawiści i rad innych. Pękłam na milion kawałków. Zaprosiłam go do siebie. Płakałam. Rozmawialiśmy. Dużo... mówiłam, że wiele rzeczy zrozumiałam. On też. Powiedziałam, ze widzę szansę pod warunkiem, że zrezygnuje z tej sportowej grupy.
Parę słów o tej grupie: spotykają się dwa razy w tygodniu pod okiem dość charyzmatycznej i bardzo pięknej trenerki. Oni są... bardziej związaniu niż to normalne. Jezdżą razem, na tych wyjazdach tworzą się jakieś dziwne, intymne sytuacje w różnych konfiguracjach. Taka duszna atmosfera. Kiedyś tam chodziłam, ale przestałam.. Mniej więcej po miesiącu, odkad On dołączył. Nie chciałam rywalizacji z nim, więc zrezygnowałam.
Powiedział, że nie chce z nich rezygnować. Na moje słowa, że to tylko znajomi, że oni nie będą dla niego naprawdę bliscy, że to pozór bliskości powiedział: wiem. Mimo wszystko...
I tak się skończyło. Próbowałam wznowić projekt NIENAWIŚĆ, ale bez powodzenia.
Brakuje mi go! Brakuje mi go kiedy zasypiam i kiedy się budzę. Rano udaję, że wyszedł do pracy a jego poduszka jest ciągle ciepła. Tęsknię jak wariatka. Fizycznie tęsknię. Jakby kawałki mojego ciała chciały się wyrwać i skompletować dopiero przy nim. Nie muszę dodawać, że tą intymną relację z kolegą wyciszyłam... Nie raniąc go na szczęście (mam taką nadzieję).
Był u mnie kilka dni temu po resztę swoich rzeczy. Był.. jak kumpel. I ja też byłam jak kumpel. Boję się znowu odrzucenia.. bo dla mnie tamten wybór pomiędzy mną a tą grupą to było odrzucenie. Płakałam jak wyszedł. Znowu. Nie wiem, skąd ja mam tyle tego płakania.
I teraz pytanie.
Bliska osoba powiedziała mi ostatnio: zadzwoń, zaproś go na wino, pogadajcie, niech śpi u ciebie (na kanapie). Zrób wszystko co możesz dla ratowania tego związku, bo możesz kiedyś żałować..
On jest jak bliźniacza dusza. Seks między nami nie był rewelacyjny, ale wszystko poza nim.. Wiecie, coś na zasadzie, że ja sie uderzę a jego boli. To rozstanie to jakby ktoś mnie rozdarł i połowę zabrał. Nie wiem, czy dzwonić. Łudzę się, że sam zatęskni chociaż dobrze mu chyba samemu.. Tego nie wiem na pewno, na pozór tak to wygląda. U mnie pozornie też ok.
A może naprawdę tak mu lepiej? Może ze mną było mu tragicznie i teraz odżył, a ja jak ta harpia, wyciągam po niego pazury i chce wydrapać z przyjemnego życia... .
Dzwonić? Próbować? Ma to sens? Jakikolwiek?
Dzięki, jeśli ktoś dał radę to przeczytać.. ;
A.