Problem zaczął rosnąć po moich zaręczynach z chłopakiem.
Byliśmy wtedy pół roku razem i stwierdziliśmy, że jesteśmy gotowi na kolejny krok. To nie wyglądało tak, że już teraz, zaraz chcemy ślub, dzieci, nie. Planowaliśmy tak za 2 lata, ale chcieliśmy się zadeklarować, że chcemy być z sobą na zawsze i myślimy o sobie, wspólnej przyszłości poważnie, że to nie jest już byle jaka miłość, ale ta jedyna, prawdziwa.
Rodzice, aktualnie już narzeczonego zareagowali na tą nowinę całkiem spokojnie. Owszem, mówili nam żebyśmy się zastanowili, że to poważna decyzja, jednak nie sprzeciwili się naszym zamiarom.
Z moimi rodzicami było jednak znacznie gorzej. Mój narzeczony postarał się - zrobił kolację, kupił kwiatki i tak jak przystało dobrą wódkę. Zeszliśmy z tym wszystkim na dół, ja założyłam pierścionek i oznajmiliśmy, że się zaręczyliśmy. W rodzicach się zagotowało - zaczęła się awantura. Mówili: "za krótko się znacie", "ona jest za młoda", "musi iść na studia", "Ty jesteś leniwy, gdzie masz pracę?", "nie zapewnisz jej godnej przyszłości", itp., wszystkich już niestety nie pamiętam, lecz pamiętam, że oczerniali mojego narzeczonego. Argumenty, że dużo czasu ze sobą spędzaliśmy odpędzali słowami "za dużo", że jestem dorosła, że zamierzam mimo wszystko iść na studia, a Paweł szuka pracy też nic nie zdziałali. Pojawiały się też pytania, na jakie studia zamierzam iść, a gdy odpowiadałam nie wiem, może zaoczne, może dzienne to wręcz kazali mi iść na dzienne. Gdy wyszedł, zawołali mnie do siebie by go tylko oczerniać, mówili, że jest leniwy, że stać mnie na kogoś lepszego. Wtedy ich nie słuchałam, bo tak na prawdę go nie znali, wyrobili sobie swoje własne zdanie na jego temat. Zaczęły pojawiać się myśli w mojej głowie czy nie uciec z tego domu, nie wyprowadzić się, ale wydawało mi się to głupie, nieodpowiednie, zwłaszcza, że nie robili czegoś złego.
Ale czara przelała się dopiero następnego dnia. Spotkałam się ze swoim narzeczonym i wyszliśmy z domu. Zadzwonił do mnie tata gdzie jestem, co robię, czemu się z nim spotkałam, zaczął najeżdżać na mojego narzeczonego, drzeć się na mnie, w ogóle mnie nie słuchał, ignorował moje słowa, bo miał swoje zdanie. Zignorowałam to po części lecz sprowokował powrót myśli o ucieczce, jednak pomógł podjąć mi decyzję o nocy spędzonej u Pawła po tym, jak zadzwonił do niego i zaczął na niego najeżdżać, drzeć się i ignorować to co on mówi. Nic więcej nie było mi trzeba - wróciliśmy do mnie, spakowałam rzeczy, wsadziłam mu do samochodu, a następnie pojechałam do pracy.
Po pracy, o 22 przyjechał po mnie i pojechaliśmy do niego. Jednak najgorsze dopiero nas czekało. Rodzice wpadli w furię. Najpierw znaleźli numer telefonu do jego babci, która o mało nie dostała zawału, następnie przyjechali pod jego dom. Grozili, wydzierali się, mówili, że mną manipuluje. Istna tragedia. Kazali mi z nimi jechać, nie słuchali jak tłumaczyłam, że nie chce bo nie chcą zaakceptować moich zaręczyn. Doszło do przyjazdu policji. Sprawdzili mnie, mojego narzeczonego i rodziców. Tłumaczyliśmy policji, że jestem tu z własnej nieprzymuszonej woli, że oni sprzeciwiają się naszym zaręczynom, oczerniają nas itp. Udało się, po tym rodzice odpuścili i pojechali do domu. Ale to co robili do tej pory siedzi mi w głowie. Dokładnie nie opisałam tej sytuacji bo pamiętam ją jedynie przez łzy. Pamiętam, że wydzierali się do mojego narzeczonego, oczerniali go, mówili, że mną manipuluje, zabiera mnie od nich.
Po tym nie mogliśmy zbytnio spać. Rano mama zadzwoniła do mnie żebym przyjechała porozmawiać. To przyjechałam. Ale wtedy zaczęła się manipulacja, której nie zauważałam. Mówiła, że chcą dobrze, że nie będą nas od siebie odciągali itp. Uwierzyłam jej, bo to jednak moja mama. Jednak wtedy jeszcze wróciłam na popołudnie do Pawła. Pojechaliśmy do jego siostry na kawę. Wtedy jeszcze nie chciałam wracać do domu. Jednak mama zaczęła do mnie wydzwaniać kiedy będę, czemu nie chcę wrócić do domu, żebym nie zostawiała jej samej, że jest na środkach uspokajających przeze mnie, że to oni mnie kochają, chcą dla mnie dobrze, nie będą stawali mi na drodze. Następnie dobiły mnie słowa sióstr Pawła, że po tej nocy to nie wiadomo na co moich rodziców stać, że był tam trzeci samochód (bo jedna z nich przyjechała tej nocy pod jego dom) i że się o niego boją. Zaczęłam mieć mętlik w głowie, nie wiedziałam co mam robić. Wyszliśmy już w domu i nie wytrzymałam, bałam się o mojego narzeczonego. Oddałam mu pierścionek i powiedziałam, że będzie lepiej, będzie bezpieczniejszy beze mnie i ruszyłam na piechotę na stację. Nie dawałam się zawrócić, płakałam, nie chciałam ale wiedziałam, że nie pozwolę na to żeby mu się coś stało. Pokłóciliśmy się ostro. W końcu przyjechała po mnie jedna z jego sióstr i zawiozła do niego. Pogodziliśmy się i przytuliliśmy. Ale było już za późno, Paweł zadzwonił do mojego brata, że chcę iśc na piechotę do domu i tata był już w drodze po mnie.
Długo rozmawiałam z ojcem i zaczęłam mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że zaakceptują to wszystko. Jednak to była jedna wielka pomyłka. Zaczęły się nocne rozmowy, nękanie mnie, usiłowanie oddalenia mnie od Pawła, zmuszenie do oddania pierścionka bo to za wcześnie. Powoli przestałam to wytrzymywać. Zbliżały się chrzciny córki Pawła siostry więc zamierzałam z nim tam iść. Usiłowali mnie od tego odwieść, tłumaczyli, że to nie wypada po tej nocnej akcji, że pokaże tym, że nie mam honoru, że nie powinnam iść, że to nie na miejscu, że oni pewnie mnie tam nie chcą. Zaczęli mnie tym wkurzać, zwłaszcza, że pewnego dnia tata wręcz zabronił mi tam iść. W dzień przed chrzcinami pojechałam z Pawłem na pokaz fontann i dość późno wróciłam. To im nie przeszkadzało żeby wszcząć rozmowę. Zaczęłam wtedy wyrażać własne zdanie, a nawet buntowałam się. Wtedy tata wpadł w szał, ze dwa razy kazał mi wypierda*ać z domu do "niego", bo kiedy dziewczyna nocuje u chłopaka to znaczy, że jest lekkiego prowadzenia, a na dodatek w pewnym sensie nazwali mnie ladacznicą, jednak użyli nieco innego słowa o tym samym znaczeniu. Kiedy nadeszła ta niedziela to naszykowałam się i wychodziłam już z Pawłem. Tata się spytał czy mam zamiar iść, powiedziałam, że tak i zaczęłam zbliżać się do drzwi. To co wtedy się stało dało mi dużo do myślenia - usłyszałam jak tata wali pięścią w stół a następnie popycha go o ścianę. Wtedy coś we mnie pękło i stwierdziłam, że skoro chce, to się wyprowadzę bo dłużej nie zniosę tego, że tak go, nas traktują. Potrzebowałam tego dnia z kimś pogadać, więc poszliśmy do jego sióstr i powiedzieliśmy im wszystko.
Wróciliśmy do mnie po chrzcinach i spakowaliśmy moje rzeczy. Szliśmy do samochodu a ja rzuciłam tylko: "Skoro chciałeś żebym się wyprowadziła to to robię". Ojciec z bratem wpadli w szał, rzucili się na nas, myślałam, że uderzą Pawła, wyrwali mu moje rzeczy, trzymali mnie mocno, usiłowałam się wyrwać, jednak byli silniejsi. Rzucali mną, trzymali, nie chcieli puścić, ciągnęli do domu, tak mocno trzymali, że nie miałam im szans. Z całych sił ciągnęli mnie, obezwładnili, trzymali, do tego stopnia, że popsuli mi i rzeczy i sukienkę. Zaciągnęli mnie do domu, nie chcieli wypuścić, więzili mnie, wmawiali, że wpadłam w obłęd, że co ja robię, wyrywam się, chcieli mnie nawet zawieźć do szpitala psychiatrycznego i wcisnąć tabletki na uspokojenie. Dałam im się zmanipulować, mówili, że chcą dobrze, że się dogadamy, że nie staną mi na drodze. Po czym przeszli do tego, że cały świat stoi przede mną otworem, że mogę poznać tylu ludzi. Paweł wtedy odszedł na bok i zadzwonił po policję bo w oknie widział, jak mnie trzymali, jak mną targali. Jednak tata tak mu nagadał, że odwołał interwencję. Kiedy odważył się na totalną szczerość i powiedział, to wszystko co mu przekazałam to ojciec wmówił mu, że go okłamałam, do tego stopnia, że aż ja w to uwierzyłam. Paweł wrócił się wtedy do mnie i szczerze wszyscy porozmawialiśmy. Kiedy musiał już iść bo po niego przyjechali to przed wyjściem powiedział, że nie może mnie pocałować, przytulić bo go okłamałam i poszedł sobie. Serce mi pękało bo ja sama uwierzyłam w to, że go okłamałam, że rodzice wcale tak nie mówili.
Kiedy dwa dni później wieczorem umówiłam się z nim żeby pogadać bo on tak chciał, to rodzice stwierdzili, że naciskam na niego, że powinnam dać mu czas, że okłamuje, że on chce ze mną rozmawiać. Ale w końcu pojechałam, jednakże z moim ojcem. Rozmawiałam z Pawłem długo, stwierdził, że da nam szansę, spróbuje mi wybaczyć, jednak nie jest w stanie mnie przytulić i pocałować, bo nie czuje tego tak jak wcześniej, ale da nam szansę. Wkurzył mnie jednak kiedy tuż przed samochodem powiedział, że nie wie co z tego będzie po tym jak już mi się oświadczył. Wsiedliśmy wtedy do samochodu ale już nie zdążyłam odwieść go na najbliższą stację na pociąg. Tata stwierdził, że skoro go zatrzymałam to powinnam go odwieść do domu. Ale gniew zebrał się we mnie tak mocno, że powiedziałam żeby tata go odwiózł bo ja mam ochotę pogadać z mamą, jednak skończyło się na tym że dogoniłam pociąg i odwiozłam go na kolejną stację. Powiedziałam wtedy rodzicom co mnie wkurzyło i trochę sobie poprzeklinałam. Rodzice byli wtedy ze mnie tacy dumni, myśleli, że to już koniec. Jednak dwa dni po znowu się spotkaliśmy i się pogodziliśmy. Rodzicom się to bardzo nie spodobało, byli wręcz zniesmaczeni i obrali inny kurs - mówili: "on też nie był w porządku". Znowu dzień w dzień zaczęły się rozmowy, usiłowali mnie od niego odciągnąć ale ja się nie dawałam. I wtedy zauważyłam, że to oni nami zmanipulowali, a nawet zaczęłam wątpić, że okłamałam mojego narzeczonego. Rodzice obierali już różne taktyki nas od siebie odciągnąć.
Jest jeszcze jedna sytuacja kiedy o mało co się nie rozstaliśmy. Pokłóciliśmy się wtedy potwornie. Chciałam pozwolić mu odejść żeby znalazł lepszą dziewczynę, z normalną rodziną, która jej nie ogranicza i nie zakazuje. Wtedy chcieliśmy iść do klubu ale rodzice zaczęli się zastanawiać czy mnie puścić. Ojciec mówił, że teraz będzie za mną chodził, że będzie mnie kontrolował, pilnował itp, ewidentnie chciał mnie ubezwłasnowolnić, mówił, że nie będzie mi na wszystko pozwalał. Kiedy mówił, ze Pawła nigdy nie zaakceptuje to w moim pokoju on właśnie siedział i otworzył okno więc nie wszystko słyszał lecz po części. Wtedy byłam zszokowana widząc jak siedzi pod oknem dachowym i podsłuchuje. Pokłóciliśmy się wtedy o to niemiłosiernie, bo nie usłyszał, że jednak mogę iść. Wtedy mało co nie doszło do rozstania. Jednak całe szczęście trwamy do dzisiaj i nie dajemy się.
Jednak po tych wydarzeniach myślimy o wyprowadzce bo widzimy, że rodzice usiłują mnie ograniczyć dla siebie, zostawić na zawsze w domu i odciągnąć od Pawła. Czy ja mogę coś więcej zrobić? Czy wkroczyć na drogę sądową po tym jak powiedział, że zawsze za mną pójdzie i nie pozwoli mi wyprowadzić się z domu? Bo ja się po prostu boję tak po prostu wyprowadzić z facetem z którym jestem już 8 miesiąc.
Jeżeli ma to znaczenie to w listopadzie kończę 19 lat a mój narzeczony we wrześniu kończy 22 lata.
Problem jest poważny i nie wiem, czy do końca do rozwiązania na forum, ale na pewno twoją przewagą jest to, że jesteś świadoma tego, że rodzice próbują tobą manipulować. Dzięki temu możesz z tą manipulacją walczyć. Jeśli zobaczą, że ich działania nic nie dają, dadzą sobie spokój.