Jestem ze swoim chłopakiem 3 lata, ale ja zaczęłam się (wypalać?) Nie potrafię ocenić tego, co do niego czuję. Być może po prostu mam kryzys związany z tym, że spędzamy ze sobą bardzo mało czasu. Ja miałam studia, więc widywaliśmy się jedynie w weekendy, a chociaż teraz wróciłam do rodzinnych stron, to i tak widujemy się rzadko. On ma ciężką, fizyczną pracę. Ostatnio to już w ogóle cały czas narzeka tylko na nią, jest wiecznie zmęczony. Ja zapewniam, że go rozumiem, że ma prawo, ale tak naprawdę w głębi siebie jestem wściekła o to, że z tego powodu nie przyjedzie do mnie, że nie spędzimy ze sobą czasu. Oddaliliśmy się od siebie i to konkretnie. On swoje życie, ja swoje. TO JA ciągle wszczynam kłótnie, wiem o tym. Ale po prostu nie czuję się ok. Chcę, by on dosłownie nie widział świata poza mną - chore? Dziecinne? Możliwe. Jednak inaczej nie uwierzę, że mnie kocha i że mu zależy mimo tych kilku lat. Jestem miła i uczuciowa wobec niego tylko w przypadkach, gdy on od dłuższego czasu jest taki wobec mnie. Inaczej potrafię być wredna i opryskliwa, wiecznie się obrażam o byle g*ówno. Sama nie zacznę i nie wyciągnę ręki. Nie mam ochoty się z nim całować jak kiedyś, trzymać za ręce, nie potrafię nawet się do niego przytulić. Mimo to on ciągle mi mówi, że mnie kocha.
Powstała jakaś bariera, zaczęłam się wstydzić okazywać mu uczucia. Jego słowa "kocham" mi nie wystarczą, nie czuję tego w środku, nie czuję by od niego owe uczucie biło, chociaż on nie robi pozornie niczego złego.
Czy ja mam problem ze sobą?