Jestem od czterech lat (dla jednych krótko dla drugich długo) w związku. Na początku było całkiem nieźle, z pewnymi zgrzytami na dotarcie się. Jestem dla niego pierwszą dziewczyną i dzięki mnie on wiele się nauczył, zrozumiał. A ja od niego. Były problemy... nie okazywał mi uczuć, nie potrafił mówić co lubi, co oczekuje. Bierze życie jakie jest bez planów, marzeń bo niby wszystko ma. Problem w tym, że ja marze, zmieniam, realizuje się i dopiero od jakiś kilku miesięcy zauważam, że mamy inne priorytety. Dzielą nas pasje, problemy w pracy, postrzeganie ludzi. Jego samorealizacją są filmy, wywiady, gra na instrumencie generalnie wszytko to co pozwala mu na rozrywkę domową. A ja zawsze byłam osobą której wszędzie pełno, jestem jego przeciwieństwem. Ta moja stagnacja trwa tyle co prawie nasz związek, wyciszyłam się nawet przez chwilę myślałam, że jest mi tak dobrze. Tak bardzo się tym nudzę - dom praca, praca dom.
Rozmawiałam z nim o tym: 'Chcę wychodzić z Tobą, chce pożyć, nie mamy zobowiązań, nie mamy dziecka jesteśmy młodzi, kiedy jak nie teraz? '. Stwierdził że przesadzam. Że już mam 25 lat i powinnam dorosnąć, że tak ludzie żyją. Czy mi się coś źle zdaje, ale mam 25 lat, nie mam dziecka, zarabiam, nie jesteśmy w średniowieczu gdzie kobieta ma się podporządkowywać facetowi. Moja 56 letnia koleżanka z pracy ma życie barwniejsze ode mnie.
Czy mieliście może w swoim życiu taką sytuację? Myślę ciągle o tym co mogłabym robić z moim facetem gdyby choć trochę chciało mu się chcieć. Jak bardzo brakuje mi wypadów poza miasto, spacerów letnią porą, wycieczek rowerowych. On o tym dobrze wie, ale nic mu się nie chce z tym zrobić. Bawią go tylko jego zabawki.