Nie wiem jak określić mój problem, ale jak zostaję sama ze sobą to czuję jakby jakiś ogromny ciężar przygniatał moją pierś.
Na co dzień idąc do pracy, wychodząc ze znajomymi a nawet spędzając czas z narzeczonym jestem żywą, wiecznie uśmiechniętą, nie mającą żadnych problemów osobą. Nawet jak czuję że w środku jakaś część mnie płonie, światu zewnętrznemu pokazuję tylko "siebie" uśmiechniętą i pełną optymizmu.
W rzeczywistości czuję się bezwartościowym zerem. Czuję że nie mam w życiu żadnego celu, żadnych pasji i żadnych możliwości.
Jestem na etapie pisania prac dyplomowych na dwóch kierunkach (finanse-rachunkowość i informatyka) i nie mam zielonego pojęcia co robię. Studiowałam w taki sposób, że kułam byleby zaliczyć egzaminy. Nie miałam najgorszych stopni, ale teraz mam takie poczucie, że kompletnie nic się przez te lata studiowania nie nauczyłam. Nie mam żadnej konkretnej wiedzy, nawet pojęcia o czym mogłabym pisać pracę ani jak się za nią zabrać.
Potrzebuję rozmowy, jakichś wskazówek jak się w tym wszystkim odnaleźć. Moje życie to jedna wielka stagnacja. Radzę sobie z prostymi czynnościami, które nie wymagają dużo pracy. Jeżeli chodzi o pisanie prac, rozwijanie się w jakimś kierunku typu: nauka programowania, prawo podatkowe, czy cokolwiek co wymaga większego nakładu pracy staję się mistrzem odkładania i wymyślania setek czynności byleby tego nie robić. Ale przy tym, podczas tych wymyślonych czynności czuję w środku psychiczny ból i ciężar, że nie robię tego co powinnam. Chce mi się płakać i mam ochotę zamknąć się gdzieś w kącie, i czekać aż moje problemy same znikną, a one się coraz bardziej nawarstwiają.
Narzeczony próbuje być dla mnie oparciem, ale on nie potrafi mnie zrozumieć. Zawsze uczył się miesiąc przed egzaminami, zaliczał na samych piątkach i jak mówię mu o swoich problemach to nie jest w stanie postawić się w mojej sytuacji. Nie potrafi pojąć jak można mieć takie problemy. Dla niego jak trzeba coś zrobić to siadasz i to robisz, i żadnych problemów w trakcie tego procesu nie potrafi dostrzec. Co wbija mnie w jeszcze większe poczucie winy i beznadziei, bo czuję się najnormalniej niegodna bycia z nim.
Błagam o pomoc. Jakieś wskazówki jak sobie z tym poradzić. Bo już brak mi sił żeby sama się z tym borykać.
Próbowałam planować sobie każdą minutę dnia i robić wszystkiej długości plany. Trzymać się harmonogramu, ale najzwyczajniej ogrom zaległości jakie mam mnie przerasta, a planów trzymam się może dzień, dwa, po czym zdaję sobie sprawę, że nie jestem w stanie podołać takiemu wysiłkowi, a uczucie bezsilności staje się jeszcze większe.
Czekam na wasze odpowiedzi, bo jestem już na granicy wytrzymałości psychicznej i nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam z taką mną jaką jestem teraz.