Czytelniczką tego forum jestem już od dawna, tym razem zdecydowałam się jednak opowiedzieć Wam moją historię i poprosić o radę, bo sama już nie daję rady.
A zatem od początku:
Poznaliśmy się dokładnie rok temu, w moje urodziny na jednym z portali randkowych. Nie ukrywam, że od pewnego czasu byłam tam obecna, bo dotychczas życie nie rozpieszczało mnie uczuciowo, a ja chciałam znowu być kochaną. Nie szukałam jednak na siłę, podchodziłam z dystansem do każdej wysłanej do mnie wiadomości i któregoś dnia odezwał się on, całkiem zwyczajnie napisał po prostu "cześć" - odpisałam i tak zaczęła się nasza wspólna historia.
Online rozmawialiśmy dużo, ale spotkaliśmy się w realnym życiu bardzo szybko. On wpadł mi w oko od razu, czy ja mu również.. cóż do dzisiaj nie jestem w stanie tego stwierdzić. Dystans czasowy między spotkaniami był długi - M. jest zapracowanym człowiekiem, codziennie chodzi na siłownię no i ma psa, którego ja pokochałam bezgranicznie. Odzywał się często, dzwonił, pisał, zwierzał się. Powiedział mi od razu, że jest rozwodnikiem, że był z dziewczyną 12 lat po czym to się rozpadło tak nagle 4 miesiące po jego ślubie. Potem szukał miłości, na jego drodze pojawiła się dziewczyna z dzieckiem, a potem jeszcze jedna (tym razem bez dziecka) która bardzo zabiegała o niego. Na początku stwierdził, że nie chce związków, potem jednak to jemu zaczęło zależeć, po czym ona z dnia na dzień postanowiła go zostawić dla innego. Kilka miesięcy po tym poznał mnie. Ja też na początku podchodziłam z dystansem do tej znajomości. Już chyba trochę nauczyłam się żyć sama i radzić sobie z trudami życia własnego. Najzwyczajniej w świecie brakowało mi uczucia, silnego ramienia. Po krótkim czasie okazało się, że z M. mamy mnóstwo wspólnych tematów, m.in. kochamy podróże i kabarety. Pomagałam mu w ogarnięciu jego mieszkania po dawnych lokatorach, przy okazji poznałam rodziców (którzy chyba mnie polubili), poznał mnie ze swoimi znajomymi. Pierwsza nasza sprzeczka miała miejsce właśnie na urodzinach jego byłej dziewczyny (już mężatki), gdy to bawił się z inną. Powiedziałam mu o tym, stwierdził, że przesadzam. Zamieszkał u mnie. Pokochałam go i jego psa. Jednak chyba bez wzajemności. Myślałam, że znalazłam kogoś komu na mnie zależy. Razem śmiejemy się, żartujemy, byliśmy razem na urlopie, jednak mam wrażenie że on boi się bliskości Boi się mnie dotkąć, boi się zaangażować. Ja poznałam jego rodziców już dawno, on o wizycie u moich nie chce słyszeć. Tak naprawdę apogeum miało miejsce miesiąc temu, gdy zauważyłam w jgo notesie napis: "Uwielbiam Twój zapach <serduszko> Domi" Zapytałam wtedy kto to jest.On wtedy stwierdził,że my przecież nie jesteśmy razem a z Nią wiadział się tylko 2 razy. Stwierdził wtedy że jestem jego koleżanką... To był cios który zabolał chyba najbardziej.. Zapomniałam dodać, że on cały czas wisi na telefonie, non stop ktoś do niego pisze i o to były i są największe awantury. Z dnia na dzień staje się atrakcyjniejszy, chodzi na siłownię, dba o siebie i mam wrażenie tym własnie podbudowuje swoje ego.. ale wróćmy.. wtedy wypłakałam swoje, tego dnia był dla mnie okropny, powiedział tyle nieprzyjemnych rzeczy. Zapytałam go wtedy to po co mieszka ze mną, przebywa ze mną? Odpowiedział,że jemu teraz tak jest najlepiej, nie chce związków, wyzbył się uczuć, ale nie twierdzi też, że za miesiąc czy nawet tydzień nie poczuje czegoś. Najpierw postanowiłam go wywalić z domu.. zabrakło mi jednak siły.. wrócił jak bumerang.. po raz kolejny zauważyłam, że wieczorami z kimś pisze.. wtedy nie wytrzymałam powiedziałam mu wszystko, że jest mi cholernie źle z tym, że traktuje mnie jak "gosposię", że wie ze mi na nich (na nim i jego psie) cholernie zależy i to wykorzystuje. Niby zrozumiał i powiedział, że mam mu dać 3 dni na wyprowadzkę.. jak się domyslacie nie wyprowadził się.. I tak żyjemy sobie: ja go kocham, on czeka na miłość, a ja muszę zaakceptować to, że on ma znajomych i zawsze będzie ich miał i że nie będzie mi się tłumaczył (bo nie musi) z kim pisze, czy rozmawia, bo przecież razem nie jesteśmy... Tylko skoro razem nie jesteśmy to dlaczego planujemy kolejny urlop? Po co on to robi? Pomóżcie mi proszę.. Skoro nic do mnie nie czuje, a widzi moje zaangażowanie to dlaczego tak po prostu nie da mi spokoju i nie odejdzie.. Już kilka razy mu o tym mówiłam... On jednak wraca, cały czas wraca i mimo wszystko planuje... a to zrobimy na obiad, a tam moglibyśmy pojechać.. po co to wszystko? Czy naprawdę jest tak wyrachowany i wykorzystuje fakt, że mam do niego słabość? Otwórzcie mi oczy, proszę...