witam Was i bardzo proszę o kilka słów bo wariuję sama w domu. w swoich myślach zapętlam sie i mam wrażenie, ze przestaję racjonalnie myśleć...
tak w skrócie - 10 m-cy temy poznałam mężczyznę, mieszkamy w innych miastach - 300km od siebie, bardzo sie polubiliśmy, on często do mnie przyjeżdzał, po kilku miesiącach tak ułożyło się moje życie, ze stanęłam przed wyborem szukania nowej pracy no i zadecydowaliśmy, ze chcielibysmy wspólnie zamieszkac. przeprowadziłąm się do niego / mieszkamy 2 miesiące razem i niestety zauważyłam, ze przeprowadzka nie wyszła nam na dobre. mogłam to przewidzieć bo mam już ponad 30lat ale byłam zaślepiona miłością
brakuje nam prywatności, mój męzczyzna jest młodszy ode mnie i powiedział mi że przestraszył się tego wszystkiego (jestem jego pierwszą dziewczyną); generalnie oznajmił mi, że nie chce się wiązać i boi się tego, ze staje się to takie poważne. doszlismy do wniosku, ze sie wyprowadzę.
no i teraz to co mnie boli najbardziej: mimo, ze nie zostało to powiedziane, że się rozstajemy - - > czuje, że to jest początek końca. chciałabym walczyc ale tak naprawdę nei mam z czym walczyć bo nikogo zmuszać nie będę... dużo rozmawialiśmy, wiemy, ze jestesmy do siebie mocno przywiązani i jest to dla nas obojga bardzo trudne.
ja też nie oczekiwałam czegoś wielkiego od tego związku, nie naciskałam, dużo zobowiązań wypłynęło właśnie od mojego chłopaka. chciałam się tylko cieszyć tym co jest.