Wychowano mnie na romantyczną kobietę, a nie na feministkę. Nigdy (aż do pewnego momentu) nie spotkałam się z tym, że facet NIE walczy o to, by za mnie zapłacić. Uważałam, że to taki wyznacznik kultury zapłacić za mnie na tych kilku pierwszych randkach, a jak nie, no to pa!, bo sknera i wcale mu nie zależy.
Nadszedł czas, że postanowiłam przewartościować swoje priorytety.
Kilka tygodni temu zakończyłam relację, która nie była nawet związkiem, tzn. on to zakończył. To, co mnie powaliło to jego pretensje, że ja NIE WALCZYŁAM I NIE POSTAWIŁAM NA SWOIM, że zapłacę za siebie. Pominął fakt, że niejednokrotnie proponowałam, że sama za siebie zapłacę. Wtedy zawsze odmawiał, więc po co się miałam upierać? Chce płacić, to niech płaci, dżentelmeni tak mają. No fakt, raz udało mi się zapłacić za sb na koncercie, nawet mi przez myśl nie przeszło, że on zapłaci, bo 40zł piechotą nie chodzi, a tym bardziej 80 i świetnie to rozumiem, facet na pieniądzach też nie sypia. On postawił nam tylko szatnię, ale i o te 3zł potem się upomniał.
I teraz pytanie do Was: Czy kobieta powinna za wszelką cenę płacić za siebie na każdej randce? Nie mówię o tym, gdy się już jest w związku, bo wtedy to raczej normalne, ze się ludzie składają na wspólne przyjemności, przecież facet nie będzie całe życie na kobietę zarabiał. Ale na samym początku, gdy podobno facet ma się starać o kobietę, czy kobieta ma obowiązek płacić za siebie? Czy to taka wielka zbrodnia, że póki nie jest się w związku, to płaci facet? I czy rozkład wysiłków też powinien być równy, bo mi zawsze wpajano, że NA POCZĄTKU to facet ma się bardziej starać- jeździć, płacić, wymyślać rozrywki, kupować kwiaty i to też zawsze na początku miałam zapewniane, póki nie poznałam ostatniego faceta, a potem jak już się wiedziało na czym się stoi, robiło się poważniej, to staraliśmy się by obie strony dawały z siebie tyle samo, chociaż to zwykle ja wymyślałam rozrywki, bo tacy mało kreatywni mężczyźni mi się trafiali.
No mniejsza z tym.