Witam.
Moja historia zaczęła się, gdy miałam 19 lat i związałam się z 5 lat starszym, dobrze mi znanym chłopakiem. Byliśmy parą raptem 6 miesięcy, on mnie bardzo nie szanował, rozstaliśmy się i szybko po serii upokorzeń rozwinęłam skrzydła, długo nie cierpiałam.
Następnie spotkaliśmy się znów ponad rok temu, w innym już mieście. Zawsze czułam do tego człowieka jakiś pociąg - fizyczny i psychiczny. Mamy dużo wspólnych zainteresowań, to samo poczucie humoru, te same marzenia, to samo wyobrażenie o życiu, związku i rodzinie. Zdawałoby się, że nic dodać nic ująć. On, gdy coś zaczęło się między nami znów rodzić, tłumaczył, że kiedyś był dla mnie zły, ponieważ skrzywdziła go poprzednia dziewczyna, że był wypłukany z uczuć itd. Zaufałam mu, zakochałam się, zaczęliśmy poważnie planować wspólne życie, zamierzamy/zamierzaliśmy zamieszkać razem chwila moment. Jednak on pewnego dnia przyszedł do mnie zapłakany, wyglądał jak zbity pies. Bredził coś, że chce mieć mnie zawsze przy sobie, że nie chce nikogo innego, żebyśmy szybko brali ślub, aż w końcu doszedł do "zdradziłem cię ze współlokatorką". Zareagowałam dziwnie... bo przez dobre 3 dni nie potrafiłam wydusić z siebie słowa. On w tym czasie miał dużo czasu, by szukać wytłumaczenia. Mówił, że to przez to, jaki jest o mnie chorobliwie zazdrosny, że się zagubił, że brzydzi się sobą. I tu popełniłam pierwszy błąd - zgodziłam się, by to próbować odbudować. Od tego czasu (mija miesiąc w tej chwili) wydarzyło się mnóstwo okropnych rzeczy. Ja chodzę znerwicowana, schudłam i dostałam psychogennej astmy. Ponadto mój facet zrobił się o mnie jeszcze bardziej zazdrosny, zagląda mi w telefon, przepytuje ze wszystkiego, uważa chyba, że zechcę się odegrać. Nawet spotkanie sam na sam z moim bratem ciężko było mi wywalczyć "bo to podejrzane, że chcę spotkać się koniecznie sama". Zrobił się również agresywny. Wyzwiska, na jakie najgorszy wróg nie zasługuje. W kłótni targnął mnie za włosy na ziemię, a innym razem, patrzył na mnie szalonymi oczami i zaciskał w tym czasie pięść, nie wiem, co by się wydarzyło, gdybym nie odsunęła się na bezpieczną odległość. Oczywiście potem są wielkie przeprosiny, "nie wiem, co się ze mną dzieje". Poza kłótniami jest bardzo dobrze, poza moimi żywymi wyobrażeniami zdrady i moim zawodem, widzę jak się stara, jak mi nadskakuje, nawet jestem przekonana że tego żałuje. Ale gdy kazałam mu iść do specjalisty z tą agresją, umówił się na spotkanie... i nie poszedł.
Wiem, że te sytuacje się powtórzą, to tylko kwestia czasu. Patrzę na niego i boję się go stracić, a z drugiej strony patrzę pięć lat w przód, kiedy może by doszło do jakiegoś dziecka i drżę o własną przyszłość. Nie umiem sobie poradzić, chyba zwariowałam. Wiem, że z takiego związku trzeba wyjść, ale dlaczego nie potrafię, dlaczego się tak boję? Dlaczego myślę, że będę żałować, równolegle myśląc "muszę odejść, szkoda życia"? A może nie muszę odejść, może psychiatra by pomógł? Potrzebuję pomocy. Będę wdzięczna za każdą odpowiedź, bo czuję, że się pogubiłam.
Pozdrawiam
Albo masz wszelkie predyspozycje do bycia "ofiarą" w związku przemocowym i podświadomie w taki właśnie brniesz, ale Twoje poczucie własnej wartości równe jest zeru i wychodząc z założenia, że na nikogo lepszego nie zasługujesz - z premedytacją topisz samą siebie w takim bagnie. Innego wytłumaczenia tu nie znajduję... Skoro sama masz świadomość jaki to człowiek, skoro masz wiele dowodów na jego przemocowy, toksyczny charakter, skoro sama się zastanawiasz jak będzie wyglądało życie z kimś takim, wreszcie SKORO MASZ WĄTPLIWOŚCI - czym prędzej skończ to. Bo zwlekając, ociągając się i wynajdując tysiące powodów do pozostawania - któregoś dnia na teście ciążowym zobaczysz coś, co wpłynie na Twoje życie i zwiąże Cię z takim toksykiem...
Moja matka była w takim związku. Dziś już moge o tym mowić. Moje wspomnienia z dzieciństwa to wyrwane włosy, wybite zęby. I sceny zazdrości. Matka nie mogla nawet do pracy pójść pomimo tego, że w domu była bieda. Co dziwne nie bylo alkoholu. Kiedy byłam mala byłam przerażona, ale myślalam, że tak jest juz. Kiedy dorosłam i chciałam żeby się od ojca wyprowadzila nie chciala.
Psychiatra ? Moze bardziej psycholog. Ale jakie masz gwarancje, że facet chce i się naprawdę zmieni ?
Ja patrząc z perspektywy czasu nie zdecydowałabym się na taki związek.
Może musi nadejść taki moment kulminacyjny kiedy podejmiesz decyzje o odejściu i nie będzie odwrotu. Też byłam w chorym związku gdzie były zdrady i przemoc. Zaczęło się od popychania skończyło na pobiciu. Odeszłam. To była najlepsza decyzja w moim życiu. Było tak samo jak u Ciebie. Jak się nie kłóciliśmy to był do rany przyłóż, a jak coś było nie tak to zawsze agresja i wyzwiska. Po kłótniach i szarpaninie zawsze przepraszał, płakał itd. Jedna wielka bzdura i kłamstwo. Tacy ludzie się nie zmieniają, a za każdym kolejnym podniesieniem ręki pozwalają sobie coraz więcej i coraz mnie żałują. Mi wystarczył jeden raz i więcej nie pozwoliłam podnieść na siebie ręki. Ty musisz zdecydować czy chcesz tak żyć z pełną świadomością, że to będzie postępować coraz bardziej. Już raz się rozstaliście więc doskonale wiesz, że można bez niego żyć!
Autorko!To co piszesz to jest klasyka zwiazku przemocowego.dla niego jestes tylko i wylacznie ofiara.To,ze on placze i na jakis czas sie stara to jest u takich osob normalne-robi to by osiagnac cel-a jego cel to udaremnic ci ucieczke.Potem znow zachowuje sie po swojemu,poniewaz taki jest w rzeczywistosci.Nie szanuje Cie ,poniewaz przyjelas go po zdradzie i dalas "szanse"-on Ci tego nie wynagrodzi,nie masz na co liczyc.Powinnas sie ewakuowac.On juz robil z toba straszne rzeczy-nie odeszlas,wiec jest przekonany,ze dalej moze tak dzialac.Ludzie sie zmieniaaja tylko pod wplywem terapii-ale on pewnie nie widzi w sobie potrzeby zmian.wiec zacznij uciekac,i nie pozwol soba manipulowac.I nie dawaj mu zadnych szans-on juz taki bedzie.Jak przy nim zostaniesz bedzie coraz gorszy.Pzdr