Z chłopakiem jestem prawie 4 lata. Na początku wydawało mi się, że wszystko jest ok i naprawdę byłam szczęśliwa. Oczywiście, dużo rzeczy mu wybaczałam. Zdarzały się kłótnie - te mniejsze i te większe. Wyjechał 2500 km ode mnie, żeby zacząć na nas pracować. Miałam dojechać do niego po ukończeniu szkoły, czyli zostało jeszcze pół roku.
Nigdy mnie nie zdradził, nie uderzył. A jednak coś jest nie tak...
Od pewnego czasu czuję się tak, jakby zaczął starać się mniej. Dużo razy groziłam rozstaniem, a w końcu odpuszczałam, no bo "po co się gniewać, kocham go". Mój błąd.
Wszystkie zapewnienia o jego miłości przestają mieć znaczenie mimo, że nie wyobrażam sobie życia bez niego. To typ bajkopisarza. Bardzo dużo obiecuje, opowiada o tym, jak będzie wspaniale. Zazwyczaj jego zapewnienia mijają się z rzeczywistością. Wtedy przychodzi moja frustracja, złość. Zaczynam wyrzucać mu, że obiecał, że prosiłam, że zapewniał mnie. Nie wytrzymam kolejnego razu, kiedy z jego winy zawiodę się na nim.
Jest wygodny, do wszystkiego trzeba go "pchnąć" siłą. Nie chce mu się działać. Czuję się, jakbym traciła partnera i przyjaciela. Powoli oddalam się od niego i świadomie próbuję się odciąć. W łóżku nie do końca możemy się zgrać. Jest przyjemnie, ale po tych wszystkich problemach i kłótniach, czuję się skrępowana.
Czy któraś z was znajdowała się w tak podbramkowej sytuacji?
Czy świadomie można nagle przestać kogoś kochać (mimo że nie doszło do zdrady, rękoczynów)?
Przestaję mu wierzyć. Tak wiele mi obiecał, a nie spełnił nawet połowy swoich postanowień. Jest mi przykro, że mężczyzna, na którego postawiłam wszystko, zawodzi mnie.
Jak przemówić mu do rozsądku? Nie pomaga prośba ani krzyk. Nie wiem, jak mam to ratować. Nie mam już siły i nerwów.