Mam 19 lat. Od 2 lat i 9 miesięcy spotykałam się z pewnym chłopakiem. Na początku był idealny.. Starał się, przyjeżdżał do mnie i po mnie, odwiedzał mnie w domu, chodziliśmy na spacery, trzymaliśmy się za ręce,ciągle przytulaliśmy, jak każda zakochana para.. Było mi ciężko go pokochać ponieważ zaczynając spotykać się z nim byłam po rozstaniu z poprzednim chłopakiem i bałam się zaufać, jednak jego wytrzymałość oraz okazywanie mi tego, że jestem naprawdę ważna i warta starania sprawiły, że stopniowo zaczęłam się w nim zakochiwać. Przez pewien czas nam się układało, byliśmy razem niesamowicie w sobie zakochani, pomimo tak młodego wieku już planowaliśmy założyć rodzinę i być ze sobą do ostatniego dnia, on szukał jakiejś pracy, parę razy nawet się załapał gdzieś, mieliśmy upatrzone mieszkanie, mówił,że jestem tą jedyną i chce żebym jak najszybciej została jego żoną i aby nikt mnie nigdy jemu nie odebrał... aż zaczął brać narkotyki..
Pierwszy raz się o tym dowiedziałam po kłótni w której zaczął mi ubliżać od najgorszych i pierwszy raz podniósł na mnie rękę i złamał mi nos.. Natychmiast oprzytomniał, przyznał, że to przez chyba amfetaminę jakiś woreczek pokazał i wyrzucił i przysiągł, że więcej nie tknie żadnego świństwa i zawiózł mnie do szpitala..
Potem zaczął się spotykać z towarzystwem, które sobie nie żałowało a przy okazji kradło.. Próbowałam go od tego odciągnąć, nie chciałam żeby go złapali i żeby trafił do więzienia jednak on dalej kradł a wszystkie pieniądze jak wiadomo poszły na ćpanie- mefedron, czasem kokaina-ale to sporadycznie-wiadomo drogie a on nie pracujący to skąd ma brać, znalazł tańszy zamiennik.. Nie chciał mi się do tego przyznawać, twierdził że albo go oszukali na pieniądze, albo wydał na paliwo i jedzenie, albo zawsze coś wymyślił.. Pewnego dnia był strasznie agresywny, stwierdziłam, że nie będę tego znosiła dłużej i postanowiłam odejść.. On gdzieś pojechał samochodem a ja czekałam na autobus. Płakałam, że pierwszy raz stałam się dla niego taka obojętna. Wtedy zawrócił i przyznał mi się płacząc, że się uzależnił i nie potrafi sobie z tym poradzić, błagał bym go nie zostawiała i jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy do psychologa.. Niestety na tej wizycie się zakończyło bo jemu jakoś chyba już przeszło, uznał ze jednak problemu nie ma, może przestać kiedy chce.. tylko nie chce, a poza tym poradzi sobie sam.
Od tamtej pory zaczęłam przeżywać horror, zamieszkaliśmy razem i zaczął mnie unikać, znalazł towarzystwo które ćpało i z nimi ciągle przesiadywał, chociaż mi wmawiał, że on nic nie robi tylko po prostu spędza czas z kolegami. Zaczął być bardzo agresywny, przez pól roku co 2 dzień mnie bił, dosyć mocno, wyzywał od najgorszych.. nie będę przytaczać epitetów, byłam zaszokowana jego słowami ale to znosiłam, myślałam, że to tylko przejściowe. Przestał do mnie przyjeżdżać do rodziców, pisać, dzwonić.. uważał, że skoro widzimy się w domu (nie ważne, że wracał o 2:00 , 3:00 czy 4:00 a rano znowu wychodził) to nie potrzebujemy spędzać czasu razem w ciągu dnia.. Przestał mi mówić komplementy, dbać o siebie, w łóżku odwracał się do mnie plecami i szedł spać pomimo moich chęci i starań, nie wychodziliśmy już nigdzie, ani do znajomych ani sami.. Stał się dla mnie obcym człowiekiem.. Wiele razy go pytalam co się dzieje, dlaczego mnie odsuwa od siebie, czy już mu nie zależy to mówił, że gadam głupoty i jestem dla niego bardzo ważna i nie chce mnie stracić... Nie przyjmowałam do wiadomości, że ćpa.. Gdy jednak się przekonałam, że niestety tak jest zaczęły się awantury i płacze, wszystko dla niego robiłam gotowałam, sprzątałam, chodziłam sama na zakupy, prałam, załatwiałam konflikty między nim a jego rodzicami bo on "nie potrafi".. Do tego stopnia mi na nim zależało, że oddałam psa do schroniska którego miałam 7 lat aby móc z nim mieszkać.. A on nawet tego nie doceniał już, że naprawdę się staram. Poszłam do pracy (chociaż początkowo było ustalane, że to on zajmie się utrzymywaniem domu a ja jeżeli będę chciała to tez mogę pójść do jakiejś pracy jednak wolałaby abym siedziała w domu i zajmowała się dziećmi) aby nam niczego nie brakowało. Jednak to niczego nie zmieniało.. Twierdził, że nie ma problemu a ja sobie wymyślam.. W końcu został zmuszony przez rodziców do podjęcia terapii odwykowej dziennej pod groźba zabrania mieszkania które nam wynajęli.. Niby chodził.. Byle jak.. Spóźniał się.. ie robił zadań...A w końcu okazało się, że poznał tam mężczyznę, który handlował tym świństwem co mu jeszcze bardziej ułatwiło dostęp i sam zaczął handlować.. Zaprzestał terapii.. W końcu po kolejnej awanturze postanowiłam się wyprowadzić.. jednak po kilku dniach wróciłam, tęskniłam, bałam się, że dalej będzie ćpał w dodatku przez nasze rozstanie, i bałam się, że go stracę.. Od tamtej pory mieszaliśmy ze sobą co drugi dzień.. Okłamywał mnie, że nie bierze już narkotyków od 3 miesięcy, a wyczytałam z jego rozmów że to raptem 3 tygodnie od kiedy lekarz stwierdził u niego astmę. Wyglądało mi na to,że naprawdę jest wolny od tego świństwa jednak on zaczął to przede mną ukrywać w taki sposób abym się nie zorientowała.. Kolegów nawet chyba w to zaangażował którzy przy mnie zgrywali dobrych i że jemu nie dadzą działki bo on już nie ćpa.. W zeszłym roku w święta pomimo, że go błagałam aby nie brał narkotyków zaczął przy mnie wciągać i zniszczył prezent ze złości, który mu podarowałam... Potem gdy wróciliśmy do domu połamał mi kartę telefoniczną ponieważ nie chciałam z nim rozmawiać a z jego kolega tak i ubzdurał sobie, że coś między nami jest a on na to nie pozwoli.. W tym roku w święta czymś się chyba bardzo zatrułam, ponieważ bardzo mało czasu spędzaliśmy razem (wracał 23:30 o 00:00 szedł spać...) obiecał, że spędzimy je całe razem we dwoje, że poświęci mi ten czas, jednak pojechał do rodziny a mnie zostawił z biegunką co 10 minut i wymiotami, w których pojawiła się spora ilość krwi, karetka nie chciała do mnie przyjechać, kazano mi czekać na telefon do 6 godzin od lekarza, który porozmawia i zdecyduje czy przyjedzie.
Poprosiłam go aby przyjechał i mi pomógł bo byłam tak słaba ze nie miałam już siły dojść do łazienki.. a on.. olał mnie... w końcu rodzice z daleka przyjechali i mnie zabrali...
nawet na pogotowie nie przyjechał...
następnego dnia miał mnie odwiedzić w domu ponieważ mnie wypisali i przepisali antybiotyk to tłumaczył się tym ze źle się czuje z powodu astmy i ma duszności i nie przyjedzie..
po czym na cala noc wyszedł z kolegami i pil a może i ćpał.. wyłączył telefon żebym nie dzwoniła a mnie nie odwiedził.. wczoraj również miał przyjechać jednak "chyba się czymś zatruł bo wymiotuje" i nie przyjechał..
powiedziałam sobie dość..
nawet mi życzeń nie złożył, a twierdził ze tak bardzo mnie kocha i nie wyobraża sobie życia beze mnie, w tym roku również zniszczył prezent który mu dałam bo przez niego płakałam bo było mi przykro ze znowu wrócił późno nie spędził ze mną chwili czasu i odrazu poszedł do łózka..
pomimo ze źle się czuje dalej pojechałam do niego i odebrałam swoje rzeczy..
od wczoraj mieszkam spowrotem u swoich rodziców..
nie mogę bez niego wytrzymać.. płacze i sobie przypominam tylko dobre chwile..
aż nie mogę uwierzyć w to ze mojego ukochanego tak zmieniły narkotyki, ze tak mnie potraktował ze od roku praktycznie słyszałam same wyzwiska i chodzę cala w siniakach chociaż przepraszał-potem robił to samo, ze nie pomógł mi gdy potrzebowałam jego pomocy a ja nawet nie będąc z nim na początku uratowałam mu życie.
Nie mogę uwierzyć ze mnie tak okłamywał ze jestem taka ważna a teraz nawet nie chce ze mną rozmawiać.
Zrobiłabym wszystko, żeby wrócił do mnie ten chłopak którego pokochałam, żeby był taki jak na początku..
Rozmawiałam z nim wiele razy, to mówił że on po prostu teraz tak ma,że nie potrafi być taki jak kiedyś ale bardzo mnie kocha, że na seks nie ma ochoty i to nie moja wina.
Prowadziliśmy poważna rozmowę z półtora miesiąca temu, płakał mi podczas niej, mówił że zrozumiał jaki zły był i nie chce mnie więcej ranić, że to się już nie powtórzy.. Jednak po kilku dniach wszystko wróciło.. Nie wiem czy mówi mi o swoich uczuciach szczerze czy to narkotyk przez niego przemawia..
Gdy prosiłam i kłóciłam się z nim o to aby nie brał to mi wykrzykiwał, że nie będzie mnie słuchał, że będzie to robił bo lubi i tak sobie chce, że nie będę mu niczego zabraniać.. a ja się o niego martwiłam a on myślał, że dla swojej przyjemności mu chce zabronić żeby z niego pantofla zrobić.
Bardzo go kocham, odeszłam ale dalej chcę z nim być tylko tak aby wrócił do mnie taki jak kiedyś..Żebyśmy znowu byli razem szczęśliwi.. Kiedyś chciał mieć dziecko a teraz mi mówił, że sama będę je wychowywała bo on woli iść do kolegów i nie potrafi w domu siedzieć i się nie będzie zajmował ani na nie zarabiał.. Kiedyś pytał czy bym przyjęła jego oświadczyny a teraz mówi, że tego nie chce, jemu to niepotrzebne, nie zależy mu na tym.. Może i jestem głupia i naiwna, wierzę że to wina wyłącznie narkotyków i mam nadzieję, że gdy się od nich uwolni to znowu wszystko mu się pozmienia w głowie..
Co mogę zrobić ? Czy on jeszcze kiedyś jeżeli skończy z ćpaniem będzie potrafił kochać ????????????????
Kocham go i staram sie mu pomoc, chociaz wiem ze robie głupio ciagle widze swiatelko w tunelu i sie staram ze moze jednak cos z tego wyjdzie, szukam sposobów... Widzialam na paru forach, ze mloda dziewczyna z milosci do chlopaka moze zaczac brac.. ja jestem calkowita przeciwniczka.. raz mi nawet podal kokaine w kubusiu lub witamince (niby nie wiedzial o tym-mieszal w kubeczku lyzczka a jak zapytalam po co to robi twierdzil ze nie wie, ze nie wstrzasnal..) wiec tym bardziej jestem przeciwna bo wcale mi sie to nie podobalo a i w nalóg nie wpadłam.