Dlugi watek, ale bede wdzieczna za przeczytanie oraz ew. ocene sytuacji.
Nie wiem od czego zacząć. Może od początku. Jestem w związku na odległość już ponad 2 lata. Odkad sie poznalismy kontaktujemy sie niemalze non stop, czy to przez telefoniczne gg, czy to skype. Ostatni rok spedzilam w wiekszosci pomieszkujac o chlopaka (na studia dojezdzalam co drugi weekend, co jakis czas jechalam takze do domu - jednak nie zerowalam na nim, zarabiam co jakis czas swoje pieniadze, pomagaja mi tez rodzice).
Moj chlopak jest starszy ode mnie o 5 lat, jest spokojny, ulozony, opanowany, kiedys mial problemy z depresja, ale przezwyciezyl je. Dla kogos moze byc nudziarzem, niesmiala czy niezaradna osoba, ale to pozory. Ma problemy z wyrazaniem uczuc (a moze to ja mam problemy ze zbyt wysokimi wymaganiami, ale zdarzalo mi sie miec pretensje czy żale o to ze nie potrafi wprost powiedziec o tym co czuje), czasem ciezko wyciagnac z niego jego mysli, przemyslenia. Mimo to bardzo dobrze sie dogadujemy, smiejemy sie z podobnych rzeczy, a na codzien wystepuje duza doza czulosci i rozpieszczania sie nawzajem. Wiem, ze on czuje sie lepszym czlowiekiem bedac ze mna. Ja tez bardzo doceniam to poczucie bezpieczenstwa ktore mi daje, ze jakikolwiek problem z innymi ludzmi mialabym, u niego zawsze znajde akceptacje, zyciowa madrosc i spokój. Do tego zarazil mnie swoja pasja na dobre i wiem ze bez niego nie bylaby ona dla mnie tym samym.
Wiec w czym tkwi problem? Dzieki tej pasji poznalam nowych ludzi, ludzi z mojego miasta. Coraz bardziej zaczela mi przy okazji przeszkadzac odleglosc dzielaca moje rodzinne miasto, a miasto partnera. Cierpie wyjezdzajac do domu, ale tez wyjezdzajac stamtad. Mialam zal do chlopaka, mimo, ze zdawalam sobie sprawe, ze zamieszkac ze mna w rodzinnym miescie bedziemy mogli dopiero za jakies poltora roku. Nie docenialam jak bardzo sie stara. Balam sie ze inni uwazaja ze jestem "frajer", bo tyle kilometrow pokonuje, zeby sie widziec ze swoim partnerem, ze nie znalazlam kogos blizej kto by mnie zechcial. Balam sie, ze nawet jesli poznamy jakichs ludzi to oni go nie zaakceptuja, przez to ze jest osoba spokojna. Mimo, ze na codzien czy to w pracy czy poza nia nie ma problemu z rozmowami z innymi ludzmi, ludzie go lubia, po prostu nie ma duzo znajomych, bo tego nie potrzebuje. Dodatkowo nie zaakceptowal go moj ojciec, uznal, ze jak nie zarabia milionow to bede z nim klepac biede, niestety patrzylam na mojego partnera takze przez pryzmat tego co powie "tatuś", czesto podswiadomie, choc czulam ze to bardzo niedojrzale i krzywdzace. Czuje sie z tym koszmarnie, ale panicznie boje sie braku akceptacji ze strony innych ludzi. Potrafi mi to obrzydzic wiele rzeczy i spraw.
A w rodzinnym miescie poznalam ludzi, ktorzy oprocz tego, ze zajmuja sie hobbystycznie tym co mój facet, to do tego jeszcze sa bardziej "zaradni zyciowo", odniesli wieksze sukcesy, sa bardziej towarzyscy i otwarci (co laczy sie tez niestety z wieksza iloscia alkoholu w ich zyciu, nie zebym to potepiala calkowicie, ale nie jestem tez zwolenniczka cotygodniowego upijania sie na umór). Jednego razu poszlismy wypic dwa piwa, pogadac, poplotkowac o tym co robimy, w trojke. Z jednym kolega zajetym, a drugim wolnym. Ten wolny troche sie zapedzil i po wypiciu troche wiekszej ilosci alkoholu niz my, zaczal mowic jaka jestem wyjatkowa, bo zajmuje sie czyms tam i do tego tez jestem z tego miasta co oni, ze to taki szok. A ja udawalam, ze to nie dzieki swojemu chlopakowi zaczelam sie tym interesowac, tylko sama z siebie, zeby pomysleli: o jaka ta baba jest ciekawa. Oprocz tego gosc byl dla mnie mily, jak to po pijaku mogl byc, ale bez zadnych komplementow i tym podobnych.
Pozniej odprowadzil mnie ten "wolny" do domu, rozmowa sie jakos super nie kleila, traktowalam go z dystansem, bo byl pijany i gadal od rzeczy nieco, odprowadzil mnie tez dlatego bo po prostu mieszka niedaleko, a bylo juz ciemno i nie chcieli zebym wracala sama (ten drugi mieszkal po drugiej stronie miasta). Ten drugi, zajety kolega, przeprosil pozniej smsowo za tego wolnego, spytal czy sie czasem nie narzucał po drodze? Bo podobno czesto mu sie to zdarza, zwlaszcza po alkoholu (a i tak zadna go nie chce juz przez dlugi, dlugi czas). Jedyne co po drodze bylo bardziej, powiedzmy, podejrzane, to to ze tak bardzo chcial zebym sie przejechala czyms tam, skoro nigdy tego nie robilam i ze kiedys by to mozna bylo wspolnie zorganizowac.
W czym wiec tkwi moj problem? To nie pierwszy raz jak ktos podrywal mnie, czulam ze to mile ale nie chcialam nic wiecej. Wszystko wydawalo mi sie ok. Ale kilka dni pozniej, gdy tamten wolny dodal mnie do znajomych na znanym wszystkim portalu spolecznosciowym dotarlo do mnie co zrobilam. Niby nic, ale porownywalam tego wolnego goscia do mojego chlopaka, zalowalam nawet przez chwile ze nie znalismy sie wczesniej, mimo ze wiem ze nie znalezlibysmy wtedy wspolnego jezyka za nic, bo nie interesowalam sie wtedy tym co on! Poza tam dwa inne swiaty, ja tez, tak jak moj obecny partner, nie lubie zbyt wielkiej ilosci rozrywek, towarzystwa, meczy mnie to. Mimo, ze ma on, ten nowy, wolny, tak wiele wad ktore widzialam juz w tamtym momencie to zauroczylam sie jakby. Teraz mam ochote usunac tamtych nowych znajomych na dobre z mojego zycia, zeby bylo po prostu po staremu. Czuje, ze zdradzilam swojego faceta, z ktorym owszem czasem brakowalo ostatnimi czasy wielkich emocji lub wydarzen (no ale kto ma takie cos doslownie kazdego dnia, zwlaszcza w tygodniu pracy?). Mam straszne, okropne wyrzuty sumienia. Przyjechalam do niego kilka dni temu i nie potrafie nawet dobrze go przytulic, pocalowac, nie mowiac o seksie, tak zeby nie czuc sie winną i udającą uczucia. Boje sie, ze juz go nie kocham bo mialam takie mysli i watpliwosci i tylko opozniam rozstanie - tak wyczytałam na forach internetowych... Głupia jestem wiem, ale kto wie gdzie tkwi prawda...
Dla mnie do tej pory zdrada byla najgorszym co mozna zrobic drugiemu czlowiekowi w zwiazku. Nie potrafie sobie wybaczyc, ze tak lekko podchodzilam do tego, ze mialam takie mysli, ze zastanawialam sie jakby to bylo z tym innym; wyobrazalam sobie jak to by bylo super miec takich znajomych z sukcesami i ze jak nie zostane kims wiecej dla tego wolnego chlopaka, to reszta tez mnie nie zaakceptuje, nie mowiac juz o tym gdybym poznala ich z moim facetem.
Do tego w ciagu ostatnich dni nakrecalam sie czytajac rozne fora, i tematy typu "zakochalam sie w innym" i odpowiedzi wszystkich, ze skoro w kims innym sie czlowiek zakochal to tak naprawde nigdy nie naprawi juz obecnego zwiazku. Nie moge spac, nie moge sie na niczym skupic, chcialabym po prostu zniknac z tego swiata. Wiem, ze ewentualne rozstanie zniszczy mnie psychicznie, a tamtych znajomosci z rodzinnego miasta i tak dalej nie pociagne.
Bylam dzis u psychologa, ktory kazal isc do psychiatry po antydepresanty zeby uspokoic swoja glowe, a pozniej wrocic na terapie, najlepiej grupową. Ale panicznie boje sie, ze to po prostu dorabianie ideologi do tego jak sie czuje, a ja tak naprawde daze tylko do tego by zniszczyc swoj zwiazek i leciec do innego... Egoistyczna osoba, ktorej nic nigdy nie zadowoli i ktora nie wie czego chce. Narcyz. Jak to wygląda z boku? Dzwonilam nawet, glupia ja, do psycholożki parę chwil temu, zeby ja spytac, ze moze ja po prostu chce sie wymiksowac z tego zwiazku, ze dorabiam sobie ideologie. Ona odpowiedziala, ze nie wie jakiej odpowiedzi od niej ja oczekuję. Wstyd mi, ze jej zawracalam dodatkowo glowe.
Chciałabym żeby wrócił czas sprzed miesiąca, dwóch. Żebym bardziej wtedy doceniła to co mam, a nie jeździła co chwilę do domu i ekscytowała się nowymi znajomościami i tym że "fajni" ludzie mnie akceptują. Czy ja naprawdę zaprzepaściłam już ten związek?
Może gdyby mój chłopak poznał na żywo tych znajomych to by to coś zmieniło? Zaznaczylibysmy swoj teren, ze jestesmy razem i koniec.
Rozmawiałam z nim o tym, on twierdzi, że to normalne ze w zwiazku na odleglosc, gdzie ostatnio wiecej jestesmy oddaleni od siebie, niz ja jestem tu, u niego, ze moge miec watpliwosci, moge sobie porownywac z innymi ludzmi nasz zwiazek. Tez nie chce do konca sie użalać nad sobą, jaka to ja jestem niedobra, tylko po to zeby ktos mi przyklasnal i powiedzial, jestes biedna, bedzie dobrze! Ja bylam wyrachowana, zachowujac sie tak a nie inaczej, ale nie zdawalam sobie sprawy ze tym samym popsuje istniejacy zwiazek. Jestem bardzo naiwna, głupia, naprawde nie widzialam ze to bedzie moglo miec taki skutek.
Troche sie rozpisalam, ale chcialam to nakreslic jak najlepiej. Bede wdzieczna za wszelkie opinie. Boje sie odpowiedzi "zostaw go, nie zaslugujesz na niego", czy tez zepsulas to na dobre...