daria1968 napisał/a:Exop czy uwaźasz źe kaźdy powinnien radzić sobie sam z własnymi problemami?
Czy moźe sam dzielisz się swoim doświadczeniem mówiąc o tym jak się nie dać bezsilności,rozpaczy ...
pocieszanie się typu źe moźe być gorzej wcale nie brzmi optymistycznie...
Co moźe być motywacją do tego aby próbować dalej?
Może to przewrotne, ale człowiek jest istotą społeczną i, tak naprawdę, nigdy nie zostaje sam z własnym Waterloo.
Towarzyszą mu, albo słowa współczującego pocieszania, potępienie lub doskonała obojętność otoczenia.
Najgorszym jest widzenie z zewnątrz przyczyn upadku danego człowieka w kategoriach "białe - czarne".
Z jednej strony - bezkrytyczne pochylanie się nad złym losem dotykającym tego kogoś, a z drugiej, potępianie w czambuł innego.
Obie arbitralne postawy nie pomagają, moim zdaniem, podnosić się takim ludziom. Bo pozwalają w pierwszym wypadku tkwić w użalaniu się nad sobą lub pogłębiać stan odczuwania bezpowrotnej straty. W drugim zaś wpędzać (często nie tak bardzo słusznie) w poczucie wyłącznej winy.
W takich sytuacjach lepiej więc pozostać w miarę "obojętnym", niż wtykać nos w nie swoje sprawy.
Najważniejsze jest, według mnie, by zachować w sobie poczucie odpowiedzialności za siebie i najbliższych.
Gdy, tuż po śmierci mojej żony ktoś, kto był mi bliski, doprowadził mnie na skraj bankructwa, początkowo tylko poczucie, że odpowiadam za los moich dzieci powstrzymywał mnie przed zrobieniem nieodwracalnego głupstwa.
Nie potrzebowałem wówczas wyrazów współczucia, czy triumfalnego "a nie mówiłem?" (bo tylko drażniły), lecz konkretnej pomocy logistycznej w organizacji życia w nowych realiach, co przy charakterze mojej pracy nie było sprawą prostą.
I takie wsparcie otrzymałem.
Przede wszystkim, od moich przełożonych i współpracowników. Oraz rodziców moich i matki mojej zmarłej żony, w zakresie opieki nad dziećmi.
Tak więc, w najtrudniejszych momentach życia pomoc jest niezbędna i nie należy mieć oporów, by o nią poprosić.
Jeśli chodzi o to powiedzenie "Nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być jeszcze gorzej", moim zdaniem, ma ono jednak pozytywny wydźwięk.
Niekiedy bowiem, człowiek widzi własny upadek, jako dno Rowu Mariańskiego.
Tymczasem bywa tak, że inni przeżywają lub przeżywali takie dramaty, przy których ów Rów Mariański jawi się zaledwie, jako dno sadzawki.
Pozdrawiam.