Ta historia nie bedzie miała szcześliwego finału, tzn. dla oprawcy jak najbardziej dla ofiar juz nie.
W międzyczasie w wakacje, mój ojciec wynajął kajaki i wziął brata na spływ kajakowy po rzece. Mieli wypić "po piwku" przy ognisku i ojciec chciał zachecic brata zeby zrobił cos ze swoim zyciem, skonczył szkole i poszukał pracy.
Przed tym wyjazdem brat wyłudził 20zł czy 50zł od babci "na jedzenie" i wydał je na jakies prochy w aptece i piwo. Jak płyneli kajakami to ojciec zauważył, że brat ledwo moze utrzymać sie na wodzie (był juz nawalony jak Messerschmitt) i przerwali spływ, zaczeli rozbijać namiotu. W miedzyczasie ojciec nazwał go "półgłowkiem"/"idiotą" itd.
Brat zaatakował go w odwecie i zaczął dusić. Zaczął okładać zgniecioną puszką po głowie, a potem próbował wydłubać palcami oko. Ojciec sie wyrwał i uciekł do pobliskiej wsi, gdzie wezwali nas (mnie i matke), karetke i policje.
Jak przyjechałyśmy z matką, to najpierw zatrzymałysmy sie przy jakims zgrupowaniu przy płocie bo myslalysmy ze to ojciec. Okazało sie ze to mój nawalony brat (leżał rozwalony na ziemi, zrenice rozszerzone na maksa, bełkotał coś do siebie, ale nie miał na sobie nawet ryski czy otarcia). Policja spytała matke czy potrafi go zidentyfikować, na co moja matka powiedziała 'Tak to mój syn, XXX AAA" Kiedy on to usłyszał powiedział "Zajebie cie ty szmato". W sumie stałam obok, wiec nie wiem czy to do mnie czy do matki.
Ojciec trafił do szpitala na obdukcje, sprawa trafiła na policje, byłam przesłuchana przez prokuratora bo podejrzewała znecanie sie nad rodzina.
Sprawa zakonczyła sie na:
1. ustaleniu nowego kuratora dla brata
2. oddaleniu sprawy o napasc, bo jak kogoś sie na pada to nie mozna odpowiedziec agresja (a tu była agresja słowna, wiec to juz nie napad tylko bojka).
3. oddaleniu sprawy o znecanie sie nad rodzina, bo brat był wtedy małoletni
Summa summarum, brat ma czysta kartoteke jakby nic sie nie stało.
Rodzice wyrzucili go z domu... ale jednoczesnie wystawili mu namiot, rower, jedzenie. Brat sobie koczował gdzies na polach w lato i a to sie włamał do garazu cos ukrasc, a to cos podkradał sąsiadom. Teraz nadchodzi zima i wrócił, siedzi w garazu gdzie rodzice wstawili mu "koze". Jeszcze planuja ze wynajmą mu pokoj albo załatwia jakas garsoniere u babci. Ogolnie, to oni go "kochaja" i nie zostawia go tak.
Doskonale wiedza do czego jest zdolny i jak agresywny jest. Baa.. oni czekaja jak bedzie miał kolejny "atak" to wezwa karetke i tak wezmie go na przymusowe badanie. Tylko jak to ujał moj 15 letni młodszy brat "jak on cie zaatakuje to juz nie wezwiesz karetki do siebie a co dopiero do niego", 15lat a wiecej oleju w głowie niz ludzie po 50ce.
Tłumaczyłam juz na tysiace sposobów, kłóciłam sie, krzyczałam, były moje łzy. Tłumaczył kurator, tłumaczył psycholog, tłumaczył prokurator. Ale moi rodzice wiedza swoje. Wymyslaja ze brat jest niby chory na ADHD, autyzm itd,ze jest uzalezniony (tysiace wymówek, ale ani leczenia psychiatrycznego ani od uzaleznienia sie nie podjał, wiec co z tego?). Ignoruja wszystkich i daja jedzenie, pieniadze, mieszkanie (jaka on ma miec motywacje zeby sie zmienic? wszystko ma pod nosem!). Rece mi opadaja i ja sie poddaje. Moj brat w przyszłosci znowu sie nawali jak Messerschmitt i kogos zaatakuje i pewnie zabije (2m wzrostu koło 100kg - ciezko sie obronic). A tak własnie wyglada cykl zachowania alkoholika, poprawa i potem ataki agresji.
Szukam stałej pracy od jakiegos czasu (ostatnie miesiace pracowałam tylko dorywczo), żeby sie stąd wyrwać i zerwać kontakt z cała rodziną (prócz babci i młodszego brata). Chyba nic mnie tak nie zniszczylo psychicznie jak pobyt tutaj, nawet praca w gimnazjum to był przy tym pikus (jakkolwiek ciezka miałam zawsze ostoje i poczucie bezpieczenstwa w własnym mieszkaniu). Co prawda o ile moge to nocuje u chłopaka, ale na dłuzsza mete tak nie da rady a poza tym nie chce go juz tym zarzucac bo i tak stara mi sie pomagac w granicach swoich mozliwosci.
Chciałam znowic studia mgr w lutym. Nie wiem czy to zrobie, bardziej przydadza mi sie te pieniadze na wynajem mieszkania, z drugiej strony wtedy bede juz kolejny rok do tyłu a chcialabym miec to za soba. Moge liczyc na niewielka pomoc finansowa babci, z strony chłopaka tez. Rodzice juz zapowiedzieli ze finansowo mi nie pomoga, a najlepiej by było zebym to ja im płaciła
(zeby mieli pieniadze wydawac na wiadomo kogo).
Bo w ich odczuciu, jak ich córka sobie srednio radzi ale jakos daje rade to nalezy jej dokopac, wyciagnac od niej kase - natomiast jak syn-psychopata wpada w kłopoty to znajda sie pieniadze na zapłate za zniszczenia, na wynajem, na jedzenie itd.
Jak na to patrze to juz nawet nie czuje zalu, tylko ogarnia mnie poczucie beznadziejnosci. No nic, życzcie mi szczescia w poszukiwaniu pracy ^^