Mówi się, że ponoć tzw friend zone to domena facetów i kobietom się to rzadko zdarza, a jednak, nie ma to reguły. Mam 27 lat, zakochałam się w swoim koledze. Były między nami pewne zbliżenia, on sam zaczął całą tą historię. Do pewnego momentu szło dobrze, ale później stwierdził, że postrzega mnie jako koleżankę. Zdystansowałam się wtedy trochę i po jakimś czasie on znów rozkręcił tą znajomość, więc nic już z tego nie rozumiem. W namiętnej, lecz nienazwanej relacji przebujaluśmy się kilka miesięcy. Zaangażowałam się w to, zawsze miałam do niego słabość i mi się podobał, więc nie trzeba mi było dużo by poczuć coś więcej. Wiem, że my się bardzo podobam, więc to friend zone jest dla mnie nie do końca zrozumiałe, zwlaszcza że sam to zaczął... Wiem, że sytuacja jest trudna i nie liczę na cud, ale mumo wszytsko chciałabym spróbować coś jeszcze z tym zrobić. Co można zrobić, by dostrzegł we mnie kobietę, nie tylko koleżankę? Czy można zrobić cokolwiek, czy jak już ktoś nas tak sklasyfikuje to pozamiatane i sprawa przegrana?
A w jakich okolicznościach on Ci powiedział, że macie tylko za koleżankę?
Jeżeli on, jak to nazywasz rozkręca tą znajomość a później nie wiadomo co, to może trochę boi się odrzucenia i czeka aż dasz mu sygnał?
Wiesz, trudno coś doradzić mając tak mało szczegółów... Wydaje mi się, że kobieca intuicja powinna Ci mówić, że masz szansę albo, że nie masz.
Nie wiem jaka jesteś, ale zazwyczaj mężczyźni dostrzegają w kobietach pewność siebie i to ich w jakiś sposób przyciąga, może jakoś odśwież swój look - może go to zaintryguje.
Może postaraj się bardziej szczegółowo opisać Waszą relacje oraz to jaka Ty jesteś, jaki on jest, czy są w jakieś kobiety w jego życiu, albo czy pojawiały się podczas Waszej znajomości...
napisz cos wiecej, w jakich okolicznosciach spedzacie razem czas?
A w jakich okolicznościach on Ci powiedział, że macie tylko za koleżankę?
Po prostu była na ten temat rozmowa, jakoś tak sama z siebie wynikła. Okoliczności zwyczajne, dzień jak co dzień.. Mimo to, niewiele wynikło z tej rozmowy, bo niedługo później znajomość wróciła do tego samego kształtu co wcześniej, a nawet jeszcze bardziej się rozkręciła. Z jego inicjatywy.
W czasie tej rozmowy przedstawiłam również swój punkt widzenia, on wie, że ja go nie postrzegam tylko jako kolegę...
Jeżeli on, jak to nazywasz rozkręca tą znajomość a później nie wiadomo co, to może trochę boi się odrzucenia i czeka aż dasz mu sygnał?
wydaje i się, że sygnał dałam niejeden. Wie, że mi się podoba, że bardzo mnie pociąga, że lubię spędzać z nim czas... Nie wiem jaki jeszcze sygnał mogłabym mu dać.
Wydaje mi się, że kobieca intuicja powinna Ci mówić, że masz szansę albo, że nie masz.
Kobieca intuicja... nie wiem czy posiadam taką właściwość. Nigdy nie miałam "nosa" do spraw damsko męskich. Niby mi coś podpowiada, że nie jestem mu obojętna, ale nie wiem na ile to myślenie życzeniowe, a na ile faktyczne przeczucie. Poza tym to poczucie to jedno, a fakty to drugie.
Było między nami ogromne przyciąganie fizyczne, podobaliśmy się sobie nawzajem, ale to przecież nie musi o niczym świadczyć i iść w parze z zainteresowaniem kimś.. Często przyciąganie fizyczne to jedno, a emocje to drugie, niestety.
Nie wiem jaka jesteś, ale zazwyczaj mężczyźni dostrzegają w kobietach pewność siebie i to ich w jakiś sposób przyciąga, może jakoś odśwież swój look - może go to zaintryguje.
Jeśli chodzi o wygląd to o tą kwestię dbałam, jak najbardziej. Wiele razy słyszałam od niego, że ładnie wyglądam, więc najwyraźniej to dostrzegał.
Może postaraj się bardziej szczegółowo opisać Waszą relacje oraz to jaka Ty jesteś, jaki on jest, czy są w jakieś kobiety w jego życiu, albo czy pojawiały się podczas Waszej znajomości...
No cóż... oboje jesteśmy do siebie dość podobni, niestety w ten negatywny sposób. Zarówno ja, jak i on mamy nieco zaniżoną samoocenę, jesteśmy dość "miętcy". Oboje mamy też niewielkie doświadczenie w relacjach damsko męskich, w sferze seksualnej również. Więc niejako starowaliśmy z prawie takiego samego pułapu.
Kobiet w jego życiu obecnie nie ma. Ponad rok temu rozstał się ze swoją byłą, to był przedziwny niby-związek, który niestety przyniósł mu wielkie rozczarowanie. Przez pół roku był z dziewczyną, która nigdy nie traktowała go poważnie (wiem to od niej samej, znałyśmy się już wtedy, to była moja znajoma...) i na koniec powiedziała mu, że nic do niego nie czuje, a kilka dni potem związała się już z kimś innym. Po prostu była z nim z braku laku, ale oni nigdy nie byli w tym "związku" szczęśliwi, widzieli to wszyscy wokoło... On to bardzo przeżył, to było widać, a zakochany był mocno. Dlatego rozumiem, że może być wycofany i czuć się niepewnie w relacjach z kobietami, ale z drugiej strony - minął już ponad rok od tego, to jednak dość długi okres..
napisz cos wiecej, w jakich okolicznosciach spedzacie razem czas?
Obecnie nie spędzamy go w ogóle.
Znaliśmy się ze studiów, co prawda różne roczniki i kierunki, ale wydział jeden, poznaliśmy się przez wspólną znajomą. Znamy się 2 lata, kumplowaliśmy się ze sobą, od czasu do czasu spotykaliśmy się na piwo pogadać etc, mieliśmy wspólnych znajomych. Od początku dobrze się dogadaliśmy, zdarzało się rozmawiać na bardzo osobiste tematy, była jakaś tam zażyłość. Może nie wydaliśmy się bardzo często, ale jednak zawsze te spotkania coś ze sobą niosły, gadało się szczerze o życiu. Od dawien dawna wiedziałam, że mu się podobam, bo nie raz to mówił, on mi zresztą też, ale wcześniej nic nie działałam, bo najpierw był zajęty (właśnie w tym dziwnym związku), potem był po nim zbolały, a potem jak już właściwie nic nie stało na przeszkodzie to ja uznałam, że pewnie i tak nie mam u niego szans i jakoś odpuściłam. Sama wtedy postrzegałam go wyłącznie jako kolegę. Aż do marca tego roku, gdy podczas jednego ze spotkań przy piwie i pogaduchach doszło między nami do pocałunków itp. A potem to już się samo potoczyło, stopniowo, stopniowo, aż w końcu po 2 miesiącach wylądowaliśmy w łóżku. Oboje tego chcieliśmy, więc to nie tak, że on mnie jakoś wykorzystał, sama miałam na to ogromne ciśnienie, nie raz to ja wychodziłam z inicjatywą... Sama na początku patrzyłam na to z dystansem, jednak, tak jak już napisałam w poprzednim poście, ta moja słabość do niego którą miałam od początku znajomości sprawiła, że niewiele mi było trzeba by poczuć coś więcej i zapragnęłam po prostu z nim być. Atmosfera gęstniała, gęstniała, w końcu doszło do wyżej wymienionej rozmowy gdzie on mi powiedział, że jestem mu bardzo bliska, ale nie umie przeskoczyć bariery koleżeństwa. Zdystansowałam się wtedy i powiedziałam sobie, ok, nic na siłę. Cierpiałam oczywiście, ale nie okazywałam tego. Minęły 2 tygodnie ciszy i on sam to ponownie rozkręcił. Znowu się często spotykaliśmy, znowu ze sobą sypialiśmy, było bardzo namiętnie, bo w łóżku akurat zgraliśmy się świetnie... I wtedy przyszły wakacje. Właśnie w tym najlepszym, najbardziej namiętnym momencie tej znajomości. Na czas wakacji rozjechaliśmy na dwa różne krańce Polski, kontakt się urwał. Uznałam potem, że najlepiej będzie to skończyć, skoro jestem we frienzd zone to nie mam już szans, chciałam zapomnieć i zdystansować się, przez całe lato próbowałam sobie go wybić z głowy. Jednak kiepsko mi to szło... Pozostało to ogromne niedopowiedzenie, które ciągle siedzi mi na przysłowiowej wątrobie. Pozostała też ogromna tęsknota. I tak mi zleciały te 3 miesiące... Nie raz chciałam się do niego odezwać, ale jakoś udawało mi się od tego powstrzymać, nie chciałam się narzucać, nie miałam pojęcia co on o tym wszystkim myśli.. Jednak traf chciał, że tydzień temu spotkałam go przypadkiem i niestety, serducho znowu zabiło. Widziałam, że ewidentnie ucieszył się na mój widok, nie uciekał, sam zagadał. Tak jak podejrzewałam, nadal patrzę na niego bardzo pożądliwym wzrokiem, i ani trochę nie stał mi się obojętny. Niestety teraz sytuacja jest trudniejsza, ja skończyłam już studia, nie mamy już okazji do przypadkowego spotykania się, dawna paczka znajomych w której się obracaliśmy też już się rozpadła. Mimo to czuję ogromną potrzebę rozkręcenia tej znajomości ponownie, czuję że pozostało tu za dużo niedopowiedzeń, on nie jest mi obojętny, nie sposób tego zostawić ot tak, uczucia są zbyt silne by zupełnie zaniechać i machnąć ręką...
No to bierz telefon do reki i pisz "dziś o 20;00 (- w jakimś tam miejscu) idziemy na kawę. Potwierdź"
Reszta sama się potoczy, bo widzę, że nie macie problemu ze spędzaniem wspólnie czasu
Spotkanie sam na sam może rozwiąże pewne zapytania? Masz dwie godziny, żeby wyglądać jak milion dolarów
W sumie co lepszego możesz teraz zrobić? Może jemu tydzień temu też serce drgnęło?
Hm, nie sądzę by był to najlepszy pomysł (przynajmniej na razie). Myślę, że teraz na pewno by odmówił. Chciałabym najpierw spotkać się z nim w większym gronie, żeby w ogóle zobaczyć jak się sprawy mają, jak się zachowuje, czy jest zdystansowany czy nie...
7 2014-10-14 20:57:34 Ostatnio edytowany przez sosenek (2014-10-14 20:58:38)
Minzy, zaintrygowała mnie twoja historia bo sama jestem w dziwnej relacji, tez przeplata sie przez to friend zone ale jednak troche inaczej jest u mnie.
Kazdy z nas jest inny, moze jestes subtelniejsza niz ja, ja bym była bardziej bezposrednia tzn nie dręczyla się juz więcej i nie biła z myślami, tylko tak jak ktoś wyjzej napisal, odezwałabym się do niego (niekoniecznie dzis na 20 bo to oczywiste ze moze miec plany), ale zwyczjanie bym zaproponowała kawe czy drinka w weekend np
tym samym dowiesz się na czym stoisz i będziesz miała spokojne sumienie. albo w tą albo w tamtą, zyskasz pewność której teraz ci brakuje i ruszysz dalej.
postaw wszystko na jedno kartę, co masz do stracenia?
ps czaisz się jak pies do jeża, a przecież kolegowaliście się i seks był, co ty się go tak krępujesz:)
Nie przypuszczam, abyś w to uwierzyła... że zadziała...
Napisz mu list... To co czujesz, napisz mu że Cię pociąga, że myślałaś o nim w wakacje, że mimo, że próbowałąś o nim zapomnieć, to się nie udało. Taki list może dużo zmienić. Oczywiście honor musi Ci pozwolić to napisać... bo on może tym wzgardzić, skomentuje jednym zdaniem, albo zbędzie milczeniem.
Jednak warto grać w miłości vabank -- co najwyżej nie będziecie parą. Jak nie napiszesz listu to pewnie też nie będziecie parą. Jak dasz radę to porozmawiaj z nim a nie pisz listu... zależy od tego jaka jesteś.
jak czytam, to jakbym ktoś o mnie pisał.
tez byłam w friend zone. ale olśniło mnie po 3 miesiącach spotykania sie z nim.
Początkowo deklarował się, że jest chemia, dzwonił parę razy dziennie, chciał się widzieć non stop.
mi sie to podobało. Po dwóch miesiącach , jakoś wszystko zaczęło sie psuć, nagle, bez wiekszego powodu.
były kłótnie, bo nie mieszkaliśmy w tym samym mieście, ale mieliśmy do siebie z 20 min autem.
Spotkania sie robiły rzadsze, a jak już do nich dochodziło, to był tylko seks, bez większej dozy romantyczności,
uczuć, całej tej powłoki. potem każdy wracał do swojego życia. myślałam, że obowiązki, praca tak na to wpływają.
Ciężko jest na początku wyczuć ten moment. Trzeba mieć oczy otwarte, słuchać instynktu.
kontakt telefoniczny tez był w pewnym sensie, planów na wieczór. wiadomo o co chodzi...
Kiedy się zorientowałam, że traktuje mnie jak pogotowie seksualne, to zrobiłam mu pranie mózgu.
Czemu , gdy dwoje sie zaczyna spotykać, deklaruje się, że szukają związku, miłości, zaufania, a po jakimś czasie
ktoś karmi Cie głodnymi kawałkami "jak pieknie wygladasz", "ładnie ci w tym uczesaniu" , "myślałem o Tobie".. itp..
tak naprawdę uciekając lub zacierając prawdziwy sens prawdy, że to nie związek już ( bo uczucia nie było, tylko zauroczenie), tylko friend zone. Chociaż sie zdążyłam zaangażować, minimalnie zakochać, to myślę, że jestem na tyle silną osobą, że dam rade.
dlatego tez, jeśli bym miała Ci coś doradzać, daj sobie spokój. jeśli teraz nic nie ma , uczuć z jego strony, to nie będzie.
związek to nie tylko przyciąganie, uroda kiedyś przeminie. Oczekuj zaufania, szacunku do siebie, swoich uczuć. On nie ma do Cb szacunku, idąc z Tb do łózka, dla swojej przyjemności,wiedząc że coś do niego czujesz. przez łózko do niczego nie dojdziesz, tylko się skrzywdzisz. Ja wiem, że może korcić, po jakimś czasie, by mu sms wysłać. ale nie warto. być może nadejdzie kiedyś moment, kiedy to ON Cię zobaczy z kimś innym, i zrozumie, że postępował źle, że jest juz za poxno.
gary - jak zwykle z radami, z którymi zdrowy na umyśle człowiek nie wie co robić.
Tak, niech mu wyzna miłość i poda się na złotej paterze z jabłkiem w buzi, niczym prosiak z piekarnika.
Facet będzie miał niezłą pompę.
<załamka>
uwielbiam kiedy elle wkracza z toną cynizmu i świadomością, że każdy wykorzystuje drugą osobę gdy tylko ma okazję ![]()
w końcu sama taka jest...
ps czaisz się jak pies do jeża, a przecież kolegowaliście się i seks był, co ty się go tak krępujesz:)
To prawda, z tym jeżem. Sama nie wiem czemu tak jest. Mam trochę problem z wyrażaniem emocji w stosunku do facetów. Kilka razy, w przeszłości, było już tak, że się przed kimś otworzyłam i spotkałam się z negatywnymi reakcjami. Dlatego z czasem samoczynnie wytworzyła się we mnie taka (zapewne nadmierna) ostrożność i gdy jakiegoś faceta nie postrzegam tylko jako kumpla to zawsze pojawia się obawa, że może się narzucam, że może pomyśli że coś tam, że może się wygłupiam, itp. I to mnie bardzo blokuje, przez to właśnie ta zachowawczość. Niestety przyznaję, że zawsze panicznie boję się odrzucenia i to powoduje, że działam na zasadzie "jeden krok do tyłu, dwa do przodu". Chciałabym, ale boję się i to powoduje ogromną blokadę.
Napisz mu list... To co czujesz, napisz mu że Cię pociąga, że myślałaś o nim w wakacje, że mimo, że próbowałaś o nim zapomnieć, to się nie udało. Taki list może dużo zmienić. Oczywiście honor musi Ci pozwolić to napisać... (...) Jak dasz radę to porozmawiaj z nim a nie pisz listu... zależy od tego jaka jesteś.
Co do listu... Też o tym myślałam przez moment, ale jeszcze przed wakacjami, jednak odpuściłam w końcu, to głupie. Mam wrażenie, że to byłoby z góry skazane na porażkę. To dość karkołomna sprawa, 3 miesiące ciszy z mojej strony i nagle wyskakuję z wielkimi wyznaniami w liście? Wydaje mi się, że większość ludzi poczuła by się przytłoczona czymś takim. Zresztą, kiedyś, kiedyś, lata temu też byłam w kimś zakochana i "załatwiałam" tą sprawę przez listy właśnie - i to było najgorsze co mogłam wtedy zrobić. Dziś, z perspektywy czasu już wiem, że nie zdecyduję się więcej na taką formę. Wolałabym pogadać, ale też nie stawiac od razu wszystkiego na ostrzu noża, nigdy nie lubi być podparty do ściany. Wiem już, że umiemy normalnie ze sobą tak pogadać, szczerze i bez zbywania, więc wolę zdecydowanie tą formę. Tylko muszę poczekać na odpowiedni moment. Nie chce od razu, na dzień dobry, po 3 miesięcznej przerwie wyskakiwać z deklaratywnymi rozmowami, to by było z góry skazane na porażkę. Nie zawsze odkrywanie wszystkich kart na raz jest dobre, czasem może bardziej zaszkodzić i odstraszyć druga osobę. Chcę najpierw zobaczyć, jak się "sprawy mają". Jeśli wyczuję wyraźny dystans z jego strony to wycofam się już nawet bez żadnych rozmów.
ktoś karmi Cie głodnymi kawałkami "jak pięknie wyglądasz", "ładnie ci w tym uczesaniu" , "myślałem o Tobie".. itp..
Oj, to nie tak, że on mnie jakoś bajerował takimi zagrywkami, to nie jest taki typ faceta komplemenciarza czy bajeranta. Ja też raczej jestem oporna na takich, bo właśnie od razu włącza mi się lampka ostrzegawcza, że ktoś nie jest szczery. Owszem, na przestrzeni tych 2 lat kiedy się znaliśmy nie raz tak mówił - co było dla mnie sygnałem, że jakoś tam mu się podobam, ale nigdy nie było to nachalne czy interesowne.
dlatego tez, jeśli bym miała Ci coś doradzać, daj sobie spokój. jeśli teraz nic nie ma , uczuć z jego strony, to nie będzie.
Oczywiście, może tak być, wcale nie zamierzam się zaperzać, że na pewno będą. Szklanej kuli nie mam. Ale też z doświadczeń swoich czy znajomych nauczyłam się tego, że nigdy nic nie wiadomo. Ja już takie historie widziałam, że nic mnie nie zdziwi. Też mam jednych znajomych, w czasach gdy studiowali facet ją spławił, ona cierpiała, jakoś tam zapomniała. Spawa wydawała się przegrana raz na zawsze. Spotkali się rok później, znów zaiskrzyło... i dziś są małżeństwem. Nigdy nie ma na to jednej reguły, że skoro jest tak, to tak będzie już zawsze. Nie mówię, że tak musi być w moim przypadku, bo pewnie ze nie, ale może być różnie. ja tez na tego faceta jeszcze rok temu patrzyłam tylko jako na kolegę i jakby mi ktoś powiedział, że cokolwiek między nami będzie to bym parsknęła śmiechem. A jednak, czas minął i dużo się zmieniło.
związek to nie tylko przyciąganie, uroda kiedyś przeminie. Oczekuj zaufania, szacunku do siebie, swoich uczuć. On nie ma do Cb szacunku, idąc z Tb do łózka, dla swojej przyjemności,wiedząc że coś do niego czujesz. przez łózko do niczego nie dojdziesz, tylko się skrzywdzisz.
Spodziewałam się, że ktoś może wyjść z taką tezą. To naturalne. Niemniej jednak, to nie jest tak, że ja z nim sypiałam po mnie jakoś bardzo namawiał czy bo myślałam, że coś w ten sposób osiągnę. W żaden sposób nie czuję się wykorzystana i nie żałuję tych zbliżeń, bo oboje tego chcieliśmy. Też nie jestem niewiniątkiem skrzywdzonym przez złego faceta, któremu chodziło tylko o seks. O mnie też można powiedzieć, że nie miałam do niego szacunku, bo na początku, zanim się zaangażowałam, też nie myślałam o nim poważnie, tylko też myślałam tylko o seksie, o okazji na fajną przygodę. Więc tez nie byłam taka kryształowa. Poza tym, do łóżka poszliśmy dla NASZEJ przyjemności, a nie tylko jego przyjemności. Nie oceniajmy tego tak zero-jedynkowo. Ja wiem, że wszyscy wokoło mówią, że facetom to chodzi tylko o jedno. Ale sorry, nie oszukujmy się, kobietom o to nie chodzi? Chodzi tak samo, tylko bardziej się z tym kamuflują i mało która przyzna do tego wprost czy przejmie inicjatywę, bo utarło się, że nie wypada.
Znam gościa 2 lata. Po takim czasie można już coś powiedzieć o człowieku, zdecydowanie. I jedno wiem na pewno (i to jest nie tylko moje zdanie), że nie jest to typ tzw kutasiarza, który nie ma skrupułów i szuka tylko okazji by coś sobie zorganizować do łóżka (sam zresztą przyznał mi się do bardzo małego doświadczenia w tej sferze, mimo, że wcale nie pytałam). Przeciwnie, to dość wrażliwy chłopak (choć nieźle się z tym kryje). Nasza znajomość nigdy nie była zorientowana tylko na seks. Nigdy nie było tak, że on się do mnie odzywał tylko jak mu się zachciało. Czasem seks był, owszem, a czasem nie było i ważniejsze były inne rzeczy - rozmowa, wsparcie, itp. Nikt nie był dla nikogo pogotowiem seksualnym i nigdy nie było tak by któreś z nas nie miało dla drugiej strony szacunku.
Wiesz co... Wg mnie jak Ty będziesz tak czekała i czekała na odpowiedni moment to jakaś Ci go sprzątnie sprzed nosa i dopiero będzie Ci źle.
To, że zaprosiłabyś go na kawę wcale nie jest nachalne. Nachalne byłby gdybyś się uwzięła i po jego ewentualnej odmowie go prosiła etc. Trochę wyolbrzymiłaś to. Nawet gdyby mu ten sam dzień nie pasował to możliwe, że zaproponowałby inny, albo jakoś rozmowa sama by się pociągnęła - szczególnie, że był wieczór a ludzie z reguły jacyś bardziej otwarci wtedy są
Co do listu... Wgl mnie najgłupszy pomysł ever. Bo facet gdzieś podświadomie poczułby przewagę, że to on dyktuje warunki a po drugie, który facet będzie się starał o kobietę która zakochała się w Nim bez jego starań? Z facetem trzeba dobrze rozegrać i w brew pozorom to całkiem proste. Szczególnie w Twoim przypadku, gdzie masz pewność, że pociągasz go seksualnie.
Obiektywnie patrząc... Masz przewagę (nad przykładową inną kobietą), bo masz z nim fajne wspomnienia - nie sądzę by czegoś żałował haha i spoko perspektywę na przyszłość. Musisz tylko dać sygnał i się otworzyć.
Może on gdzieś wyczuł (mimo Twojego wyznania) Twoje zdystansowanie i go to odrzuciło?
Ok, podsumowując... Nie ma co czekać i myśleć tyle, analizować bo to nic nie da a jedynie przedłuży czekania, albo jeszcze zniechęci. Jeżeli ci zależy to zaangażuj spotkanie albo daj sobie spokój. Tyle możesz zrobić.
Mówi się, że ponoć tzw friend zone to domena facetów i kobietom się to rzadko zdarza, a jednak, nie ma to reguły. Mam 27 lat, zakochałam się w swoim koledze. Były między nami pewne zbliżenia, on sam zaczął całą tą historię. Do pewnego momentu szło dobrze, ale później stwierdził, że postrzega mnie jako koleżankę. Zdystansowałam się wtedy trochę i po jakimś czasie on znów rozkręcił tą znajomość, więc nic już z tego nie rozumiem. W namiętnej, lecz nienazwanej relacji przebujaluśmy się kilka miesięcy. Zaangażowałam się w to, zawsze miałam do niego słabość i mi się podobał, więc nie trzeba mi było dużo by poczuć coś więcej. Wiem, że my się bardzo podobam, więc to friend zone jest dla mnie nie do końca zrozumiałe, zwlaszcza że sam to zaczął... Wiem, że sytuacja jest trudna i nie liczę na cud, ale mumo wszytsko chciałabym spróbować coś jeszcze z tym zrobić. Co można zrobić, by dostrzegł we mnie kobietę, nie tylko koleżankę? Czy można zrobić cokolwiek, czy jak już ktoś nas tak sklasyfikuje to pozamiatane i sprawa przegrana?
Generalnie ciężko przyjaźnić się gdzie osoby są różnej płci. Jest to możliwe, jeżeli między nimi nie ma żadnej chemii i z góry jesteśmy pewni, że tą osobę traktujemy jak brata/siostrę.
Inaczej bardzo łatwo przekroczyć cienką granicę pomiędzy platoniczną przyjaźnią a czymś więcej.
Wszystko zależy od indywidualnego przypadku, nie ma standardów
jak wyżej, propozycja kawy nie bedzie nachalna w najmniejszym stopniu. działaj!
16 2014-10-15 09:36:44 Ostatnio edytowany przez assassin (2014-10-15 09:39:29)
Po pierwsze to nie friendzone a ff, po drugie trudno powiedzieć, czy chciałby w ogóle Twój gość wiązać się z dziewczyną, z którą był w relacji ff, z fusów wróżyć nie umiem...
17 2014-10-15 19:32:34 Ostatnio edytowany przez Minzy (2014-10-15 19:35:23)
Po pierwsze to nie friend zone, a relacja ff
Nie zgadzam się z tym. Sytuacja w której jedna strona czuje do cos do drugiej, a druga postrzega ją jako kolegę/koleżankę to właśnie friend zone. A to, że w miedzy czasie był też jakiś seks to nie wyklucza tego i nie zmienia faktu, że ja go nie postrzegam wyłącznie jako kumpla i nie chodzi mi tylko i wyłącznie o seks.
Dla mnie ff to typowy układ seksualny ? ja ci daje seks, ty mi dajesz seks, ale oboje wiemy ze chodzi tylko o to i tylko po to się spotykamy, zastrzegając sobie od razu na wstępie, że to jest bez zobowiązań. Tak jak bym zdefiniowała ff. U nas seks wynikł spontanicznie, nie był celem samym w sobie. Owszem, najpierw postrzegałam go tylko jako ?obiekt seksualny?, ale jeszcze zanim w tym łóżku wylądowaliśmy ? już pojawiło się u mnie zaangażowanie.
Ja bym całą tą historię bardziej określiła mianem ?romansu?, jeśli już koniecznie musimy się bawić w nazewnictwo. Ale czy to ważne jaką etymologię tu przyjmiemy?
Obiektywnie patrząc.. Masz przewagę (nad przykładową inną kobietą), bo masz z nim fajne wspomnienia ? nie sądzę by czegoś żałował haha i spoko perspektywę na przyszłość.
Wiem, że nie żałuje
Generalnie to oboje byliśmy bardzo podekscytowani tym wszystkim, zwłaszcza, że seks wyszedł nam naprawdę rewelacyjny ? a oboje mieliśmy malutkie doświadczenie w tych sprawach, więc wiadomo, takie żółtodzioby zawsze bardzo się tym ekscytują.
Z facetem trzeba dobrze rozegrać i wbrew pozorom to całkiem proste. Szczególnie w Twoim przypadku, gdzie masz pewność, że pociągasz go seksualnie.
Dla wielu kobiet pewnie byłoby to proste, wiem
Są takie które potrafią zarzucić tą swoją ?kobiecą sieć? i czasem nawet nie muszą kiwnąć palcem by ten którego same sobie upatrzą zainteresował się nimi. Widziałam takie przypadki, owszem. Ale jak one to robią? to ja nigdy nie zrozumiem
Niestety, ja do takich kobiet nie należę. Zupełnie nie mam tej umiejętności podrywania, kokietowania czy jak to się tam nazywa? Brakuje mi bardzo pewności siebie i mam poczucie, że zachowuję się jak słoń w składzie porcelany. Niestety, swoje dokłada tutaj niska samoocena i takie głosy w środku głowy: ?i tak nic z tego nie będzie?, ?przecież on mógłby mieć niejedną fajniejszą/ładniejszą/etc?, ?przecież ja nie mam u niego szans? itp. Oczywiście, staram się z tym walczyć, dużo wysiłku włożyłam w to by przekonać samą siebie że mogę w ogóle ?sięgnąć? po tego faceta. Jakoś się w końcu udało i nawet nieźle rozwinęłam skrzydła. Ale teraz, po tych 3 miesiącach przerwy mam wrażenie, że wróciłam do punktu wyjścia i niejako muszę zacząć tą historię niemalże od początku.
Owszem, mam pewność że pociągam go seksualnie. Nie raz to mówił, okazywał, no i w łóżku też był ogień więc wątpliwości nie mam. Ale czy to nie jest tak, że samo przyciąganie fizyczne to za mało? Owszem wiem, że faceci to wzrokowcy i atrakcyjność fizyczna kobiety jest dla nich ważna, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że może ona załatwić wszystko.
Dziś widziałam go ponownie. Trochę niestety odzywa się we mnie strach i wydygana nastolatka, bo nie zebrałam się na odwagę by zaproponować jakieś spotkanie. Sama nie wiem czemu. Chyba za mocno zakodowałam sobie w głowie, że jestem bez szans (tak, to znów się odzywa moja niska samoocena?). Ciężko będzie się uporać z tym demonem siedzącym na ramieniu. Nie widzę by był wobec mnie szczególnie zdystansowany, podchodzi, rozmawia, nie ucieka. Ale entuzjazmu też specjalnego nie widzę. Wiec sama nie wiem, chyba to faktycznie jest z góry skazane na porażkę? Postaram się w ciągu kilku najbliższych dni podjąć decyzję co z tym robić dalej, bo sama wiem ze takie przeciąganie niczemu dobremu nie służy.
Zwyczajnie brak mi odwagi. Tylko... i aż.
Friendzone, jest bez "aktów płciowych". Traktowanie aseksualne ![]()
Friendzone, jest bez "aktów płciowych". Traktowanie aseksualne
Jak już pisałam powyżej - etymologia jest tu najmniej ważna.
To może pytanie powinno brzmieć: czy jest możliwe odwzajemnienie miłości, u osoby która jeszcze nic nie czuje? Czy nie ma wielu przypadków, gdy tylko jedna osoba jest zakochana, a druga "dochodzi" do niej po czasie? I nieważna płeć.
To może pytanie powinno brzmieć: czy jest możliwe odwzajemnienie miłości, u osoby która jeszcze nic nie czuje? Czy nie ma wielu przypadków, gdy tylko jedna osoba jest zakochana, a druga "dochodzi" do niej po czasie? I nieważna płeć.
Ja nadal podtrzymuję swoje zdanie, że użycie terminu frienzd zone nie jest błędne. Jeśli pada stwierdzenie "widzę w tobie kolegę/koleżankę" to cóż to jest innego?
I ja uważam, że płeć jest tu akurat ważna, bo faktem niezaprzeczalnym jest to, że to jednak częściej spotyka mężczyzn. Nie raz też spotkałam się ze stwierdzeniem, że kobietom łatwiej stamtąd wyjść. Stąd pytanie właśnie takie, a nie inne i naprawdę nie widzę sensu spierania się o nazewnictwo, bo nie to jest tutaj sednem.
Czy on w ogóle związku chce? Czy macie podobne spojrzenie na to? Czemu nie nadajesz się na partnerke, wiesz? Lubicie czas ze sobą spędzac, jest pożądanie, nie widzicie wspólnego życia? Czy to nie czasem wina tego, że on w ogóle nie chce związku,z kimkolwiek? Mysle, ze te wasze wspólnie słabe osobowości to wszystko psują i jego traumy z wcześniej. Nie zakończył tego w głowie, no i pewnie one były inne niz Ty, w innym typie. Mozna strzelać, że chce kogoś silniejszego bo komplementarnie. Mozesz go po prostu obciążać, zamiast mu dawać tego co mu potrzebne. I absolutnie nie jest to Twoja wina. Ty jak pewnie zdecydowana większość kobiet - doszło do seksu, więc od razu masz trybik w głowie pt związek i usidlenie, ale czy nie mydlisz sobie gdzieś oczu? Czy znacie sie na tyle i macie podobne spojrzenie na związek, by mogło wam się ŻYĆ RAZEM dobrze? Czy tylko spotykać...
23 2014-10-15 21:10:58 Ostatnio edytowany przez JA_skółka (2014-10-15 21:12:43)
Widzi w Tobie koleżankę, ale do łóżka chętnie z Tobą wskoczy, no... Fajne to koleżeństwo ![]()
Jeśli już doszło między Wami do seksu, nastąpiło to największe zbliżenie, skoro mu 'zależy', to czemu w takim razie się nie odezwał podczas tej wakacyjnej rozłąki? I czemu Ty się nie odezwałaś? Do łóżka pójść fajnie, ale odezwać się nie, bo mu się narzucam. Ahh wspaniałe podejście ![]()
Ta rozłąka, jak dla mnie nie zrobiła na nim większego wrażenia. Byłaś blisko- ok, byłaś daleko- też ok, ani grzeje, ani ziębi ![]()
Przynajmniej takie wrażenie odnoszę z Twoich postów.
Odpowiedz sobie, tak zupełnie szczerze, na pytania, które zadał Ci ThePass w ostatnim poście. Tylko nie okłamuj samej siebie, bo to większego sensu nie będzie miało. Może coś pomoże?
Edit: Btw. Może on po prostu nie chce związku z autorką? Po co? Był seks bez większego zaangażowania z jego strony, teraz czas na coś świeżego?
Na wiele pytań mógłby odpowiedzieć zapewne tylko on sam, albo ewentualnie Wróżbita Maciej, ale ok, spróbuję...
Czy on w ogóle związku chce?
Czy macie podobne spojrzenie na to?
Z tego co mi wiadomo z różnych rozmów - zdecydowanie zarówno i jego jak i mnie interesują bliższe relacje, a nie przelotne.
Mówił, że nie raz miewał okazję na przypadkowy seks, ale z nich nie korzystał, bo w ogóle go do tego nie ciągnęło. U mnie było dokładnie tak samo, nie miałam wielu partnerów seksualnych, nigdy nie traktowałam seksu instrumentalnie.
Czemu nie nadajesz się na partnerkę, wiesz?
Nie wiem. To już trzeba by zapytać jego co konkretnie sprawia, że postrzega mnie tak a nie inaczej.
Mysle, ze te wasze wspólnie słabe osobowości to wszystko psują i jego traumy z wcześniej. Nie zakończył tego w głowie, no i pewnie one były inne niz Ty, w innym typie.
Bardzo możliwe, sama wiem jak on to ciężko przeżył, bo byłam naocznym świadkiem tej sytuacji. Dziewczyna bardzo mocno kopnęła go w dupę i podkopała jego samoocenę. Może tez być tak, że on może i by chciał, ale boi się, że sytuacja się powtórzy - że on się zaangażuje, a ja, podobnie jak ona, po jakimś czasie go spławię, bo mi się odwidzi. To naturalne, że ludzie po takich sytuacjach są dużo ostrożniejsi i nie potrafią ot tak zaufać. I podejrzewam, że ta obawa tutaj najbardziej wadzi. Jednak wiele obaw można z czasem przeforsować, poznać kogoś bliżej, zaufać, więc to nie ma reguły. Gdyby tak było, że ludzie raz skrzywdzeni mieli być do końca życia sami to pewnie większość z nas by taka była, bo każdy lżej lub mocniej dostał kiedyś po tyłku od płci przeciwnej. Niestety, jego niska samoocena jest wyraźnie wyczuwalna i być może on zwyczajnie nie wierzy w to, że moje uczucia są szczere i boi się kolejnego odrzucenia.
Ty jak pewnie zdecydowana większość kobiet - doszło do seksu, więc od razu masz trybik w głowie pt związek i usidlenie, ale czy nie mydlisz sobie gdzieś oczu?
Nie lubię wrzucania do jednego worka z całą resztą populacji damskiej. Ale ok... Pisałam już gdzieś powyżej, że zanim jeszcze doszło do seksu, ja już byłam zainteresowana nim nie tylko seksualnie. Więc "trybik" tu nie zadziałał, nie trafiłeś.
Po drugie - nie jestem osobą, która zakochuje się co chwila w kimś innym, która usilnie szuka okazji do usidlenia. Mam 27 lat, a to jest moje tak właściwie, dopiero drugie duże zaangażowanie emocjonalne. Więc nie traktuję tego pochopnie, że o, trafił się jakiś, to będę go łapać, bo może kolejny szybko się nie przydarzy. Nic z tych rzeczy, nigdy nie szukałam związków na siłę i nigdy nie było tak, że angażowałam się w 5 minut.
Czy znacie sie na tyle i macie podobne spojrzenie na związek, by mogło wam się ŻYĆ RAZEM dobrze? Czy tylko spotykać...
Uważam, że nasze spojrzenie nie tylko na związki, ale w ogóle na życie, jest wystarczająco podobne. Zawsze go ceniłam i uważałam za wartościowego człowieka, a przy jeszcze bliższym poznaniu jeszcze bardziej zyskał w moich oczach. Niemniej jednak, na twoje pytanie nikt nie zna dobrej odpowiedzi od razu na wstępie. Nikt, zaczynając jakąś relację nie ma pewności, że jest z kimś idealnie dobrany i wszystko będzie super. Każdy od czegoś zaczyna, poznaje się bliżej, buduje to stopniowo. To nie jest tak, że jak ludzie wchodzą w związek to pojawia się napis "happy end" i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Po prostu się próbuje, każdy związek, czy w ogóle relacje międzyludzkie to wspólna praca nad tym i czy to się uda czy nie - dowiadujemy się po czasie.
Jeśli już doszło między Wami do seksu, nastąpiło to największe zbliżenie, skoro mu 'zależy', to czemu w takim razie się nie odezwał podczas tej wakacyjnej rozłąki? I czemu Ty się nie odezwałaś? Do łóżka pójść fajnie, ale odezwać się nie, bo mu się narzucam. Ahh wspaniałe podejście :)
Pisałam już w poście wcześniej czemu nie odzywałam się podczas rozłąki. Chciałam po prostu zapomnieć, odkochać się. Niestety, nie udało mi się. Gdyby nie było tej 3 miesięcznej przerwy odezwałabym się do niego bez wahania i obaw. Jednak po takiej przerwie, gdy znajomość się urwała w zasadniczym momencie i pozostało wielkie niedopowiedzenie, to już skrupuły są większe.
Nie wiem czy mu 'zależy', nigdzie tego nie pisałam. A czemu on się nie odzywał? Nie wiem. Może miał mnie w dupie, może tez się czegoś obawiał, może też chciał się zdystansować, może tez nie wiedział co myśleć, może myślał że ja mam go w dupie skoro milczę więc się wygłupi? Scenariuszy może być tysiąc, mogę tylko gdybać.
Ta rozłąka, jak dla mnie nie zrobiła na nim większego wrażenia. Byłaś blisko- ok, byłaś daleko- też ok, ani grzeje, ani ziębi :)
Przynajmniej takie wrażenie odnoszę z Twoich postów.
Być może masz rację, nie będę się kłócić, bo sama tego nie wiem. Jednak byłam już raz w sytuacji gdy facet, który rzadko się do mnie odzywał, wydawał się bardzo zdystansowany - wyskoczył mi potem z wyznaniem miłosnym i twierdził, że był bardzo zainteresowany cały czas. Zbaraniałam wtedy, bo nigdy bym na to nie wpadła, jego zachowanie pokazywało coś kompletnie odwrotnego. Podobne przypadki widywałam też kilkakrotnie u znajomych. Więc wiem już, że nie ma na to reguły, pozory często mylą. Zwłaszcza jak ludzie są mało doświadczeni w sprawach damsko męskich, a my oboje tacy jesteśmy, to nie raz działa się po omacku i irracjonalnie. Oczywiście tak nie musi być... ale może.
Może on po prostu nie chce związku z autorką? Po co? Był seks bez większego zaangażowania z jego strony, teraz czas na coś świeżego?
O tym jak on postrzega tą sferę życia już pisałam na początku tego posta.
Gdyby on był mi obojętny to do łózka bym z nim poszła, on ze mną również. To nie był związek, ale bez wątpienia, byliśmy sobie dość bliscy. Nie raz rozmawialiśmy na bardzo osobiste tematy, na które, jak sam powiedział, mógłby porozmawiać tylko z najlepszym kumplem. Więc nawet jeśli nie było z jego strony miłości, to wiem, że nie byłam dla niego kimś przypadkowym, kto po prostu gdzieś tam się nawinął, to czemu by nie skorzystać, a potem zmienić na lepszy model. Możecie mnie oczywiście posądzić o naiwność, ale co do tej jednej sprawy akurat nie mam wątpliwości.
Ok, rachunek sumienia zrobiony ![]()
Nie odbieraj mojego pierwszego postu jako atak, czy chęć wykłócania się, nie takie miałam zamiary.
Teraz do rzeczy. Masz aktualny numer do niego? Zbierz się w sobie i się umówcie!
Zapytaj go o te rzeczy, na które według Ciebie tylko on zna odpowiedź, a może zadaj mu wszystkie pytania umieszczone przez ThePassa? Chyba najwyższy czas i pora, byście się dogadali, bo szkoda trochę takiego szarpania z uczuciami, szkoda też Twojego czasu na rozterki. Jeśli twierdzisz, że może być tak zakompleksiony, że w to nie wierzy, to zadziałaj. Chyba rzeczywiście nie masz nic do stracenia, jedyne zyskać możesz: jasność sytuacji, spokój ducha.
Ok, rachunek sumienia zrobiony
Nie odbieraj mojego pierwszego postu jako atak, czy chęć wykłócania się, nie takie miałam zamiary.
Nie odebrałam jako atak. Zadano mi pytania, więc na nie odpowiedziałam, tyle ![]()
Po prostu działaj! Lepszej rady tutaj nie dostaniesz. Chyba wszyscy jesteśmy zgodni w tej kwestii ;D
Spotkaj się z Nim sam na sam. Nie czekaj na żadne większe grono, po prostu nie czekaj. Czas nie pomaga Ci w Twojej sytuacji.
Jeżeli coś wyda Ci się nie jasne, to pisz, my Ci pomożemy. Teraz to możemy tylko gdybać razem z Tobą ![]()
zgadzam sie z nite
Moim zdaniem takie sytuacje wcale nie są skomplikowane. Trudne są wyłącznie dla tej osoby, która ma wobec danej znajomości jakieś oczekiwania, a sytuacja nie układa się wg przewidywań. Nawet sama wspomniałaś o myśleniu życzeniowym. Moim zdaniem mogło być tak.
Facet z jakichś bliżej nieznanych nam i Tobie (jemu na 100% tak) powodów, po prostu nie chce z Tobą być. Przyczyn może być milion. Nigdy nie możesz mieć pewności, że nie byłaś, czy to pocieszeniem po nieudanej relacji, czy to osobą do umilania wolnego i jednocześnie nudnego czasu, takim urozmaiceniem. Rozmawiało Wam się dobrze i wszystko było w porządku, bo najwyraźniej Cię polubił. Potem doszedł seks, bo do niego droga krótsza niż się wydaje i również nie narzekał. Wszystko to jednak funkcjonowało bez żadnego emocjonalnego zaangażowania. Moim zdaniem ta znajomość i jej kształt po prostu był mu w danej chwili na rękę. Dodam że najprawdopodobniej od dłuższego czasu wiedział, że niczego poważniejszego z Tobą nie stworzy. W pewnym momencie powie STOP (w Waszym przypadku wakacje) i problem sam się rozwiąże. Zastanów się. Kto normalny nie odezwałbym się przez 3 miesiące do osoby, z którą był na tyle blisko, że uprawiał z nią seks? Ty nie jesteś dziewczyną poznaną dwa tygodnie temu, która nie wysłała konkretnych sygnałów na drugiej randce (albo co najwyżej zdystansowanie), a facet bije się myślami czy nie wyjdzie na głupka odzywając się ponownie. Tutaj nie ma wielkiej filozofii - gdyby CHCIAŁ to utrzymywałby kontakt. Obecnie NIE CHCE. Powiem więcej - możliwe że wakacyjny wyjazd był mu nawet na rękę, bo już przed nim wiedział, że i tak relacja się spauzuje, jeśli nie cofnie, a on nie będzie przypierany do muru pytaniami z określeniem się co z Waszą znajomością będzie się działo dalej. Dodatkowo przy ponownym spotkaniu będzie mógł powiedzieć "O co Ci chodzi? przecież nie widzieliśmy się 3 miesiące?".
Moim zdaniem gość się Tobą bawi. Ciebie taka sytuacja bardzo męczy, męczy Cię niepewność i ta iskra nadziei. Czy nie dziwi Cię, że pomimo tak daleko posuniętej znajomości, boisz się zaprosić go na głupią kawę? Czy to normalne? Podświadomie wiesz, że wiele rzeczy jest tutaj "nie tak", ale z drugiej strony boisz się wyklarować tę sytuację raz na zawsze. Mogłabyś zrobić dwie rzeczy. Całkowicie urwać kontakt, zapomnieć, zaorać, zakończyć. Wtedy jednak nadal będzie Cię dręczyć wspomniana niepewność. Umów się z nim. Zadzwoń najnormalniej w świecie. Zaproponuj termin. Zacznie się wymigiwiać, nie zaproponuje alternatywnego dnia - olej. Spotkacie się- obserwuj go uważnie, zadaj kilka niewygodnych pytań (np. wspomniany brak kontaktu) i dowiesz się czy traktuje Waszą znajomość poważnie czy nie. Tylko nie złap się na miłe słówka, bo wtedy będziesz to ciągnęła miesiącami, a efekt będzie żaden.
Tylko muszę poczekać na odpowiedni moment. Nie chce od razu, na dzień dobry, po 3 miesięcznej przerwie wyskakiwać z deklaratywnymi rozmowami, to by było z góry skazane na porażkę. Nie zawsze odkrywanie wszystkich kart na raz jest dobre, czasem może bardziej zaszkodzić i odstraszyć druga osobę. Chcę najpierw zobaczyć, jak się "sprawy mają". Jeśli wyczuję wyraźny dystans z jego strony to wycofam się już nawet bez żadnych rozmów.
Tak się przegrywa miłość -- żadne nie chce się ujawnić dopóki drugie nie udowodni, że mu zależy. Żadne nie chce się otworzyć, bo to przecież niehonorowe "dostać kosza". Można popełnić taki błąd, że wyskoczyć z deklaracjami miłości, albo zaangażowania i tym obciążyć drugą osobę i wszystko zpesuć... Ale to zupełnie inna sytuacja, gdy ktoś nie otwiera się, aby druga osoba nie została bardziej dowartościowana, albo nie znalazła się pozycji "wyższości", "kontroli".
Dodam że najprawdopodobniej od dłuższego czasu wiedział, że niczego poważniejszego z Tobą nie stworzy. W pewnym momencie powie STOP (w Waszym przypadku wakacje) i problem sam się rozwiąże. (...)
możliwe że wakacyjny wyjazd był mu nawet na rękę, bo już przed nim wiedział, że i tak relacja się spauzuje, jeśli nie cofnie, a on nie będzie przypierany do muru pytaniami z określeniem się co z Waszą znajomością będzie się działo dalej.
No nie do końca tak było. O tym, że wyjeżdżam na całe lato (wyjazd zarobkowy) nie wiedziałam na pewno prawie do ostatniej chwili i on o tym nie wiedział, że będę gdzieś wyjeżdżać. Gdybym nie wyjechała wtedy to oboje byliśmy latem w mieście i nic by nie stało na przeszkodzie by kontynuować to dalej. Oczywiście nie mówię, że to znaczy nie wiadomo co, bo faktycznie mogło być tak, że i tak chciał mnie spławić, ale żadne z nas nie wiedziało wtedy jeszcze, że ta rozłąka zrobi się niejako "sama". O tym, że na pewno jadę dowiedziałam się dopiero na początku lipca i faktycznie, kilka dni później pojechałam.
Zastanów się. Kto normalny nie odezwałbym się przez 3 miesiące do osoby, z którą był na tyle blisko, że uprawiał z nią seks?
To samo można by powiedzieć o mnie, bo też się nie odezwałam... A mimo tego milczenia - zależało mi i nadal zależy. Tylko odwagi brakło. Strach przed odrzuceniem to coś co potrafi bardzo silnie związać ręce.
Podświadomie wiesz, że wiele rzeczy jest tutaj "nie tak".
Ależ ja to wiem zupełnie świadomie, nie tylko podświadomie. Nigdzie nie pisałam, że była to przepiękna sielankowa znajomość, gdzie codziennie ślubowalismy sobie wielkie uczucie. Było mnóstwo niedopowiedzeń, jego dystans, mój dystans, zaczynanie i wycofywanie się obu stron, poza jedną szczerą rozmową bak komunikacji werbalnej, a jednocześnie coś co jednak sprawiało, że mimo tego całego bałaganu coś nas do siebie ciągnęło. I nie był to tylko i wyłącznie pociąg fizyczny.
Ja sama wiem jak z boku to wygląda i gdyby jakaś moja koleżanka mi opowiedziała taką historię, to pewnie też bym jej powiedziała, żeby dała sobie spokój. Ale łatwo mówić to z boku, ze środka to już inaczej to wygląda. Z drugiej strony słyszałam już tyle pokręconych historii, które jednak kończyły sie happy endem, że nie sposób nie mieć tej nutki nadziei, że może jednak...?
Żadne nie chce się otworzyć, bo to przecież niehonorowe "dostać kosza".
Kosza dostałam już nie raz w życiu, więc wiem jak to smakuje, nic nowego dla mnie. Nie chodzi o niehonorowość, chodzi po prostu o bolesność. Jeśli wiem, że i tak go dostanę, to po cóż lecieć jak ćma do ognia wiedząc, że się w tym spalę?
Dziękuję za wszystkie rady i spojrzenie na sprawę z innej perspektywy niż moja. Ale po kilku dniach przemyśleń postanowiłam, że zostawię to tak jak jest. Bez wyjaśnień, bez zabiegania, bez dążenia do spotkań. Przecież i tak wiem co bym usłyszała, więc może lepiej sobie tego oszczędzić. I nie chodzi tu bynajmniej o dumę, honor, czy inne takie. Po prostu nie wierzę w to, że to mogłoby się udać, dlatego ogarnęła mnie kompletna rezygnacja. Po prostu poddaję się. Szkoda mi potwornie, mówiąc kolokwialnie, potworny żal mi dupę ściska, bo facet był grzechu wart, ale jestem świadoma tego, że niezależnie od tego cokolwiek bym zrobiła - nie sprawię, że mnie pokocha. Nie mam takich czarodziejskich mocy.
Może to i lepiej, że nie będzie wiedział jak ja go postrzegałam. Po co mu ta wiedza.
Gdyby cokolwiek jeszcze wydarzyło się w tej historii (w co wątpię, no ale, wiadomo, nigdy 100% pewności się nie ma) to napiszę jak się dalej sprawy potoczyły. Ale nie wierzę w to, że cokolwiek mogłoby się wydarzyć. Ja się do niego nie odezwę, a on do mnie tym bardziej. Znajomość umiera śmiercią naturalną.
Zostaje jeszcze jeden problem na koniec. W całej tej historii jest jeszcze osoba trzecia i teraz nie wiem co z nią zrobić. Jego najlepszy kumpel/współlokator, a zarazem również i mój bliski kolega (znamy się wszyscy z uczelni). Sporo czasu spędzaliśmy we troje, dobrze się dogadywaliśmy, zżyłam się z nimi trochę. Polubiłam bardzo tego "trzeciego". Nie chcę zrywać kontaktu z nim, bo to wartościowa znajomość, ale z drugiej strony - nie sposób się z nim kumplować nie natrafiając czasem na tego "mojego". A nie mogę mu powiedzieć o co chodzi, to zbyt osobista sprawa. I sytuacja jest patowa, bo wygląda na to, że zrywając kontakt z tamtym, będę zmuszona go zerwać też z drugim... Mimo, że nic a nic mi nie zawinił.
Nie podoba mi się Twoja postawa w tym wszystkim, ale spoko, to Twoja sprawa.
Narobiłaś trochę szumu po to, by potem stwierdzić, że jednak nic z tego. Na dodatek sama napisałaś, że od początku brak było komunikacji między Wami, więc zamiast zamknąć sprawę lepiej się odwrócić i uciec ![]()
Tak samo z tym znajomym. Zrezygnujesz ze znajomości, bo nie wyszło Ci z facetem. W porządku... Kolejny raz bez żadnej rozmowy, bez czegokolwiek rezygnujesz. W życiu też tak robisz? Nie masz żadnych celów, bo przecież i tak nic z tego?
Ja po rozstaniu z narzeczonym utrzymuję kontakt z jego kumplami, bo świetnie się dogadywaliśmy i nie chciałam zrywać tych znajomości. Poprosiłam ich tylko, by nie zapraszali mnie na imprezy, na których będzie mój eks, tyle. Wszyscy zrozumieli...
33 2014-10-18 16:10:17 Ostatnio edytowany przez Minzy (2014-10-18 16:12:24)
Nie podoba mi się Twoja postawa w tym wszystkim, ale spoko, to Twoja sprawa.
Domyślam się, że zapewne chodzi Ci o to, że poddaję się bez walki. Też bym pewnie kogoś za to zganiła, też nie jestem zwolenniczką tego typu rozwiązań. Ale to jest taka sytuacja, że widzę z jego strony kompletną ścianę. A czasem lepiej odpuścić niż gonić za czymś usilnie, zwłaszcza gdy sytuacja naprawdę wydaje się beznadziejna. Z dwojga złego ta decyzja wydaje mi się lepsza. Podkreślam słowo - wydaje mi się. Mogę oczywiście być w błędzie i być może właśnie robię źle... Ale naprawdę ogarnęła mnie taka rezygnacja, że kompletnie nie widzę sensu by cokolwiek tu próbować, umawiać się, wyjaśniać. Co tu wyjaśniać po 3 miesiącach ciszy, to musztarda po obiedzie... Mam wrażenie, że sprawa jest totalnie przegrana i robienie tutaj cokolwiek jest po prostu bezcelowe.
Narobiłaś trochę szumu po to, by potem stwierdzić, że jednak nic z tego. Na dodatek sama napisałaś, że od początku brak było komunikacji między Wami, więc zamiast zamknąć sprawę lepiej się odwrócić i uciec
Nie przesadzajmy z tym szumem. Po to jest forum, by poprosić o spojrzenie ludzi z zewnątrz, przemyśleć i podjąć decyzję. To, że podjęłam odmienną decyzję od tego co mi radziliście to chyba nie jest zabronione, prawda?
Ja przed nikim nie uciekam. Uciekałabym gdyby on chciał coś wyjaśniać, chciał gadać, szukał w ogóle jakiegoś kontaktu- a ja bym go unikała, bo bałabym się konfrontacji. To by było uciekanie. W sytuacji gdy druga strona milczy i wydaje się mieć to kompletnie w dupie - to żadna ucieczka. To po prostu odpuszczenie sobie i jemu. Tyle. On ma swoje życie, ja swoje i nie ma już nic co by nas łączyło, niestety. No, poza garstką wspomnień miłych, ale cóż, przecież to był tylko seks... To niby dużo, a jednocześnie mało, bo przecież to, że ktoś z kimś idzie do łózka nie musi kompletnie nic znaczyć... I ja to wiedziałam od samego początku, więc pretensje mogę mieć najwyżej do siebie, że mimo tej wiedzy w to weszłam. Choć nadal powiem, że niczego nie żałuję.
Więc niech każdy pójdzie swoją drogą, przecież nikogo nie zmuszę do miłości.
Tak samo z tym znajomym. Zrezygnujesz ze znajomości, bo nie wyszło Ci z facetem. W porządku... Kolejny raz bez żadnej rozmowy, bez czegokolwiek rezygnujesz.
Nie rezygnuję z niej, ale wiem, że będę musiała ją mocno ograniczyć. My przeważnie widywaliśmy się u nich na stancji. Tam wiadomo, nie będę mogła już pójść, nawet jeśli mnie ten trzeci zaprosi. Ale absolutnie nie chcę jej zrywać całkowicie, tylko trudno będzie lawirować i udawać, że zupełnym przypadkiem jakoś omijam tego "mojego".
W życiu też tak robisz? Nie masz żadnych celów, bo przecież i tak nic z tego?
Nie, w życiu tak nie robię. Ale mam parobem z relacjami-damsko męskimi, nigdy nie umiałam ich nawiązywać, zawsze się z facetami tylko kumplowałam. Nie mam doświadczenia w tym wszystkim, mimo, że parę lat na karku już mam, to jestem na poziomie początkującej nastolatki tak naprawdę. Poruszam się w tym wszystkim zupełnie po omacku.
Byłam już kiedyś w takiej sytuacji, że zakochałam się bez wzajemności, lata temu. I wtedy zrobiłam najgorsze co mogłam - ciągnęłam ta znajomość ponad 2 lata, cały czas mając złudną nadzieję, że może jak się lepiej poznamy, że może jak coś tam, to on spojrzy na mnie inaczej niż na koleżankę. 2 lata spędziłam w takiej beznadziei, udając przed nim, że taka relacja przyjacielska mi pasuje. Strasznie to potem odchorowałam. Wtedy właśnie tym co mi najbardziej zaszkodziło był mój upór, to, że nie umiałam się poddać w odpowiednio wczesnym momencie i pójść swoją drogą. Nie chcę popełniać tego samego błędu kolejny raz, wolę to uciąć odpowiednio wcześniej. Bo wiem, że jak się z nim spotkam, jak zaczniemy w tym grzebać, jak zaczniemy drążyć - to rozhulam to uczucie w sobie na dobre. Jak to mówi stare przysłowie polskie - co z oczu, to z serca. Dlatego właśnie uznałam, że chce tej konfrontacji, tylko wolę zostawić to bez słowa.
On nie widzi we mnie kobiety, tylko koleżankę. I nie zmienię tego, choćbym nie wiem jak bardzo chciała...
Ja po rozstaniu z narzeczonym utrzymuję kontakt z jego kumplami, bo świetnie się dogadywaliśmy i nie chciałam zrywać tych znajomości. Poprosiłam ich tylko, by nie zapraszali mnie na imprezy, na których będzie mój eks, tyle. Wszyscy zrozumieli...
Ale to jest co innego... Był twoim narzeczonym, oni wiedzieli o rozstaniu, to logiczne. Tamten "trzeci" nie wie o moim zaangażowaniu emocjonalnym wobec tamtego "mojego". Gdyby on był wtajemniczony w sprawę to bym przecież mu powiedziała jak jest. Ale nie chce mu tego mówić. Oczywiście on wie, że coś tam między nami było, mieszkają w jednym pokoju więc nie sposób to całkowicie ukryć, że coś jest na rzeczy, ale podejrzewam, że on myśli, że ja traktowałam to bezuczuciowo. I niech tak zostanie, nie chcę się uzewnętrzniać w taki sposób, chyba mogę tego nie chcieć, prawda? Jedyną osobą która wie o tym, że czułam coś więcej jest moja najbliższa przyjaciółka i chce by tak pozostało.
Poboli, poboli i minie... Prędzej czy później. Pewnie później niż prędzej, bo ja długo wychodzę z takich rzeczy... Ale kiedyś minąć musi.
Musi poczuć zagrożenie, że jakiś inny facet ma cię na oku i wtedy może się obudzi, albo trochę zacznij go olewać. Na mnie to działa wtedy nagle ktoś zaczyna mi się bardziej podobać jak czuje zagrożenie.
Musi poczuć zagrożenie, że jakiś inny facet ma cię na oku i wtedy może się obudzi, albo trochę zacznij go olewać. Na mnie to działa wtedy nagle ktoś zaczyna mi się bardziej podobać jak czuje zagrożenie.
Innego faceta nie ma, więc trudno by bylo. Po drugie: w powyższych postach już napisałam, że obecnie nie mamy już kontaktu wcale, więc jakiekolwiek tego typu strategie (olewaj itp) są niewykonalne.