Ja nie wiem czy nie robiłam do tej pory błędu, ale często chwaliłam swojego mężczyznę. Głównie dlatego (choć nie tylko, o tym zaraz), że nie mogłam się oprzeć by go nie chwalić, choć istotne jest że zawsze mi się strasznie podobał i od samego początku od kiedy jesteśmy razem czuję do niego tę samą niezwykłą chemię i magnetyzm - nie wiem, jak jest u niego, czy podobnie, czy mniej, kochamy się często, przytulamy dużo, ale nie wiem czy też ma takie "och", "ach" nadal, tak jak na początku, gdy mnie widzi. Ja się łapię na tym, że miewam dni kiedy widzę w nim niemal bóstwo, ósmy cud świata, i nie umiem tego ukryć, a nie wiem, czy okazywanie takiego właśnie bezgranicznego zachwytu jest dobre. Bo czy to nie tak, że lepsza jest niepewność tej drugiej strony, wszystko aby nie przestała się starać? Chwaliłam go także dlatego, że uważam, że ukochaną osobę warto pochwalić, by czuła się w naszych oczach akceptowana, nie musiała szukać tej akceptacji i podziwu gdzie indziej.
Jednak czasem zastanawiam się, czy dobrze jest chwalić mężczyznę, w ogóle człowieka, który sam w sobie ma bardzo dobre zdanie o sobie, czy jest to potrzebne? Czy taka osoba nie zepsuje się od tych pochwał, czy nie zacznie być zbyt pewna siebie, zbyt cwana? Czasem mam wrażenie, że mój wybranek bywa właśnie cwany, bardzo pewny siebie...tak jakby był panem świata. Naiwnością z mojej strony zapewne było twierdzić, że pochwały zatrzymają kogoś przy nas, bo to nie od tego nawet w 50% zależy. Ostatnio zastanawiam się, czy to nie jest na odwrót, czyli, że taka chwalona osoba nabierze jeszcze więcej pewności siebie i właśnie tym prędzej odfrunie albo będzie tak upajać się wspaniałością, że poczuje, że świat należy do niej i pora poszukać dodatkowej porcji pochwał gdzie indziej (apetyt rośnie w miarę jedzenia?).
Co o tym myślicie? Chwalicie swoje drugie połowy często? Uważacie, że trzeba to ograniczać, czy kultywować?