Witajcie piękne Panie,
Wiem, że to forum jest dla kobiet - ale szczerze mówiąc inni mężczyźnie nie są mi w stanie pomóc. Więc może kobieca inteligencja jakoś zaradzi ![]()
Jestem sobie 30 latkiem, z przyzwoitym zawodem (radca prawny), ponoć niebrzydkim i niegłupim, z poczuciem humoru.
Od 5 lat jestem sam, po nieudanym narzeczeństwie nie udało mi się do tej pory nikogo spotkać. Parę dziewczyn "latało" za mną, za paroma latałem Ja. Ale nic z tego nie wyszło. Moje dotychczasowe "zadurzenia" mijały dosyć szybko. Tzn. może nie bardzo szybko, ale po koszu 3-5 miesięcy i nie było śladu po danej osobie. Fakt, doskwiera mi samotność, większość kolegów ma już rodziny i dzieci, trochę mi samotnie na świecie. Ale jakoś sobie radziłem...
Jak się domyślacie teraz nastąpi zatrważający zwrot w historii, który sprowadził mnie na to forum.
Scena ustawiona, światła zgaszone - zaczynam opowiadać.
Rok temu zaprosiła mnie na wesele koleżanka z pracy. Do koleżanki z pracy kiedyś smaliłem cholewy, ale była zaręczona więc odpuściłem, zostaliśmy w miarę bliskimi znajomymi. Ona sporo o mnie wiedziała, dużo gadaliśmy, ale z mojej strony było to całkowicie czyste - już bez żadnej romantycznej naleciałości. Na tymże weselu, była Ona - jej koleżanka. Bardzo ładna dziewczyna, o której wiedziałem już wcześniej, że jest sama, więc oczywiście w te pędy chciałem ją zdobywać. Trochę potańczyliśmy, było nawet fajnie.
I tutaj popełniłem pierwszy błąd. Posłuchałem koleżanki z pracy, która stwierdziła, że z S. powinienem ostrożnie, bo ją trudno zdobyć, jest zamknięta w sobie i generalnie ma wysokie wymagania co do mężczyzn.
W tym czasie moje kontakty z S. to głównie facebook (jesteśmy z innych miast), a ja nie chciałem proponować po tym co usłyszałem, żadnej randki. Rozmowy nie kleiły się jakoś specjalnie, ale S. zachowywała się dziwnie. Bo wysłaniu do niej jakiejś wiadomości nie odpisywała na nią np. tydzień. Ale w końcu odpisywała. Nie wiedziałem jak mam to odebrać. Inna dziewczynę bym dawno olał, ale przy niej coś mnie trzymało. Były u niej nagłe zrywy, kiedy odpisywała mi szybko - było nieraz czekanie...
Powoziliśmy się tak pół roku, po czym dotarło do mnie, że u S. ktoś się w życiu pojawił. Więc na gwałt zaprosiłem ja na randkę. Ale odpisała, że się z kimś spotyka i nie bardzo, ale że ma nadzieje, że jeszcze kiedyś na siebie wpadniemy.
Gdyby to był ktoś inny, to znowu bym po takiej deklaracji odpuścił... I odpuściłem ... na miesiąc... spędzony na myśleniu o S. budzeniu się z S. chodzeniu spać z S. wchodzeniu na profil S. na fb po tysiąc razy dziennie, mimo że nic na nim nie publikuje.
Po 3 miesiącach - w maju tego roku - ponownie zaprosiłem ją na randkę. Odpisała mi, że jest z tym samym kolesiem, że jej to pochlebia, ale nie da rady.
Znowu odpuściłem - na miesiąc. Znowu do niej piszę, ona znowu mi coś odpisze, ja znowu "spać prze nią nie mogę".
I teraz jest moja prośba o pomoc. Ja nie wiem co się ze mną dzieje. Mam świadomość całkowitej nieracjonalności zadurzenia się w kimś, kogo się spotkało raz, o kim się prawie nic nie wie. Ale S. jest w moim życiu ciągle, nie mogę o niej przestać myśleć. Staram się do niej nie pisać etc. ale każdy dzień to jest katorga. Jestem osobą, która zwykle działa - mam problem i go rozwiązuje. Ale tutaj jestem zupełnie bezsilny. Przez ten rok spotkałem się na randkach z ok 15 dziewczynami. I co z tego, jak siedzę na tej randce i myślę o S. O zapiciu smutków i innych tego typu rzeczach nie wspominając.
Co ja mam zrobić...

