Hej dziewczyny.
Piszę, bo mam problem, potrzebuję porady, mądrego słowa, może nawet potrząśnięcia i uświadomienia mi mojej głupoty.
Postaram się jakoś w miarę zwięźle to opisać, chociaż jest ciężko.
Wyszłam za mąż z rozsądku. Kochałam go i kocham, ale nie było między nami (z jego strony może tak, ja tego nie czułam) jakiegoś wielkiego pożądania (z wyjątkiem jednego razu, może dwóch, ale o tym później). Mimo że on podoba mi się i fizycznie i psychicznie (obiektywnie rzecz biorąc jest przystojnym, inteligentnym facetem) to brakowało tego czegoś, jakiejś takiej iskry.
Związałam się z nim, bo miałam dosyć facetów władczych, takich którzy byli dla mnie źli, na takich w większości trafiałam i byłam tym zmęczona.
Poznałam go na imprezie studenckiej, z dwóch mieszanych kierunków (nasze wydziały tak to organizowały), dobrze nam się rozmawiało. Wtedy byłam w związku z facetem, który na to nie zasługiwał, w ogóle nie zasługuje na żadną kobietę. Byłam z nim długo, jakoś dwa lata. Mówił mi, że moim obowiązkiem jest chodzić z nim do łóżka, raz tak mnie złapał za rękę, że zostały mi siniaki. Zmądrzałam i odeszłam. Ale moja psychika bardzo się przez tego człowieka zmieniła.
Wyprowadziłam się od niego i przez 2 tygodnie, zanim sama sobie czegoś nie wynajęłam, mieszkałam u kumpla, mojego obecnego męża. Wtedy się ze sobą raz przespaliśmy (i wtedy te ikry były), ale stwierdziliśmy, że zostaniemy przyjaciółmi.
Ale tak wyszło że po pół roku byliśmy już razem. I tutaj zaczął się ciąg moich błędów który doprowadził do tego co jest dzisiaj.
Na początku chciałam go przetrzymać i przez parę miesięcy nie chodziliśmy ze sobą do łóżka. Potem ja z jakąś durną chłodną kalkulacją stwierdziłam, że powinnam. Dalej miałam w swoim durnym łbie poczucie obowiązku i chodziłam z nim do łóżka z obowiązku. Tak właściwie zostało do dzisiaj. I nie chodzi mi o to, że on jest zły w łóżku, bo nie jest. Wszystko technicznie jest super. Ale ja nie potrafię poczuć czegoś więcej. Mam orgazm, ale on jest czysto mechaniczny. Fizyczne rozładowanie napięcia i tak dalej, a chciałabym czegoś więcej.
Wyszłam za mąż z miłości, ale bez pożądania. Z takiej miłości jak do brata czy przyjaciela. Dlatego mówię, że chyba w większości z rozsądku, bo zazwyczaj ludzie pobierają się w emocjach, wielkiej namiętności. A u nas wszystko było dokładnie omówione.
Raz było super. Wyjechał na staż do Hannoveru. Przed jego wyjazdem się pokłóciliśmy. Mieliśmy się zobaczyć dopiero za dwa tygodnie. przez te dwa tygodnie czekałam, ciągle o nim myślałam, tęskniłam. Jak się spotkaliśmy to czułam coś zupełnie innego. Seks był inny, było więcej emocji, przede wszystkim on był ostrzejszy. I potem zasnęliśmy przytuleni, a nie jak zawsze na dwóch końcach łóżka. I było tak co dwa tygodnie przez cały okres jego stażu. I potem jakoś dwa miesiące po powrocie. Potem wszystko powróciło do tej cholernej normy.
Ciężko mi określić co chciałabym zmienić, ale na pewno:
chciałabym żeby nie traktował mnie tak delikatnie, zwłaszcza w łóżku. ja wiem że on wie jak było z tamtym facetem ale bez przesady, nie jestem kruchym dzieckiem
chciałabym żeby było więcej emocji. my się nawet nie sprzeczamy
chciałabym żeby nie pracował tyle. ale to nie możliwe, bo ma ciągle dyżury w szpitalu, więc nie mogę tego od niego wymagać
chciałabym nie myśleć że seks jest moim obowiązkiem. w sumie codziennie to dla mnie za często, po prostu teraz to dla mnie rutyna. ale staram się rozumieć że on ma stresującą pracę i że to dla niego ważne. i nie wiem jak te dwie rzeczy pogodzić
chciałabym żeby po prostu on mnie zaczął pociągać i chciałabym żeby to było spontaniczne
Nie odejdę od niego, bo:
kocham go
jestem mu wdzięczna bo przez jakiś czas mnie utrzymywał (byłam na aplikacji i przez jakiś czas nie miałam żadnej pracy, a przecież nie będę niezbyt zamożnych rodziców prosić o pieniądze będąc właściwie starą krową), mimo że o to nie prosiłam, starałam się sama dorabiać i do dzisiaj mi z tym głupio
bardzo się o mnie troszczy każdego dnia, jest naprawdę dobrym człowiekiem i fajnym facetem.
to smutne, ale wszyscy mówią ze mamy małzeństwo idealne. ale nie wiedzą jak jest.
Proszę, nie myślcie że mam takiego fajnego faceta a jestem taka okropna. ja się naprawdę staram. staram się żeby w domu zawsze było czysto, ładnie, staram się żeby zawsze zjadł coś dobrego, jak mam wolne to gotuję jak nie to kupuję, bo teraz zakładam coś swojego i wiecie jak to jest na początku, ciągle coś załatwiam, jest czasem wychodzę o 8 a wracam o 20. najgorzej jest jak ja wracam a on idzie na dyżur albo jak po niego dzwonią w środku nocy, nie odmawiam mu seksu, chyba że czuję sie naprawdę źle fizycznie.
Ale powoli mam tego dosyć. czuję się jak automat. to nie jego wina, ja sama nie potrafię z tego wyjść. dla mnie relacja z nim stała sie jakimś dziwnym obowiązkiem mimo że nie mamy dzieci i powinniśmy cieszyć się sobą.
W sumie zastanawiam się czy z nim szczerze nie porozmawiać. ale boję się że go zranię, urażę, obrażę.
Mam wyrzuty sumienia, że on jest dla mnie taki dobry, że nie jest tacy jak moi byli, nie pije, nie krzyczy na mnie, odnosi się do mnie z szacunkiem, do niczego mnie nie zmusza, pieniądze wydaje na dom i na nas a nie na wyjścia z kumplami i tak dalej, a ja nie potrafię tego docenić naprawdę wewnętrznie.
Co sądzicie o tej całej chorej sytuacji?