cześć, od 7mieś. jestem mężatką. Ślub wywrócił nasze życie do góry nogami, wcześniej nie mieszkaliśmy nawet w 1mieście. Z miłości rozpoczęłam życie przy mężu i jestem póki co bardzo szczęśliwa. Nie miałam wielkich oczekiwań, więc nie przeszkadza mi ,że nie znam miasta, że uczę się języka (jesteśmy w Niemczech), że mieszkamy na kawalerce i mamy 4meble, może czasem jestem troszkę samotna, ale albo wtedy dzwonię do rodziny, albo czymś zajmuję (kurs języka/gotowanie/zakupy).
Jestem osobą wrażliwą i walczę z tym żeby wszystkiego nie widzieć w czarnych barwach. Mąż się stara, po pracy jemy wspólnie i spędzamy razem czas, niekiedy idziemy na spacer, czasem ....nie wychodzimy z łóżka do rana
Nie powiem żeby naręcza róż mi co dzień przynosił, ale myśli o nas i okazuje mi dużo czułości.
Sęk w tym ,że co chwila ktoś mi sugeruje "Ale Ty rób coś, do pracy idź, bo ile tak na wynajętym ?" , "Idź, pracuj bo on przestanie Cię szanować, zacznie zdradzać etc", "Uzależnisz się, nie daj Boże żeby ciąża była".... a tak się składa, że my chcemy mieć dzieci i wcale nie uważamy ani nie unikamy. A do pracy próbuję iść, ale niestety rewelacji nie ma dla osoby z podstawowym językiem.
Dodam ,że mąż ma dobry zawód, zarabia i jest rozsądny. A jednak wielu osobom nie leży to jak żyjemy. Ostrzegają mnie przyjaciółki, ciotki, mama - każda mi inny argument, ale każda udowadnia mi ,że albo powinnam się bać o nasz związek, albo koniecznie coś zmieniać ,bo za chwilę to się posypie.
Czy to faktycznie prawda, dwoje ludzi nie może po prostu żyć na spokojnie i chwilę się nie martwić ?
Czasem się cieszę, że nie jesteśmy w PL, co chwila nam ktoś udowadnia, że auto za stare, że pora kupić nieruchomość, robić kasę etc.
Czy ja jestem naiwna że można być szczęśliwą mając takie życie jak ja teraz ?