Suzan_444 napisał/a:Weźmy jako przykład - koty, akceptuję je, ale nie lubię
.
Posłuchaj a_noli Praca nad sobą jest jedną z najcięższych, jak nie najcięższą. Przede wszystkim miej do siebie zdrowy dystans. Żartuj z siebie, ze swoich wad, wyglądu (nieuczesane włosy, rozciagnięta koszulka, niewyprasowane spodnie, rozmazany makijaż itp). Wiecej luzu.
Naprawdę - mówi Ci to świezo upieczony pedagog. 
Pamiętaj, że Twoje Ja jest jedyną osoba, z którą będziesz musiala żyć do konca swoich dni
Weźmy na przykład koty: czy to akceptacja, czy tolerancja?
Brak klasycznego wykształcenie sprawia niekiedy problemy z odczytaniem znaczenia słów. Tolerancja to cierpliwość w znoszeniu czegoś (poglądów, postaw, postępków, zachowań). Akceptacja to zgoda, zatwierdzenie, aprobata, przyjęcie, uznanie czegoś.
Godzę się na siebie samego, z sobą, aprobuję, uznaję za wartościowego. Czy z kotem się zgadzam? No, raczej znoszę jego zachowanie, toleruję jego zapach, sierść, zachowanie.
Suzan, ładnie to opisałaś. Mam jedną uwagę: czy widziałaś kogoś, kto aprobuje siebie, akceptuje siebie i zmienia się przez zrobienie makijażu? Przyznam, że ilekroć widzę na twarzy kobiety makijaż to właśnie kojarzę go z brakiem akceptacji, im bardziej wyraźny, tym mnie zadowolenia z siebie bez tej "ozdoby". Nie pamiętam, żebym się pomylił, przyjmując to proste kryterium akceptacji u kobiet.
No i drobnostka: czy "ja" jest osobą? Pozostawiam tę kwestię otwartą...
a_noli napisał/a:tylko czy tu jest przyczyna i skutek? lubię siebie, więc o siebie dbam, jestem asertywna i sobie ufam.
a jeśli siebie nie lubię - to dbając o siebie dojdę do akceptacji, asertywności i zaufania?
dbając siebie polubię, czy jak polubię to ja - zacznę o nie dbać. nie rozumiem, logicznie, jak zaufać sobie.
W poście powyżej nie użyłem implikacji (w uproszczeniu jest to związek przyczynowo- skutkowy, z czegoś wynika coś), a tym bardzie równoważności (działa w obie strony). Napisałem, że "lubienie wyraża się w odpowiedzialności", którą następnie zoperacjonalizowałem, czyli wymieniłem zachowania i procesy, będące manifestacjami odpowiedzialności.
Zapytałaś o zaufanie, więc na tym przykładzie to spróbuję pokazać: zaufanie jest wypadkową obrazu siebie i doświadczenia. Obraz siebie kształtuje się poprzez opinie ludzi o mnie i moje własne wyobrażenia. Jeśli one nie są adekwatne do moich możliwości to wtedy tracę zaufanie, a jeśli mój obraz siebie jest adekwatny do moich możliwości, to otrzymuje potwierdzenie i ufam sobie w tej sprawie.
Wysłuchałem niedawno pewnej znanej (z TV) socjolożki, która poprawiała pewnej grupie samopoczucie, twierdząc, że Polacy mają zaniżoną samoocenę. Przyjęła, że zaniżona samoocena nie jest pożądana. Myliła się: groźna jest każda samoocena nieadekwatna, niezależnie od tego, czy jest zawyżona, czy zaniżona. Zaniżona powoduje straty z niedoszacowania, a zawyżona z przeszacowania. Spójrzmy na pewien przykład: skoczek o tyczce ustala dla siebie najlepszy wynik poprzez ćwiczenie i konfrontacje swoich możliwości z innymi zawodnikami. Robi to metodą prób i błędów, a wynik zależy także od warunków zewnętrznych, a nie tylko jego sprawności. Skoczkowie nie licytuję się, kto ile może skoczyć, ale próbują to ustalić eksperymentalnie. Podobnie jest z zaufaniem do siebie: w każdej sytuacji jest to wypadkowa samopoczucia i zmiennych warunków. Zaufanie pozwala podjąć próbę i podjąć ryzyko, ale nie gwarantuje sukcesu. Jeszcze trudniej jest wtedy, gdy spotyka się dwoje ludzi i każdy z nich ma jakiś obraz siebie i wyobrażenie o swoich możliwościach. Wtedy powodzenie w sprawie, której się podejmą zależy od jeszcze jednego ważnego czynnika - sprawnego sposobu komunikowania się.
Pewnie to nieco skomplikowane, ale starałem się najprościej jak mogłem przy tej objętości. Ważne, aby w tych próbach potwierdzania swoich możliwości i próbach komunikowania się nie zniechęcać się łatwo. To proces uczenia się, więc trzeba go rozłożyć w czasie.