Ten wątek może brzmieć trochę jak scenariusz odcinka do Mody na Sukces czy wątek z Samosi, ale jako że mój takt mieści się zazwyczaj w łyżeczce do herbaty, to potrzebuję rady.
Od wyprowadzki na studia mieszkam z przyjacielem z liceum, nazwijmy go [S]tanisław. Jakiś rok temu postanowiłam do nas, do stolycy
ściągnąć jeszcze jednego znajomego - [T]adeusza. [S] go poznał i nie miał nic przeciwko. Więc od roku właściwie wszyscy nasi wspólni znajomi wiedzą, że [T] wprowadza się do nas od jesieni.
No i tutaj pojawia się [Z]dzisław. Znamy go wszyscy, tyle że [S] słabo - parę razy tylko go widział przez to, że [Z] pojawił się u mnie, a [T] zna go najlepiej - tak samo długo jak ja, ale najbliżej.
I teraz problem:
[Z] wymyślił, że wprowadzi się do nas. Spytał o to [T], który powiedział, że nie ma nic przeciwko, ale nie będzie mieszkał sam, więc właściwie nie ma nic do gadania. No i "ostrzegł" mnie, co [Z] planuje. Ja rozmawiałam z [S] i mamy takie samo zdanie - nie chcemy mieszkać z [Z]. Dla mnie to jest taka osoba, którą lubię dość, ale w małych dawkach, nie za często i która już po dłuższej rozmowie telefonicznej potrafi mnie zirytować jakimś głupim drążeniem tematu. [S] myśli to samo o jego lotności umysłu. [T] został o tym poinformowany, powiedział, że woli mieszkać z nami, niż z [Z], ale że nie ma serca mu odmówić.
No i teraz czekam, aż przyjdzie spytać mnie o zdanie w sprawie wspólnego mieszkania. Niby w takiej sprawie odmówić nie problem, ale to jest jednak wiek studencki, wiele osób mieszka z całkiem obcymi osobami, więc odmówić znajomemu - głupio. A znowu nie zamierzam mieszkać z kimś, z kim nie mam ochoty, tylko dlatego, że nie potrafię powiedzieć "nie". Więc jak mu odmówić tak, żeby nie poczuł się urażony?
Wszystkie kłamstewka wchodzą w grę, to stan wyższej konieczności. ![]()