Witam,
Zacznę od tego, że on kiedyś okazywał mi zainteresowanie, ale ja wtedy prowadziłam jakąś chorą znajomość przez internet i bałam się zrobić ten krok i przerwać to, aby stworzyć prawdziwy związek z PRAWDZIWĄ osobą. Jestem nieśmiała. Po tym urwał nam się kontakt, a właściwie to on go ze mną zerwał, szkoła się skończyła i nie mieszkaliśmy już w tym samym mieście. Po paru miesiącach wreszcie otrząsnęłam się i pożegnałam się raz na zawsze z internetowymi romansami i odezwałam się do niego. Udało mi się go do siebie znów przekonać, choć miał wielki żal.
Byliśmy razem przez jakiś czas, on miał do mnie żal o tamtego internetowego. Nigdy nie byłam do końca pewna co do niego czuję, bałam się związku i zobowiązań. Kiedy byliśmy daleko od siebie ciągle czułam te obawy, a gdy blisko - to prawie całkowicie znikało. Tak jak wyżej wspomniane, nie mieliśmy możliwości widywać się często. Jedyną nadzieją na bycie razem była jego przeprowadzka do mojego miasta, ale ja się przestraszyłam i powiedziałam mu, że nie wiem co chcę robić w życiu i nie mogę sprowadzić go do mnie tylko po to, żeby później wyjechać za granicę. Tak to się skończyło. Tak jakby dałam mu 'kosza' po raz kolejny... On nigdy nie miał żadnych dobrych relacji z dziewczynami, tzn. zawsze zakochiwał się na zabój, a później cierpiał. Jest bardzo wrażliwy i uczuciowy, zerwał ze mną kompletnie kontakt. To było parę miesięcy temu. Zobaczyłam ostatnio jego nowe zdjęcie i prawie zaczęłam ryczeć nad nim w pracy. Nie wiem co się ze mną dzieje. Wali mi bardzo szybko serce, nie mogę się uspokoić. Tak wiele nas łączyło. Z nikim innym nie miałam tylu wspólnych zainteresowań. Mało tego, usłyszałam również, że on jest teraz w związku z dziewczyną poznaną przez internet, ale widują się czasem.
Co mam ze sobą zrobić? Marzę o spotkaniu z nim, mimo tego, że to niemożliwe. Korci mnie, aby wysłać wiadomość, zrobić cokolwiek się da, żeby dowiedzieć się czy mamy jeszcze jakiekolwiek szanse. Nadzieja matką głupich... jednak nadal trwam w przekonaniu, że może zdarzy się cud. Proszę o opinie. Czy ktoś z was był w podobnej sytuacji? Czy powinnam odezwać się?