Czy miłość potrafi przenosić góry? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Czy miłość potrafi przenosić góry?

Strony 1 2 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 do 65 z 101 ]

Temat: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Dzień dobry, oto moja historia i moje pytania.
Mam na imię Rafał. Dwa i pół roku temu rozpoczął się mój związek z Elą. Ja byłem kilka miesięcy po zakończeniu kilkunastoletniego związku, Ela kończyła swoje kilkunastoletnie małżeństwo. Oboje mamy dzieci.

Znaliśmy się od ponad dwudziestu lat kiedy jako młodzi ludzie byliśmy ze sobą. Ela jest moją pierwszą i największą miłością w życiu. Mimo przeszło dwóch dekad życia osobno, dwóch związków, oszukiwania się że już zapomniałem, Ela pozostała głęboko w sercu jako ta idealna i jedyna. Była moim największym, choć ukrytym nawet przede mną samym marzeniem.
Od samego początku dawaliśmy sobie same najlepsze rzeczy. Miłość, zaufanie, akceptację, szczęście. Z troską i uwagą dźwigaliśmy się nawzajem ze zniszczeń w poprzednich związkach. Po raz pierwszy w życiu byłem prawdziwie szczęśliwy. Mówiliśmy, że jesteśmy na swoim miejscu, w końcu dopasowani  do świata. Bezpieczni.

I właśnie na samym początku tuż obok absolutnego szczęścia wykiełkował w moim sercu LĘK. LĘK przed utratą. Dwie dekady wcześniej, gdy pokochałem pierwszy raz i uwierzyłem w miłość po grób,  Ela odeszła ode mnie. Pamiętam nieopisany, długo leczony ból. Ten sam, który czuję teraz, gdy utraciłem swoje szczęście po raz drugi. LĘK był tak silny, że gdy usłyszałem ?kocham cię?, pomyślałem ? Jezu, niech to nie skończy się tak samo?. I pozostał przy mnie już zawsze.
Ela dawała mi mnóstwo miłości. Zarówno w słowach jak i w działaniach. Jednak LĘK, o którym zdążyłem zapomnieć cały czas był i działał. Co jakiś czas mimo ciągłego poczucia szczęścia, gdzieś podświadomie szukałem potwierdzenia, że na pewno coś się psuje. ?A czemu nie odpisałaś na smsa??, ?A tęsknisz za mną??, ?A czemu już nie siadasz mi na kolanach??, ?Na pewno mnie jeszcze kochasz??

Działanie LĘKU potęgował fakt, że mieszkaliśmy w innych miastach, a Ela porządkowała sprawy z małżeństwa. Nie miałem wcześniej takich doświadczeń i Eli odłączanie się od męża trwało dla mnie niepokojąco długo. Zaczęły się bardzo już poważne, nieraz kilkugodzinne przekonywania Eli, że może gdzieś głęboko rodzą jej się wątpliwości, że może skoro stanęła na nogi to pewnie mnie już nie potrzebuje, że być może jej miłość wygasa. Ela słuchała i cierpliwie powtarzała ?Kotek-słońce, nic się nie zmieniło. To wszystko jest tylko w twojej głowie? i tłumaczyła mi logicznie czemu moje obawy są bezpodstawne. Tłumaczenia jakoś w końcu do mnie trafiały, ale za każdym razem odkładała się cienka warstwa wątpliwości.  Powtarzające się rozmowy coraz bardziej męczyły Elę i miała coraz mniej cierpliwości do tłumaczenia.

Nasz związek wyglądał tak, że zdecydowana większość czasu to piękna miłość z obu stron i pełne szczęście we wszystkich aspektach bycia razem, a reszta to niemiłe rozmowy o tym czy się jeszcze kochamy. Powodowało to, że otaczały mnie jednocześnie dwie rzeczywistości. Idylla z jednej strony i pewność utraty wszystkiego z drugiej. Całkowicie niespójny obraz, w którym nie potrafiłem się odnaleźć. Musiało to w końcu eksplodować i eksplodowało.

Przyjechałem do Eli w przeddzień moich urodzin. Ela zaproponowała, że wieczorem możemy zjeść miłą kolację przy świecach. Jechałem do niej jak zwykle pełen radości , optymizmu i głową pełną pomysłów na to jak ją rozbawić, uszczęśliwić, jak ją najmilej przytulić. Jeszcze w samochodzie odebrałem telefon i wyniknęła jakaś zupełnie głupia sprzeczka na nieistotny temat. Jak większość głupich sprzeczek, również ta zakończyła się dąsaniem i niepotrzebnymi nikomu wnioskami. Byłem jednak pewien, że nie zmieni to naszych planów. Nie, nie byłem pewien. Miałem nadzieję. I znów zaczął działać LĘK. Rosła obawa, że nie będzie żadnej kolacji. Nie było. Powitanie różniło się od przytulenia, które wymyślałem jadąc do Eli. Stół był pusty, a nastrój letni. Zrobiło mi się przykro, bo wszystkie nadzieje na bardzo miły wieczór i kolację urodzinową prysły. Przykro tym bardziej, że Ela wiedziała jak zależy mi na miłych urodzinach. Mówiłem jej o tym wcześniej. LĘK krzyczał w głowie ?widzisz jak Ela ma Cię gdzieś. Czy tak wygląda miłość?? Oczywiście zacząłem rozmowę i oczywiście była nieznośnie długa i mimo dobrych intencji z obu stron, niemiła. Mimo wszystko chciałem się przytulić i uśmiechnąć i po prostu być razem, ale Ela nie podzielała tej ochoty. Byłem coraz bardziej smutny i stęskniony. LĘK wrzeszczał. W końcu położyłem się do łóżka z nadzieją, że chociaż tam się przytulimy. A w zasadzie pewnością, że wcale tak się nie stanie. Ela czytała książkę przy stole, ja czekałem. Widziała to. Po jakimś czasie wstała i wyszła do drugiego pokoju, gdzie też jest łóżko. LĘK wył. Nie chciałem spać osobno, chciałem się przytulić i być przytulony. Poszedłem do Eli już zdenerwowany i spytałem czy naprawdę chce akurat dzisiaj spać sama. Ela wyjaśniła, że wyszła żebym mógł spać, a jak przeczyta książkę to przyjdzie. LĘK . Wróciłem do łóżka, czekałem i doczekałem się odgłosów najpierw drzwi łazienki, potem drugiego pokoju. Wszystko we mnie pękło. Wbiegłem do Eli. Układała się do snu. Czułem się po raz kolejny oszukany. Nie tym że śpi osobno. Oszukany wszystkimi jej wyznaniami miłości. W tym momencie byłem pewien, że żadnej miłości nie ma.

I w gniewie podsycanym bezsilnością postanowiłem skończyć wszystko tu i natychmiast. Zacząłem na nią wrzeszczeć. Chciałem jej pokazać jak się teraz czuję.  Chciałem żeby czuła się tak podle jak ja. I nie było to impulsywne, nieświadome działanie. Sterowałem moją agresją słowną tak by była możliwie dotkliwa. Wypowiedziałem straszne rzeczy. Straszne. Życzyłem skrajnie źle. Wtedy miałem pewność, że jestem ofiarą, ale gdy spojrzałem Eli w oczy wiedziałem już, że to ja ją skrzywdziłem. Dotarło do mnie jak strasznie musi wyglądać moja twarz, jak strasznie wyglądam cały. Dotarło do mnie, że to koniec związku. Koniec,  którego tak bardzo się bałem. Dotarło do mnie że zraniłem najbliższą mi osobę, kobietę, którą kocham najbardziej i której zawsze życzyłem najlepiej.

W chwili gdy uświadomiłem sobie, że definitywnie utraciłem Elę, miłość mojego życia i źródło szczęścia, jak w kalejdoskopie przewinęły mi się przed oczami sytuacje gdy wątpiłem w jej uczucie  i w jednym momencie zrozumiałem, że zawsze tę miłość miałem. Nic złego nigdy się nie działo. Każda z sytuacji  istniała tylko w mojej głowie. Tak jak za każdym razem mówiła mi Ela. Tylko wtedy jej nie słyszałem. Przypomniałem też sobie, że przecież od początku noszę w sobie LĘK. Cały obraz naszego związku nagle stał się spójny. Wszystko zaczęło do siebie pasować. Była miłość Eli, była miłość moja, był nazwany w końcu mechanizm trawiący wszystko skrycie i konsekwentnie. Wszystko już wiedziałem. Mogłem naprawiać.  Niestety wiedziałem również, że jest za późno.

Rozstaliśmy się. Ponieważ jednak miałem już wiedzę jak piękną miłość dostałem, ponieważ wiem jak głębokim i szczerym uczuciem obdarowuję Elę i ponieważ znalazłem i nazwałem już mój destrukcyjny lęk, a więc mógłbym już nad nim zapanować , postanowiłem walczyć jednak o nas. Zadanie było w zasadzie niewykonalne ponieważ Ela ma bardzo sprawny, doskonalony od lat mechanizm obronny, błyskawicznie obudowujący ją grubym murem nawet przed jej własnymi uczuciami. Napisałem smsa, zadzwoniłem raz, potem drugi i tłumaczyłem, że paradoksalnie mój wybuch można obrócić na naszą korzyść, że skoro teraz mam już pewność Eli miłości mój lęk nie będzie już miał pożywki i nic mi już nie zrobi.

Ela postanowiła spróbować. Byłem najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Nie tylko pojawiła się szansa oczyszczenia z zadrapań naszego związku, ale dodatkowo dostałem ostateczny dowód Eli uczucia. Skoro miłość jest silniejsza niż jej mechanizm obronny to jest to naprawdę wielka miłość. I ułożyliśmy plan wspólnych wakacji. I rozmawialiśmy dużo. I dostałem piękne smsy. I przyjechałem do Eli.
I powiedziała, że jednak wakacji nie spędzimy już razem. Że jednak nie umie. Pozostał ból, pytania i dwoje kochających się szczerze lecz obcych już sobie ludzi.

Tak wygląda nasza historia. Bardzo smutna, prawda?

Po co to wszystko piszę? Nie chodzi mi o ocenę sytuacji, szans czy mojego zachowania. Te odpowiedzi już znam, szczególnie jeśli chodzi o moje zachowanie.  Fatalne.

Chodzi mi przede wszystkim o istotę miłości. Jej siłę i słabości. Tu rodzą mi się pytania, z którymi nie umiem sobie poradzić lub uzyskuję odpowiedzi, których nie sposób unieść.

Tworzyliśmy związek, który nas uskrzydlał. Widzieliśmy to my, widzieli nasi znajomi. Mimo tych wszystkich moich wcześniejszych wątpliwości i wynikających z tego konsekwencji czułem się przy Eli najlepiej, szczerze szczęśliwy. Ja przy Eli i Ela przy mnie staliśmy się lepszymi ludźmi. Każde powodowało korzystne kształtowanie drugiego. Daliśmy sobie wzajemnie najwięcej w życiu. Ela promieniała w mojej obecności, a ja ogrzewałem się w tych promieniach. Byliśmy sobie nawzajem swoim miejscem na ziemi. Ja czułem smutek gdy Ela miała jakiś problem, Ela płakała gdy pomyślała, że moglibyśmy nie być razem.

Ostatni raz widziałem Elę dwa tygodnie temu. Nie kontaktujemy się. Brak mi jej wszędzie i w każdej godzinie. Świat pozbawiony jej zapachu jest całkiem pusty. Trawa bez jej cienia jest martwa. Moje dłonie cały czas pamiętają kształty jej dłoni. Naprawdę.  Każda sekunda uświadamia mi mocniej i mocniej jak bardzo jej nie ma. Chyba powoli zaczynam dowodzić twierdzenia, że można nie umieć bez kogoś żyć.

Wczoraj nie wytrzymałem i zadzwoniłem. Chciałem pozbyć się złudnych nadziei, choć miałem nadzieję, że się nie uda. Rozmawialiśmy osiem godzin, szukałem różnych argumentów żeby dać nadzieję mojej nadziei. W słuchawce słyszałem chłodny nieudawany dystans. Kompletna pustka uczuć. Nie myśli, nie tęskni, nie pragnie. Gdy byliśmy razem i spała sama w domu, kładła się tak by udawać że ją przytulam. Każdej nocy. Teraz przestała w dniu, w którym podjęła decyzję.  Mechanizm, o którym pisałem wcześniej działa perfekcyjnie. Dla Eli nasz związek już nie istnieje. Po prostu.

I tutaj kompletnie sypie się mój system wartości. Czy mechanizm obronny może być silniejszy niż miłość? Czy można miłość wyłączyć?  Czy mogłem zabić tak silne uczucie?  No właśnie. Jak jest silne? Czy miłość nie zawsze wiąże się ze zrozumieniem i wybaczeniem?

Gdyby ktoś z Was miał podobną historię i zechciał opowiedzieć jak działały uczucia, będę wdzięczny. Nie umiem poradzić sobie ze zrozumieniem tej całej miłości.

To, że opiszę naszą historię uzgodniłem z Elą. Być może zatem pojawi się tu i uzupełni moją wersję

Pozdrawiam wszystkich
Rafał

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Szanowne Panie, mogą być też Panowie. Czy jest ktoś kto może mi pomóc. Może ktoś z Was też był zraniony i wybaczył? Albo nie wybaczył i miłość zgasła? Czy powinna posłać mnie w diabły i ratować siebie, czy ratować siebie wybaczając mi? Jestem w skrajnie trudnym okresie życia i obecnie najbardziej potrzebuję odpowiedzi na pytania dla mnie fundamentalne. Nie uzyskam ich od Was, ale wierzę, że Wasze historie pomogłyby mi zrozumieć własną. Pomóżcie człowiekowi, któremu nie wolno już kochać
Rafał

3

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Tak myslalem, ze za wiele odpowiedzi nie będzie ,a mysle baardzo wielu ludzi to przechodzi. Kobieca plec mozgu steruje emocjami, ktore przeslaniaja logiczne argumenty. Albo duszą, albo otwierają. Albo przyciagaja albo odpychają. Przez pewne rzeczy albo dochodzimy do serca kobiety, albo więź pada i ona czuje sie niezręcznie, niezdolna. Emocje sa dynamiczne u kobiet, wiec da sie je zmienic, ale najpierw trzeba wiedziec jak je stworzyc znowu i czy ona w ogole da na to szanse.

Pewnych rzeczy tez sie nie da wymazac z pamięci. Ludzie na siłe próbują zapomniec o krzywdach, zdradach, oszustwach i nawet mimo to, ze układa im sie w wielu sferach to pamiętają to i przez to przychodzi zwątpienie. Mowi sie, ze tego juz nie ma i sie skonczylo. Ze magia prysła. Prysła bo ludzie nie sa idealni i nie umieja sobie radzic z emocjami.

Zazdrosc, zaborczosc, wmawianie, narzucanie, kłótnie, ubliżanie, brak szacunku, zdrady. Pierwsze przyklady z brzegu ktore zabijają milosc. Jedni ludzie kurczowo sie jej trzymają mimo tego wszystkiego, a drudzy uciekaja po pierwszej przeszkodzie. A do milosci nie zmusisz nikogo. Jak masz duza odpornosc psychiczną i duzo energii, to moze moglbys to przywrocic. Ona sama tego nie zmieni, bo to jej stan emocjonalny nią kieruje. Czuje ze jest zle, to tak bedzie mowiła i sie w tym utwierdzała.

4 Ostatnio edytowany przez kostek_Nk (2014-07-14 20:30:54)

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Zmuszać do miłości nie sposób oczywiście. W mojej historii nie umiem pojąć tego, że nasza własna głowa potrafi nas zmusić do niemiłości. To co napisałeś o pamieci to też oczywiście prawda. Od razu jednak rodzi się pytanie, że skoro nie potrafimy wymazać z pamięci to jak w takim razie Ela wymazała mnie właśnie z pamięci?
Być może moje zachowanie było rzeczywiście ponad tę miłość i mimo, że zawsze dawałem Eli same dobre rzeczy, mimo, że nie tylko ją kocham, ale jestem również troskliwym i uważnym przyjacialem, ta jedna rzecz przerosła jej miłość. Ja, kochając tak jak kocham nie pojmuję tego oczywiście. Myślę, że ja dałbym nam szansę przy poważniejszych nawet rzeczach. Rzecz jasna gdyby dane zachowanie dało się wytłumaczyć, a potem naprawić. Może przeceniam miłość jaką dostałem, może umniejszam krzywdę jaką wyrządziłem.
Nic nie wiem i to boli. Mam jedynie przed oczami obrazek dwojga ludzi, którzy chcą dawać sobie najlepsze rzeczy i dają je i jest sama dobra wola i kończy się to przez jakieś nasze bagaże, których nie nazwaliśmy w porę. Dwa i pół roku temu miałem poczucie spełnienia, szczescia, same dobre intencje, miłość wielką. Dziś pozostały mi dobre intencje i miłość wielka. Ten obraz jest tak irracjonalny, że aż niemożliwy. A jednak

5

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Ona Ciebie nie wymazała z pamieci, tylko te dobre uczucia do Ciebie. Jesli sie kojarzysz jej z rozczarowaniem czy krzywdą to bedzie Ciebie tak odbierała. Pamiętliwie, ale nie w ten pozytywny sposób, ktory mieliscie wczesniej = czyli szczescie. Bylo ,minelo. Milosc jako stan emocjonalny, czyli nic prawdziwego. Kazde 'odkochanie' jednostronne tak raczej wygląda, tylko albo jest krzywda, albo jest nicość. A druga strona przeciez wciaz w tym tkwi. Nie bede prawił co to jest i czy da sie podtrzymac ta "prawdziwosc" bo nigdy do tego etapu nie doszedłem.

6 Ostatnio edytowany przez kostek_Nk (2014-07-14 21:08:38)

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Rzeczywiście racjonalnie patrząc tak to może wyglądać. Pozostaje to jednak bardzo smutnym obrazem. Czemu zatem wszyscy wierzymy (może nie wszyscy) w potęgę miłości? Czemu jest uważana za jedną z najistotniejszych potrzeb?
Ja, niestety w tej sytuacji, nadal wierzę w miłość. Według mnie jest jednym z fundamentów prawdziwego szczęścia. I w tej wierze własnie nie mogę pojąć jak zatem może być słabsza od mechanizmów, schematów, logiki.
Co do pamięci to ja, jako ten po drugiej stronie pamiętam wszystko. I nawet nie tylko obrazami, zapachem, ale i dotykiem. Moje dłonie pamiętają kształt jej twarzy, ramion dłoni. Tak realnie i naprawdę. I dlatego nawet jeśli rozumiem mechanizmy obecnie działające to przecież wydaje się, że kiedyś te wspomnienia, obrazy szczęścia muszą wrócić. To wszystko są rzeczy związane z silnymi emocjami. Mechanizm ich nie utrzyma wiecznie.
Choć pewnie takie wieczne zapomnienia zdarzają się.

7

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Jako ten rzucony tez mialem cos takiego. Wszystko to co bylo pamietalem dobrze lub bardzo dobrze, jako cos co jest spoiwem i ze z drugiej strony wygląda to tak samo. Zapach, dotyk, kształt, ton głosu, sposob postrzegania pewnych spraw taki bardzo indywidualny i wyrozniajacy sie - ze nie moge przypisac zadnej innej osobie tego. Po prostu tak sie buduje wyjatkowosc. Niestety nie siedzimy w glowie tej drugiej osoby i ona moze sie dusic. Ja tam w milosc nie wierze, ale to juz inny temat.
Jest ta faza szczescia, ktora chemicznie daje nam szczescie z tego samego powodu, z ktorego z inną osobą będzie to zwykłym odczuciem.
I ludzie pozniej chodza na haju, az sie rozczarują lub przyjmą to na klate...

8

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

A u Ciebie to świeża sprawa, czy już tak zamierzchła, że zdążyłeś przestać wierzyć w miłość?
Zakładam,że kiedyś wierzyłeś.

9

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

A czemu miałem nie wierzyc? Akurat mam osobowosc sangwinika, mysle pozytywnie, ale juz przestalem w kontekscie kobiet/relacji. Wiem, ze mnie to ogranicza, ale nie widzę jakiegos swiatelka w tunelu. Sprawa swieza nie jest. Wczesniejsza niz data rejestracji tutaj.

10

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Czy dobrze zatem przypuszczam, że mniej lub bardziej świadomie czekasz nadal na tę, która zapomniała,a którą Ty tak pamiętasz?

11

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Czekać nie czekam, bo nie ma na co. To iluzja. Tej osoby juz nie ma, bo ona nie ma motywacji by być taką jak wtedy...
Moge co najwyzej wspominac, co jest tylko niszczące.

12

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Cóż, akurat ja nie jestem w stanie pocieszyć Cię jakkolwiek, ale jako osobę pozytywnie myślącą zainteresuje Cię pewnie myśl, że skoro czekasz (tak to odczytałem) to kochasz nadal, a skoro kochasz to musisz jednak wierzyć w miłość, choćby była to wiara ukryta. Czyż nie jest to pozytywne?

13

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Nie oczekiwałem pocieszenia, ale dzięki. Coś w tym jest, bo jesli sam jestem zdolny do takiej milosci to ogolnie w samą miłość wierzę. Tylko sprawa tak wygląda, ze w duzej mierze to wszystko jest niewiadomą. Pewnym moglbym byc gdybysmy sie znali na wylot i dalej chcieli tego samego, a zanim ludzie sie tak poznają to trzeba przez sporo przeszkód przebrnac. Moge wierzyc w to, ze sam przebrne przez to, ale czy druga strona - tutaj juz nie mam dowodów z życia by sie tak działo, a tez trzeba stapac twardo po ziemi, bazujac na tym co sie widziało, a widzi sie jednak upadek wartości szczegolnie u mlodych ludzi, więc... moze kiedys.

14

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

No tak, zatem męczą nas te same pytania. Tym razem Cię nie pocieszę, ale ufam, że jako sangwinik coś pozytywnego z tego odczytasz.
Otóż ja nie znam podstawowych odpowiedzi mimo, że znam Elę bardzo dobrze. Myślę, że najlepiej ze wszystkich. Niestety nawet taka wiedza pozostawia puste pytania.

15

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Jak znasz bardzo dobrze to powinienies wiedziec kiedy reagowała najgorzej na Twoje zachowania. Pozniej mogło sie to powtarzac, mogła sie czuc nierozumiana, nieakceptowana nawet. Nie wiem, nigdy w głowie takiej kobiety która sie odkochała nie siedziałem i nigdy nie dostałem wytłumaczenia czemu cos sie skonczyło i czemu juz nic byc nie moze.

16

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Jeśli się kochacie, to znaczy że chcecie spędzać ze sobą czas. Być może jesteście toksyczni i się zatruwacie nawzajem.

To walka egoizmu z miłością. Ty masz swój LĘK i go pielęgnujesz. Ona ma swoją obojętność, ułudę wolności, którą Cię przypala.

mistrz mawiał: "Aby być z kobietą, trzeba być gotowym ją stracić".
Ty nie jesteś gotowy jej stracić.

17

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Słusznie. Widziałem oczywiście jej reakcje gdy po raz kolejny wątpiłem w jej miłość, tylko że wówczas myślałem, że ratuję siebie lub nas. Miałem dobre intencje. A gdy dostrzegłem błąd było już za późno. Nie będzie mi dane go naprawić.
Dziękuję Ci za posty. Pomogły mi znaleźć nowe punkty widzenia.

18

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Cóż Gary, już ją straciłem w rzeczywistości, choć w głowie, a o takiej gotowości do straty mówisz, jeszcze nie.
Gdy się kochalismy,bardzo chcieliśmy spedzać ze sobą czas. I każde czuło się najlepiej. Mój lęk był toksyczny przede wszystkim dla mnie. Potem, w konsekwencji dla związku. Lęku nie pielęgnowałem (czemu tak sądzisz?). Zapomniałem o nim na samym początku i tak pozostał nienazwany, dlatego groźny.
Obojętność pojawiła się u niej nagle, w chwili podjęcia decyzji o rozstaniu. Wcześniej nigdy jej nie otrzymałem. Stąd moje wszystkie pytania i poczucie straty czegoś bardzo wartościowego.

A drogą mistrza będę musiał iść teraz

19

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?
kostek_Nk napisał/a:

I tutaj kompletnie sypie się mój system wartości. Czy mechanizm obronny może być silniejszy niż miłość? Czy można miłość wyłączyć?  Czy mogłem zabić tak silne uczucie?  No właśnie. Jak jest silne? Czy miłość nie zawsze wiąże się ze zrozumieniem i wybaczeniem?

Są w życiu sytuację, które faktycznie mogą wyzwolić podobny system obronny. Zdarzenia, która na poziomie instynktu budują swoistą zaporę nie do przejścia. Na tym własnie poziomie można jakby "wyłączyć" uczucia - uczucia, które nas niepokoją, w naszym rozumowaniu zagrażają, które zaburzają nasze poczucie równowagi, spokoju... które ingerują w nasze codzienne poczucie stabilizacji. Działamy jakby do pewnego pułapu, poniżej którego niestety nie potrafimy zejść... nie i już.
Nie wiem jak jest u Eli i z jakiego powodu tak robi... co przeżyła wcześniej (bo takie zachowanie spowodowane jest czymś wcześniejszym) - i nie wiem, czy masz możliwość zrobienie czegoś, aby to zmienić. Ja nie znam sposobu...
Pewnie w niczym Ci nie pomogłam Rafale, bo na to nie ma jednoznacznej odpowiedzi...

20

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?
kostek_Nk napisał/a:

Dzień dobry, oto moja historia i moje pytania.
(...)
Tak wygląda nasza historia. Bardzo smutna, prawda?

Po co to wszystko piszę? Nie chodzi mi o ocenę sytuacji, szans czy mojego zachowania. Te odpowiedzi już znam, szczególnie jeśli chodzi o moje zachowanie.  Fatalne.

Chodzi mi przede wszystkim o istotę miłości. Jej siłę i słabości. Tu rodzą mi się pytania, z którymi nie umiem sobie poradzić lub uzyskuję odpowiedzi, których nie sposób unieść.
(...)
I tutaj kompletnie sypie się mój system wartości. Czy mechanizm obronny może być silniejszy niż miłość? Czy można miłość wyłączyć?  Czy mogłem zabić tak silne uczucie?  No właśnie. Jak jest silne? Czy miłość nie zawsze wiąże się ze zrozumieniem i wybaczeniem?

Gdyby ktoś z Was miał podobną historię i zechciał opowiedzieć jak działały uczucia, będę wdzięczny. Nie umiem poradzić sobie ze zrozumieniem tej całej miłości.
Rafał

1. Wiele lat temu: zakochaliśmy się nagle, wybuch namiętności; chodziłam kilka centymetrów nad ziemią, tworzyłam, świat mnie zachwycał; nie było tęsknoty; kontakt tak bliski, że momentami telepatyczny. Miałam siłę, żeby zmienić swoje życie. Ale były czynniki inne, które wymusiły rozstanie. Zostaliśmy dalekimi znajomymi. Później trochę kontaktów zawodowych. A później nic.
2. Kilka lat temu: odnalazł mnie, to miała być przyjaźń. Wpadłam w zbytnią otwartość, wróciły uczucia inne nieco niż przyjaźń, czułam, że nie daję rady, wycofałam się. Zamilkł.
3. Od tamtego czasu parę razy dawałam znać, że jestem gotowa na kontakt w średnim dystansie. Przetrawiłam to wszystko w sobie, znalazłam mechanizm, który powodował wybuch nadziei, że możemy być razem, że może być tak pięknie, jak wiele lat temu. I mechanizm rozkręciłam - pozbyłam się tej nadziei. Nie podjął korespondencji.

Teraz do Twoich pytań:
- miłość mi nie przeszła, cała reszta tak: nadzieja, że możemy być razem, zaufanie, fascynacja; jest innym człowiekiem niż ten, z którym byłam tak blisko i akceptuję to; różnica w tym, że nie chcę się zbliżać do niego;
- z tego by wynikało, że miłość to coś więcej niż wdzięczność dla kogoś, z kim mi dobrze (albo z kim mam nadzieję, że będzie mi dobrze);
- ale kochanie kogoś nie musi oznaczać dążenia do związku (tak, jestem pewna, że on też mnie kocha w taki odległy, może sentymentalny sposób);
- więc można powiedzieć, że moim mechanizmem obronnym jest wyrzeczenie się nadziei na bycie z nim blisko; jest to powiązane z otwartością - chciałam go obdarzać sobą, moimi przeżyciami, moim szczęściem, w końcu przyzwyczajałam się do tej otwartości, wydawało mi się wtedy, że jesteśmy blisko, a on niewiele mówi, bo jest milczkiem; no i nie chciałam dostrzec, że bliskość w ten sposób osiągana jest tylko złudzeniem; bo przecież on nawet nie musiał chcieć, sama mu pchałam w ręce;
- wybaczenie i zrozumienie może i tak, w końcu się to osiąga, ale się pamięta; pamięta się ten szok, kiedy się nagle dostrzega przepaść między wyobrażonym a prawdą, rzeczywistością; kiedy jest tak strasznie wstyd za tę niechcianą otwartość; jeśli to miałoby się powtórzyć - nie decyduję się na to, nie chcę nic;
- a jeśli przy tym w miarę mi dobrze w życiu, to po co się narażać; duma mi nie pozwala; no w końcu próbowaliśmy, na nowych zasadach i znowu nic - więc nie ma sensu; zawsze przecież są wspomnienia, też miłe a bezpieczne;
- a może uciec się do nazwania tego odpowiedzialnością, bo przecież dzieci, różne zobowiązania, dorobek życia; wygodnie mi i nie zaryzykuję tego dla mało realnej nadziei na powrót do przeszłości, a przy okazji szoki różne emocjonalne;
- ja tego nie rozumiem całkiem, tak się podziało, więc widocznie tak musi być; czasem strasznie za nim tęsknię a potem przywołuję wszystkie argumenty na nie. Nie i już.

21

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Drogie Panie, bardzo, bardzo dziękuję Wam za odpowiedzi.
_Nina_ , oczywiście, że mi pomogłaś. Gdy czytam Twoje słowa, dochodzi do mojej świadomości fakt, którego ze wszystkich sił próbuję od momentu utraty Eli nie dopuścić do siebie, że właśnie tak działają nasze mechanizmy. ?Nie i już?. I powraca paraliżujące poczucie bezsilności bo w takim razie nic już nie mogę zrobić. Taka jednak jest rzeczywistość.

Tutaj myślę, że powinienem rozszerzyć moją opowieść. Nie pisałem o tym wcześniej bo wprawdzie nie miałem nadziei, że Ela zajrzy tutaj i coś napisze, niemniej musiałem przyjąć taką ewentualność i dać szansę, by sama to napisała.
Otóż przed moim wybuchem agresji, kilka miesięcy wcześniej, podczas jakiejś rozmowy zostałem czymś sprowokowany i odezwałem się bardzo niegrzecznie. Powiedziałem coś w stylu ?Co ty w ogóle pier?lisz?. Ela zareagowała niezwykle stanowczo. Na tyle, że miałem pewność jak bardzo nie chce by tak się do niej odzywano. Ponieważ potrzeby Eli  obserwowałem zawsze z najwyższą uwagą, postanowiłem oczywiście nie robić tak więcej. I bywały sytuacje, gdzie podczas rozmowy, nie mogąc przebić się  argumentami przez mur uporu, miałem już ochotę tak się odezwać. Powstrzymałem się jednak i uznałem te kilka przypadków za mój sukces i cieszyłem się, że zaspokoiłem potrzeby Eli. Cieszyłem się tym bardziej, że  przychodziło to z coraz większą łatwością więc była szansa, że niedługo w ogóle pozbędę się potrzeby takich reakcji . Z korzyścią dla wszystkich, również dla mnie.
Niestety po jakichś trzech miesiącach, gdy byłem już przecież na drodze do sukcesu, znów odezwałem się w ten sposób. Reakcja Eli była taka sama, tak samo stanowcza.
Dla mnie te dwie sytuacje i mój wybuch agresji to sprawy zupełnie oddzielne i nietożsame. Jedna to techniczna w gruncie rzeczy potrzeba korekcji sposobu komunikacji. Druga to konsekwencja bagażu lęku, którego nie dostrzegłem w porę i którym mnie bezpośrednio i najintensywniej niszczył, Elę zaś w konsekwencji zranił.
Ela te trzy zdarzenia postrzega jako całość. Eskalacja. ?Zdarzyło się trzy razy więc nie mogę mieć pewności, że się nie powtórzy?. Tym bardziej zatem jej mechanizm jest usprawiedliwiony.

Piszesz _Nina_, że takie mechanizmy mają źródło w przeszłości. Jestem pewien, że faktycznie u Eli też tak jest. Gdy poznałem ją dwadzieścia parę lat temu, jej mechanizmy już były niezwykle, zadziwiająco wręcz rozbudowane i niewzruszone. I tak jak w normalnych sytuacjach była i pozostała pełna nastoletniej radości (uwielbiam w niej to), tak w sytuacjach, które uznawała za niebezpieczne lub niewygodne dla niej, już wtedy, jako w zasadzie dziecko reagowała i działała jak człowiek dojrzały, od dekad przyglądający się światu.

Tak. I ja i Ela mamy swoje ciążące bagaże przeszłości. Już tyle ich z troską ściągnęliśmy wzajemnie. Tak bardzo chciałbym dalej uwalniać moją ukochaną i pozwolić jej dalej uwalniać mnie.
Tyle, że może ona już tego nie chce. Na pewno wszak nie chce tego ode mnie.

Piosenka, Tobie również dziękuję.
Jedną z najsmutniejszych dla mnie obecnie myśli jest perspektywa, że nasze historie będą miały to samo zakończenie. Czyli dwoje kochających się i wzajemnie uskrzydlających ludzi, oddzielonych latami, kilometrami i kredytami, którym pozostanie miłość i tęsknota, a zamiast spełnienia będą musieli wybrać wspomnienia. Mam tylko nadzieję, że w Twoim obecnym życiu jest Ci dobrze.
Twój post boleśnie obecnie uświadamia mnie, że też będę musiał uruchomić mechanizmy zduszenia nadziei. Zupełnie  nie wiem jak to zrobić bo głowa twardo twierdzi, że nadziei nie ma, jednak serce nadal przytula się mocno do najmniejszej, ułudnej choćby iskierki.
Kiedyś już musiałem taki mechanizm uruchomić. Pamiętam ślub Eli. Byłem tam z moją partnerką, którą (tak wówczas uważałem) kochałem i wobec której byłem zawsze szczerze lojalny. I gdy już Ela w białej sukni przeszła do ołtarza, i gdy przed Bogiem zgodziła się, że ?póki śmierć was nie rozłączy?, Pomyślałem ?No tak, teraz już naprawdę kończy się nadzieja?. I nie było to jakieś podświadome drgnienie tylko zupełnie realna, ubrana w słowa myśl.

To co piszesz o wybaczeniu i pamiętaniu to dokładnie ta myśl, która od chwili gdy wrzeszcząc na Elę uświadomiłem sobie jak ją skrzywdziłem, rozdziera i pali mnie od środka. Tak, ta pełną gniewu i złych intencji twarz musiała wyryć się w pamięci. Mnie dławi żal gdy wyobrażam sobie siebie wtedy. Ja nie umiem sobie tego wybaczyć. Nie chcę. Tym bardziej nie zrobi tego Ela. Jezu, zraniłem najbliższą mi istotę. Próbuję tłumaczyć sobie, że to nie krzyczałem ja, tylko moja słabość złamana ciężarem lęku. Ale to mnie widziały wówczas oczy Eli. Lęk był niewidoczny.

Tak bardzo chciałbym żeby Ela była teraz w mojej głowie, żeby zdobyła pewność.

Dawno temu gdy widok Eli pierwszy raz rozjaśnił mój świat, od razu wiedziałem, że to ona. Poczułem trudną do opisania duchową więź. Czułem się tak jakbym znał ją od dawna, jakby już wcześniej była. Wiedziałem, że już zawsze będę chciał dla niej jak najlepiej. Byliśmy na obozie.  Ela wykazała jakieś zainteresowanie mną i byliśmy chłopcem i dziewczyną. Bajka. Bajka aż pojawił się chłopiec z gitarą. Zarzucił włosem, zanucił głosem i zainteresowanie mną spadło. Postanowiłem walczyć o nią. O Pomoc poprosiłem przyjaciela. Zapadł wieczór, z namiotu Eli dobiegały dźwięki gitary i śmiechów. Ja czekałem w cierpieniu zmieszanym z wybaczeniem. Około drugiej w nocy chłopak wyszedł. Poczekaliśmy jeszcze trochę żeby mieć pewność, że Ela zaśnie i rozpoczęliśmy zaplanowaną wcześniej akcję. Wzięliśmy duże prześcieradło i scyzoryki i poszliśmy  na pobliskie osiedle. Na osiedlu były dwa piękne, duże klomby róż. Czerwonych. Po godzinie na osiedlu nie było już dwóch pięknych, dużych klombów róż. Wróciliśmy pod namiot Eli, pooociiiiiichuutku otworzyliśmy zamek.  Do namiotu wejść nie mogłem, bo zacząłby szeleścić. Przepasałem się więc  przygotowaną wcześniej dętką rowerową. Kolega chwycił ją mocno, a ja wyprostowany wisiałem na niej nad śpiącą Elą (potem kolega przyznał, że strasznie go korciło żeby puścić). I wisząc w takiej konstrukcji, czy może będąc taką konstrukcją powoli, starannie rozłożyłem dwa piękne, duże klomby róż wokół mojej ukochanej.
Rano Ela obudziła się w namiocie pełnym pachnących, czerwonych róż i z wierszem Jasnorzewskiej

Słowiki są dzisiaj nie w sobie
Bzy są jak chmury krzyżyków
Chcesz zabić serce moje?
Przecież się nie zabija słowików.

I powiem Wam moi drodzy, że tak bardzo smutne jest to, że od tamtego czasu nic się we mnie nie zmieniło. Przez te wszystkie lata kochałem ją niezmiennie tak samo jak tamtej nocy. Przez te wszystkie lata zawsze miałem takie same intencje. Najlepsze. A smutne jest to właśnie, że to wszystko nie wystarczyło.

22

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?
kostek_Nk napisał/a:

Twój post boleśnie obecnie uświadamia mnie, że też będę musiał uruchomić mechanizmy zduszenia nadziei. Zupełnie  nie wiem jak to zrobić bo głowa twardo twierdzi, że nadziei nie ma, jednak serce nadal przytula się mocno do najmniejszej, ułudnej choćby iskierki.
Kiedyś już musiałem taki mechanizm uruchomić. Pamiętam ślub Eli. Byłem tam z moją partnerką, którą (tak wówczas uważałem) kochałem i wobec której byłem zawsze szczerze lojalny. I gdy już Ela w białej sukni przeszła do ołtarza, i gdy przed Bogiem zgodziła się, że ?póki śmierć was nie rozłączy?, Pomyślałem ?No tak, teraz już naprawdę kończy się nadzieja?. I nie było to jakieś podświadome drgnienie tylko zupełnie realna, ubrana w słowa myśl.

Jeśli naprawdę chcesz to zrobić, zrób to poprzez symbol.
Kiedyś to był ślub Eli, cały obrzęd. A dziś?

23

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Jeśli cie zostawiła dla innego to wiedz że nie kocha cię na zabój.

Moja koleżanka miała dokładnie tak samo, twierdziła że kocha chłopaka, znali się od początku liceum i byli nierozłączni. Nawet w zespole razem grali. Niestety mieli ciężki okres przez jakieś dwa tygodnie, ona wybrała się na imprezę bez niego i zrobiła to i tamto pijana, on jej wybaczył tylko miał swoje żale a ona nie potrafiła tego znieść, twierdziła że go kocha , do dzisiaj tak twierdzi i psuje biednemu chłopakowi życie który ułożył się już z inną kobietą od kilku lat, choć dalej ją kocha. I ona mówi mu że go kocha, choć ponoć ostatnio już przestała, miała innych mężczyzn którym mówiła to samo - wychodzi na to że taka kobieta nie jest po prostu zdecydowana którego chce, a pewnie najchętniej to każdego dnia chciała by mieć na zmianę innego którego "kocha". Tak dla porównania ja poznałam mojego faceta w wieku 17 lat i jesteśmy już dłuugo dłuugo razem smile


Przykre to bardzo bo tacy mężczyźni się męczą, są w sidłach tych kobiet, które mogą robić z nimi co im się żywnie podoba, ci mężczyźni są po prostu na sznurku wink
Nie warto tracić czasu na takie kobiety. To są rasowe Gady.

24

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

No właśnie. Czy naprawdę tego chcę? Wiem poprzez wyuczone kody społeczne, poprzez argumenty próbującej mnie ratować rodziny, poprzez mądre książki, że powinienem. Że muszę.
Prawda jest jednak taka, że jedyne czego teraz chcę to odebrać telefon i usłyszeć "Kochany, jednak wolę żebyś był"
A dzisiaj mam akurat taki dzień, że zupełnie w to nie wierzę. I już nie chce mi się nic. Przez całe życie wybierałem taką drogę by być dobrym człowiekiem i albo coś mi nie wychodziło, albo, częściej, obracało się to przeciw mnie. I teraz, gdy nie wyszło mi w sprawie dla mnie najważniejszej, już chcę się poddać. Już za ciężko dla mnie.

25

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

wysokieobcasy, cóż, może tak właśnie jest? Nigdy nie wiemy nic na pewno. Chociaż ja, w swojej głowie, czyli w miejscu gdzie jest cały mój świat, mam pewność, że byłem kochany naprawdę.
Jeśli się mylę, to chociaż chciałbym dostać taką wiedzę. Byłoby może łatwiej. Ale nikt mi takiej odpowiedzi nie da.
Zostaje mi zatem moja pewność, moje w konsekwencji nadzieje.
I świadomość, że to tylko złudzenia.

26

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?
wysokieobcasy napisał/a:

Przykre to bardzo bo tacy mężczyźni się męczą, są w sidłach tych kobiet, które mogą robić z nimi co im się żywnie podoba, ci mężczyźni są po prostu na sznurku wink
Nie warto tracić czasu na takie kobiety. To są rasowe Gady.

Zupełnie inaczej widzę tą sytuację... powstrzymałabym się także od tak ostrych wniosków...
Wprawdzie nie mam pełnej wiedzy, niemniej Ele potrafię zrozumieć...

27

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

_Nina_, ja też rozumiem argumenty Eli i podkreślam raz jeszcze, że w tym przypadku zachowałem się ohydnie.
Tak bardzo chciałbym jednak wierzyć, że moja we wszystkich innych przypadkach postawa. Postawa człowieka szczerze kochającego, ze wszystkimi tego konsekwencjami manifestowanymi moimi czynami i intencjami. Przede wszystkim zaś Eli miłość do mnie, weźmie górę.

28

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Rafał... mam nadzieję.
Nie chcę analizować i wyciągać wniosków - bo po prostu nie wiem wszystkiego. I też nie czuję się na siłach...
Myślę jednak, że lęk Eli jest po protu bardzo silny. I tak jak pisałam w pierwszym poście tutaj - widzę to właśnie tak a nie inaczej
I nie jest to kwestia siły uczucia... zresztą ciężko mi pisać o kimś, bo na pewno wcześniej czy później w tej konkretnej sytuacji musiałabym użyć argumentów i wyjaśnień, których nie chcę...
Może się mylę, bo nie jestem Elą... ale czasem to co wydaje się trudniejsze, jest wbrew pozorom, ostatecznie łatwiejsze

29

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

_Nina_, dziękuję Ci za ten post.
Nie jestem pewien czy do końca zrozumiałem ostatni akapit. Jeśli możesz ująć to w inny sposób to poproszę.

Co do wyjaśnień i argumentów, których nie chciałabys używać, to absolutnie szanuję Twoją wolę. Jeśli jednak motywacją milczenia jest dla Ciebie na przykład niechęć zranienia mnie to  chętnie wysłucham. Jeśli natomiast chcesz chronić swoją prywatność to rozumiem i zapominam o temacie.

30

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

...czasem to co wydaje się trudniejsze, jest wbrew pozorom, ostatecznie łatwiejsze...

Jakby to ująć na pułapie ogólności nie wdając się w prywatne szczegóły...
Czasem decyzja, która wydaje się być trudna, bolesna wręcz i na pierwszy rzut oka zupełnie niepotrzebna... decyzja, od której sami będziemy cierpieć... ostatecznie potrafi przynieść ulgę i spokój.
Decyzja taka jest podjęta raz - raz zaboli, raz pocierpimy - i ostatecznie jest to łatwiejsze niż ryzyko, które podejmiemy z chwilą wybrania opcji jakby "łatwiejszej"... gdy na cierpienie (tak myślimy) możemy w sumie narażać się każdego dnia... że nie ma pewności, ze będzie dobrze, że też ból może się pojawić... rozumiesz? A tak - raz, szybko... i już. I nie ma obaw...
Czyli jest to dla mnie łatwiejszy wybór, bo nie niesie za sobą dalszego ryzyka

Co do drugiej kwestii - tak, chodzi o moją prywatność

Nie wiem czy to Ci czymś pomoże, nie wiem nawet czy swoje myśli potrafię odpowiednio Tobie przekazać... ale próbowałam

31

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

U Eli prawdopodobnie samo podjęcie decyzji było w jakiś sposób trudne, choć nie wiem czy bolesne. W tej samej sekundzie, w której podjęła decyzję, uruchomiła świadomie swój mechanizm i wszystko stało się z automatu niebolesne. Opieram się tu na słowach Eli.
I rozumiem co piszesz. Zastanawia mnie jednak, że przy odrzuceniu ryzyka powtórki sytuacji, odrzuca się świadomość ryzyka, że w przyszłości będziemy cierpieć bardziej. Brakiem i tęsknotą. W mojej opinii, przy świadomości kochania kogoś, takie ryzyko jest wysokie.
Poza tym, jak myślisz? Jakie jest ryzyko, że powtórzę swoje zachowanie? Masz śladowe ilości danych, ale jednak jakieś masz.
Jestem już pewien Eli miłości.
Jestem świadom swojego lęku.
Jestem świadom jego irracjonalności.
Mam niezmiennie najlepsze intencje.
Moją motywację też możesz chyba oszacować.
Jesteś w stanie pokusić się o ocenę ryzyka?
Pytam zupełnie poważnie.

32

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

W tej konkretnej sytuacji... chyba podjełabym ryzyko na miejscu Eli.
Ale to nie ja mam je podjąć.
I moge mówi tylko za siebie...

33

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Oczywiście. Już po wysłaniu tego pytania pomyślałem, że nie ma ono żadnego pragmatycznego znaczenia. Znów szukałem nadziei...
Dziękuję Ci za tę odpowiedź.
W ogóle bardzo mi pomógłaś. Masz dość podobny sposób wyjaśnień jak Ela (Nie, nie. Wiem, że to nie Ela), zatem to co piszesz niesie istotne dla mnie informacje.
Dziękuję też za otwartość i myślę, że osobistą szczerość odpowiedzi.
Dziękuję.

34

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Starałam sie szczerze odpowiedzieć, bo wiem ze nie jest to łatwe do zrozumienia.
I chciałabym w sumie, aby Wam sie udało.
Chciałam tez abyś zobaczył, ze tak moze byc i takie myślenie nie jest wynikiem jakiegos tam widzimisie, ze można na jakimś etapie nie mieć do końca wpływu na włączenie sie takiej (w sumie automatycznej trochę ) reakcji obronnej.
Powodzenie smile

35

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Tak, właśnie dzięki Tobie zaczynam powoli, nie do końca jeszcze, ale jednak, próbować to wszystko rozumieć. Rozumieć to może nie to słowo. Dostrzegać zarys. I mimo, że rozwiewa to opary moich nadziei (nie zatrzymam automatu, nawet sercem), to jednak, w takiej sytuacji wiedza jest lepsza niż wszechpustka.

Tobie natomiast życzę by wszystkie Twoje decyzje okazały się dla Ciebie najlepsze.

36

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

miłosc potrafi zdziałac cuda, pewnie nawet nie jestesmy w stanie przewidziec tego co moze sie zdarzyc pod jej wpływem:P

37

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Cóż, jak widać po moim przypadku być może jest to tylko nasze, ludzi marzenie. Może na tyle silnie nęciła nas wizja, że oto istnieć może moc zdolna pokonać wszystko, że bezrozumnie, wbrew materii zaczęliśmy w to wierzyć.
Jestem pewny własnej miłości tak jak jestem pewny, że istnieję. Nie mniej i nie bardziej. Jestem świadomy jej głębi. Jeśli przeczytasz jakikolwiek wiersz o tym uczuciu, możesz bezpiecznie przyjąć, że właśnie poznajesz co czuję przez większość dorosłości.
I co z tego?
Nic.
Dostałem skarb wyśniony, tak piękny, że wystarczyło nie robić nic. Wystarczyło go objać i pozwolić objąć siebie.
Moja miłość nic nie dała. Silniejsze okazały się drobinki kurzu, które przez lata osiadły w mojej podświadomości.
Chciałbym dalej wierzyć, że wystarczy kochać.
Ale jak w takim razie mogę w to wierzyć?

38

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Tak mi się teraz skojarzyło.
Widziałem kiedyś program w telewizji, w którym jakiś człowiek mądry objaśniał co dzieje się gdy roztopione szkło wlać do wody. Otóż powstaje niezwykłej urody, idealnych kształtów szklana kropla. Gruba u nasady, coraz smuklejsza dalej. Kończyła się jako cieniutki włos.
Członek ów mądry wziął młotek i próbował rozbić szkło uderzając w grubą kroplę. Bezskutecznie.
Potem chwycił w palce włosek i przełamał go.
Kropla eksplodowała bezpowrotnie milionem kawałków.

I myślę, że ten obraz lepiej opisuje moją historię niż wszystkie słowa.

39

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Mając taka wiedzę, wykorzystaj to i nie próbuj przełamać tej kropli.
I czasem wcale nie wystarczy po prostu kochać... ale miłość moze wiele zmienić.

40 Ostatnio edytowany przez kostek_Nk (2014-07-17 09:04:10)

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Kroplę Eli mogłem już niestety przełamać moim krzykiem.
Teraz zepsuć nie mogę już nic. Nawet nie miałbym jak.
Kontakt jest definitywnie urwany. Mieszkamy w innych miastach. Zero szans nawet na przypadkowe spotkanie.
Automat sprawił prawdopodobnie, że w głowie Eli już nie istnieję.
Moją natomiast głowę Ela wypełnienia obecnie w całości. Dziś znów mi się śniła. Jak co noc.

Kiedyś, kiedyś zaśpiewała mi do snu pewną miłosną piosenkę. Piosenkę, przy której zawsze wzruszała się swoim mną szczęściem. I płakała.

I śniło mi się dzisiaj, że nadal siebie mamy i było pięknie. Tak normalnie, dobrze i miło. Więc radosny poprosiłem żeby znów uśpiła mnie melodią.
Nie mówiła nic, a w oczach miała smutek, że tego już zrobić nie może.

Obudziłem się i nie mogę powstrzymać łez.
Łzy szczęścia, łzy rozpaczy, jedna piosenka.

Jedyna rzecz, którą w związku z Elą mogę zrobić to  czekać w nieskończoność karmiony nadzieją, że jej uczucie potrafi jednak przenosić góry.
A przecież robić mi tego nie wolno.

41

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?
kostek_Nk napisał/a:

Automat sprawił prawdopodobnie, że w głowie Eli już nie istnieję...

Sprawił, ze tak wybrała... a nie jestem wcale pewna, czy w głowie jej nie istniejesz...

42

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Moja droga _Nino_, istnieć gdzieś głeboko pewnie mogę. W sferze świadomości, a więc i decyzji z całą pewnością nie.

I tu w zasadzie wracamy do pytania o siłę miłości jako takiej. Zdoła się przebić czy wcześniej zgaśnie?
Rozum mi mówi, że zgaśnie.
Serce, że zwycięży.
Rozum każe mi zgnieść serce żeby żyć.
Bez serca żyć nie umiem.

43

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Rafał... ja nie mogę odpowiedzieć na żadne pytanie... dlaczego?
Bo to będzie tylko i wyłącznie moje zdanie, subiektywne, naznaczone moimi przeżyciami...
Nie będzie dla Ciebie żadną wskazówką...

Moze zawalcz? Sam przecież mówisz, ze nie potrafisz żyć bez serca...
Wsłuchaj sie w siebie...

44

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Nie mam jak zawalczyć. Każdy mój ruch tylko powiększy mur. Zmuszanie kogoś żeby chciał powoduje jedynie, że tym bardziej ten ktoś nie chce.
Gdybym mógł cokolwiek zrobić, "przeniósłbym góry". Tę właśnie moc daje mi moje, pielegnowane od ponad dwóch dziesięcioleci uczucie. Dwadzieścia kilka lat jedna kobieta głęboko w sercu. Nie wiem czy mi wierzycie, ale tak właśnie jest.

Teraz przyglądam się z boku jak trawi mnie bezsilność.

45 Ostatnio edytowany przez _Nina_ (2014-07-17 18:33:32)

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Ale ja to Ci wlasnie  cały  czas próbowałam powiedzieć o tym murze...
Słuchaj ...więc albo zrób cos albo zapomnij - i przestań tylko rozmyślac.  Innego wyjścia nie ma.
Nie chce wylewać Ci kubła zimnej wody na głowę, ale musisz (powinieneś) podjąć decyzję

46 Ostatnio edytowany przez kostek_Nk (2014-07-17 19:05:53)

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Wiem to wszystko _Nina_. Znaczy wie to moja głowa. Mówi mi to cała rodzina, mam również internet i potrafię z niego korzystać. Wiem to.
Ale nie mam już motywacji. Mam świadomość/wiedzę, że blisko Eli jest MOJE MIEJSCE. Jak mam kreślić plany skoro wiem, że już wszędzie będę nie na swoim miejscu? Życie już nie raz mnie przysypywało i zawsze mozolnie się podnosiłem. Właśnie dlatego, że wierzyłem w to mityczne swoje miejsce. Że znajdę. Teraz mam już dość. Już nie. Bo już nie znajdę.

Jeszcze ten głupi wręcz powód straty wszystkiego. Gdybym był złym człowiekiem, katem ślepym na potrzeby partnerki to OK, jest to mocny powód. Ale ja jestem człowiekiem dobrym, z najlepszymi intencjami i zrozumieniem. Ja naprawdę dałem Eli całe serce.
I poległem na lęku jakimś sprzed lat bezrozumnym.
Słyszę chichot losu i nie umiem dać wiary.

Jedynie nadzieja ślepa daje mi na cokolwiek siłę
Koło zamknięte.
Rodzina planuje zaprowadzić mnie do psychiatry ponieważ mój stan jest faktycznie odległy od ideału. Gdy zadaję pytanie czy psychiatra dysponuje farmaceutykami na cofnięcie czasu, milczą

47

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

A po co Ci cofnięcie czasu? To ma byc pomoc na wykreowanie lepszej przyszłości i zapomnieniu o tym co złe.

48

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Cofnięcie czasu po to by wcześniej nazwać, wyśmiać i wyrzucić do kosza lęk, który mnie gniótł niepotrzebnie.
Przyszłości lepszej od czego?
Czy zapomnę również o tym co najlepsze?

49 Ostatnio edytowany przez _Nina_ (2014-07-17 19:22:12)

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Rafał... przeszłość to przeszłość.
Ok, moze nie można tak po prostu zapomnieć o tym co było - ale można tym nie żyć.
Nie pielęgnuj w sobie bólu - bo wlasnie ból pielegnujesz a nie miłość.
Jesli nie możesz zrobić tak jak pragniesz, zrób jak możesz... a możesz dać sobie zwyczajnie szanse na przyszłość. Szanse... Po prostu szanse
Nie warto patrzeć wstecz... wiem co mówię... Patrz tylko przed siebie

Edit: moze thepass lepiej trafi do Ciebie

50

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Wbrew pozorom to co piszę jest spójne i jeśli myślę o swojej przyszłości to moje podejście jest najbardziej racjonalne (sic!)
Racjonalnie rzecz biorąc nie mogę już związać się z inną kobietą mając tę wiedzę, którą mam. O miłości i swoim miejscu. Kiedyś już zrobiłem ten błąd. Zakopałem mozolnie miłość do Eli i postanowiłem związać sie z kimś z nadzieją, że pokocham. Efekt jest taki, że cierpiałem ja, moje dziecko i matka mojego dziecka. To za dużo. Już nie.
Wtedy teoretycznie była szansa bo tylko czułem, że z Elą będzie mi najlepiej. Teraz to sprawdziłem i wiem.
Nawet jesli szansa jest zerowa to i tak czekanie zniszczy mniej osób niż próba oszukiwania się.

Nie pielęgnuję bólu tylko nadzieję. W efekcie boli, ale to jednak jest różnica.

51

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Racjonalnie to Ty wszystko próbujesz sobie wyjaśnić i nie ma w tym nic złego.
Wywody są oczywiście spójne, bo potrafimy tak wspaniałe wszystko spojnie przeanalizować.
O Twojej szansie mówiłam - szansie na nowe odnalezienie siebie a nie nowy związek. Nie da się nic zbudować bez fundamentów. A to Ty masz byc fundamentem. Na razie doskonale odnalazles Elę w samym sobie. Spróbuj poszukać samego siebie.
I dalej uważam, ze pielegnujesz ból.
Jesli to nadzieja - to działaj a nie tylko pielęgnuj.

52

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

_Nina_, dziękuję Ci przede wszystkim za to, że piszesz mądrze. Mądrze to znaczy w sposób, który zmusza do myślenia.
I Ty masz rację, fundament naszego świata powinien być w nas. Tyle tylko (tu powrócę do swojej retoryki), że od lat młodzieńczych, mniej więcej od chwili gdy Ela pierwszy raz mnie porzuciła, powoli, niezauważalnie, degradowałem swoje ja. Wpływ realnego, a nie jak sądziłem idealnego świata, chybione związki, wyścig szczurów, rozczarowanie ideami dobroci, lojalności, uczciwości. Z dnia na dzień byłem coraz bardziej oblepiony brudem świata i źle się z tym czułem. To będąc z Elą zacząłem się pozbywać tego ciężaru. Gdy się spotkaliśmy byłem wrakiem człowieka z głęboko zakopaną świadomością siebie i swojej wartości. Pisząc "moje miejsce" mam na myśli miejsce gdzie odnajduję i wzmacniam swoje ja. Stawałem sie na powrót sobą. Swoim fundamentem jeśli wolisz.

Powiedz mi zatem czy nie byłaby, przy takich doświadczeniach naiwną wiara, że oto świat zadziała nagle inaczej niż zawsze?

O jakim działaniu mówisz w kontekście nadziei?

53

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?
kostek_Nk napisał/a:

Tyle tylko (tu powrócę do swojej retoryki), że od lat młodzieńczych, mniej więcej od chwili gdy Ela pierwszy raz mnie porzuciła, powoli, niezauważalnie, degradowałem swoje ja. Wpływ realnego, a nie jak sądziłem idealnego świata, chybione związki, wyścig szczurów, rozczarowanie ideami dobroci, lojalności, uczciwości. Z dnia na dzień byłem coraz bardziej oblepiony brudem świata i źle się z tym czułem. To będąc z Elą zacząłem się pozbywać tego ciężaru. Gdy się spotkaliśmy byłem wrakiem człowieka z głęboko zakopaną świadomością siebie i swojej wartości. Pisząc "moje miejsce" mam na myśli miejsce gdzie odnajduję i wzmacniam swoje ja. Stawałem sie na powrót sobą. Swoim fundamentem jeśli wolisz.

Świat w którego centrum jest nierealne marzenie o kimś prowadzi tylko do depresji i nic nie zmieniających sytuacji przemyśleń. Ela to Ela, przeszłość i nic więcej. Faceci mają takie Ele w swoim życiu zawsze. Mam wrażenie, że troszkę z twoją psychiką Kostek, jest coś nie tak.

54

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Obecnie w centrum mojego świata rzeczywiście jest marzenie. Jeśli masz wiedzę, że jest nierealne, przedstaw mi ją. Piszę szczerze. Może taka wiedza pomogłaby mi.
Tak jak pisałem, rozum mówi mi, że to koniec. Przy obecnych danych.

Czy każdy facet ma taką Elę. Watpię. Wątpliwość tę opieram na tym, że znam Elę, a także znam kilku facetów i ich historię. Z oczywistych przyczyn nie mogę Wam opisać wszystkiego. Używam więc uogólnień.

Co do psychiki. Pewnie tak jest. Jak u wszystkich.
Na pewno dysfunkcją psychiki były moje nieuzasadnione wątpliwości. Nie opiszę jednak całego swojego życia, żeby wyjaśnić ich genezę.

55

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?
kostek_Nk napisał/a:

Obecnie w centrum mojego świata rzeczywiście jest marzenie. Jeśli masz wiedzę, że jest nierealne, przedstaw mi ją. Piszę szczerze. Może taka wiedza pomogłaby mi.
Tak jak pisałem, rozum mówi mi, że to koniec. Przy obecnych danych.

Czy każdy facet ma taką Elę. Watpię. Wątpliwość tę opieram na tym, że znam Elę, a także znam kilku facetów i ich historię. Z oczywistych przyczyn nie mogę Wam opisać wszystkiego. Używam więc uogólnień.

Co do psychiki. Pewnie tak jest. Jak u wszystkich.
Na pewno dysfunkcją psychiki były moje nieuzasadnione wątpliwości. Nie opiszę jednak całego swojego życia, żeby wyjaśnić ich genezę.

Taką Elę miałem i myślę, że każdy kto ma serce ma takie Ele czy takich Wojtków itp. To się pamięta, ale co z tego, że jest taka Ela, Wojtek, jak to nierealne, jak bywa, że z czasem rozpłynie się? No nic. Usiądź na fotelu i rozważ, co masz realnie, a co kwestią marzeń. Ja wolę marzyć co stanie się za 2 dni, niż marzyć o kimś kto nieosiągalny, bo tak się złożyło. A nieosiągalny, bo widać nie przeznaczony...
Tak bardzo ludzie skupiają się na marzeniach czasem, że nie widzą, co dookoła się dzieje i sami sobie szansy nie dają. Każdy ma raptem z 60 lat, odliczając dzieciństwo to jakieś 40 lat by być szczęśliwym w pełni. Najlepiej to olać świat, olać ludzi, którzy nie chcą człowieka jakim jest a tylko wyobrażenia o nim. Tak samo wyobrażenie o kimś. Nie szkoda Ci czasu, czasu który poświęcisz komuś kto na to zasługuje i chce być częścią ciebie?

56

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

W gruncie rzeczy marzenie co stanie się za dwa dni niczym nie różni się od marzenia, ze coś stanie się w ogóle. Jedne cechują odważnych, drugie roztropnych. W dowolnym zestawieniu.

Stanę teraz w obronie marzeń.
Dwadzieścia lat temu też marzyłem, że kiedyś wróci.
Gdy to nastąpiło byłem głęboko szczęśliwy. Jak nigdy wcześniej. I trwałem w tym szczęściu prawie trzy lata.

Dwa miesiące temu Ela miała jakieś przeczucie, że coś mi się stanie. I na tę myśl, że mnie nie będzie rozpłakała się.

I teraz tak myślę sobie, że gdybym wtedy (różnie bywa) rzeczywiście umarł, umarłbym jako człowiek całkowicie szczęśliwy. Tak oceniłbym wtedy całe swoje życie.

Bywa, że to marzenia, sam fakt, że są, determinują całe nasze życie.

I jasne jest, że najpierw trzeba zarobić na chleb. I można go jeść bez marzeń. Ale nie wiem czy miałbym odwagę.

Również dziękuję Ci za włączenie sie do tego wątku. Dla mnie każdy punkt widzenia jest naprawdę cenny.

57

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?
kostek_Nk napisał/a:

W gruncie rzeczy marzenie co stanie się za dwa dni niczym nie różni się od marzenia, ze coś stanie się w ogóle. Jedne cechują odważnych, drugie roztropnych. W dowolnym zestawieniu.

Stanę teraz w obronie marzeń.
Dwadzieścia lat temu też marzyłem, że kiedyś wróci.
Gdy to nastąpiło byłem głęboko szczęśliwy. Jak nigdy wcześniej. I trwałem w tym szczęściu prawie trzy lata.

Dwa miesiące temu Ela miała jakieś przeczucie, że coś mi się stanie. I na tę myśl, że mnie nie będzie rozpłakała się.

I teraz tak myślę sobie, że gdybym wtedy (różnie bywa) rzeczywiście umarł, umarłbym jako człowiek całkowicie szczęśliwy. Tak oceniłbym wtedy całe swoje życie.

Bywa, że to marzenia, sam fakt, że są, determinują całe nasze życie.

I jasne jest, że najpierw trzeba zarobić na chleb. I można go jeść bez marzeń. Ale nie wiem czy miałbym odwagę.

Również dziękuję Ci za włączenie sie do tego wątku. Dla mnie każdy punkt widzenia jest naprawdę cenny.

W porządku. Idę obejrzeć sobie BBC, stworzenie ziemi - taki film. Nie można żyć cały czas kobietami, bo jak mawia znajomy - gdy ze zmęczenia mam zamglone oczy to kobieta cuci mnie i potem gna do roboty z powrotem smile

58 Ostatnio edytowany przez _Nina_ (2014-07-18 07:42:37)

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Tak naprawdę, to wszystko Ci już powiedziałam.
Dobrze wiesz, ze po prostu nie chcesz nic zmienić...
Jesli jest nadzieja, to nie żyj nią, tylko działaj - jedz do niej...
A czy można żyć marzeniami?
Oczywiście... ale nie jest dobrze, gdy staje sie ono naszym centrum, gdyż staje sie najważniejsze, bez którego nie możemy żyć. Takie marzenie zamiast nas napędzać zaczyna nas niszczyć.
Dlatego Rafał, jesli nie możesz byc z nią zacznij wreszcie byc ze "sobą"...  bo gdzies w tym wszystkim zagubiłes samego siebie.

59

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Całe moje działanie to powstrzymywanie żeby właśnie nie pojechać do niej. Nie wyobrażacie sobie ile trzeba znaleźć siły by się oprzeć.
Już przecież dzwoniłem. Osiem godzin rozmowy.Jedyne co usłyszałem to tylko bolesne dla mnie słowa.
"W ogóle nie myślę"
"Jeśli cokolwiek miłego chcę pomyśleć, przypominam sobie twój krzyk i po prostu nie"
"Sama czuję się świetnie"
No i wiem, że po podjęciu decyzji nie może mówić inaczej.
Z drugiej strony były momenty, w których wyczuwałem wewnętrzny konflikt. Od razu tłumiony. Ale równie dobrze mogłem tyllo chcieć to widzieć.

A może właśnie powinienem pojechać?
Może ktoś z Was ma takie doświadczenia.

Tak _Nina_ zagubiłem samego siebie. Od trzech tygodni tak właśnie jest. I tak jak pisałem nie chcę już nic. Zdanie "Trzeba podnieść się i żyć" przestało być imperatywem. Już w życiu za dużo i ta strata za duża.

60

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Moja rada - jedz, bo nie masz nic do stracenia a jak nie pojedziesz, bedziesz żałował.
Zawsze bedziesz mógł powiedzieć przed samym sobą "Zrobiłem wszystko".
I weź sie w garść - pamiętaj, co nas nie zabije to nas wzmocni...

61

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Gdy pisałaś swój post byłem już w drodze.
Nie wiedziałem czy w ogóle będzie u siebie. Nie wiedziałem czy rozmowa nie skończy się na jednym zdaniu, ale pojechałem. Nie liczyłem zupełnie na to, że zmieni decyzję i nie po to tam pojechałem.
Chciałem przede wszystkim powiedzieć jej dwie rzeczy.
Po pierwsze, że mimo popełnionych błędów jestem dobrym człowiekiem. Bo jestem.
Po drugie, że od zawsze (od zawsze!) i zawsze (zawsze!) chciałem i chcę dla nie jak najlepiej i że nigdy (nigdy, nigdy!) nie chciałem świadomie jej krzywdy.
I to też jest prawda

Czemu to takie dla mnie ważne? Ano temu, że to prawda właśnie. Od zawsze tak Elę kocham i tak moje uczucie okazuję. Przyznaję sie do błędów, ale nie jestem winien złej woli.

Ela wysłuchała mnie i jestem jej za to wdzięczny.

I nie wiem czemu, może dlatego, że ją zobaczyłem, ale wróciłem do domu z nadzieją. Nic formalnie nie zmieniło się. Nadal jesteśmy rozstani. Tyle tylko, że mnie wróciła wiara.

I dobrze bo mam motywację. Z wiarą jest łatwiej. Biorę się za siebie. To po pierwsze. I pielegnuję tę wiarę. To po drugie.

I dziękuję _Nina_ za rady.

62 Ostatnio edytowany przez kostek_Nk (2014-07-19 04:20:53)

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Podczas spotkania okazało się też, że Ela przegląda jednak ten wątek.

I teraz będę mial bardzo trudne zadanie.

Ela dość słusznie zauważyła, że jeśli mój wybuch opiszę najbardziej nawet wyszukanymi ogólnikami to czytający nie będą mieli pełnego obrazu, a w konsekwencji uzyskam odpowiedzi na inne niż zadałem pytania. Słusznie

Uzupełnię zatem opis
Otóż zachowanie, ktore opisywałem jako ohydne wyglądało tak.
krzyczałem, że jest pieprz..ym gnojem
krzyczałem, że chcę żeby cierpiała
krzyczałem, ze nie obchodzi mnie, że każe mi wyjść. Nie wyjdę
krzyczałem, że niech teraz zobaczy jak to jest czuć strach
krzyczałem, że mam ją w d...
i wreszcie krzyczałem żeby ją zgwałcili.

Teraz macie pełny obraz.

Tak potraktowałem kobietę, którą szczerze kocham i która mi ufała.

Gdy to teraz czytam, to faktycznie wytłumaczenie, że wtedy myślałem, że bronię siebie, wytłumaczenie, że w taki sposób chciałem pokazać co ja czuję, jakiekolwiek wytłumaczenie wydaje się nie mieć żadnego znaczenia.

Czy można to wybaczyć? Czy istotne jest teraz, że zawsze byłem czuły i uważny na potrzeby? Już teraz nie wiem.
Oj, znów się podłamałem.

63

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Chyba jednak wolałabym nie mieć "pełnego obrazu"...

64

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

_Nina_, ale tak to wyglądało. Ja to właśnie zrobiłem. Ela TO słyszała i na podstawie TEGO podjęła decyzję.

Czy teraz też byś mi dała szansę? Czy inni z Was daliby mi szansę?

Poproszę Was tylko o przemyślenie odpowiedzi. Weźcie pod uwagę wszystkie dane. O to tylko proszę. Odpowiedzi przeczytam ja i przeczyta je Ela. Dla mnie, i myślę dla niej będą ważne.

65

Odp: Czy miłość potrafi przenosić góry?

Rafał... cieżko jest mi radzić. Nawet bardzo. Mam zupełnie inne doświadczenia a tym bardziej nie znam ani Ciebie ani Eli. I nie  chce nawet próbować podejmować sie takie odpowiedzialności...
Słuchajcie, sami znacie swoje uczucia i wiecie, czego oczekujecue od życia i od siebie... Sami znacie siebie wzajemnie najlepiej. Nikt za was decyzji nie podejmie. I nikt nie powie, ze tak będzie dobrze albo zle. Nie wierzę Rafał, ze tego oczekujesz... Wiem, Ty wiesz czego chcesz, ale czekasz na Elę...
Ela smile daj mu szanse i sie nie męczcie smile w życiu czasem warto zaryzykowac... jest takie krótkie...

Posty [ 1 do 65 z 101 ]

Strony 1 2 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Czy miłość potrafi przenosić góry?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024